tym razem Klif przesadzi³...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — DokÄ…d tym razem?— Fort Bragg...
- daæ si³y sprawiedliwoœci, usprawiedliwiono si³ê,i¿by sprawiedliwe i silne by³y razem i aby by³pokój, który jest najwy¿szym dobrem...
- Melanię to wszystko razem więcej śmieszyło, niż irytowało, Felicja była wściekła, miała własne poglądy na nakrycie stołu i nie przywykła, żeby nią ktoś...
- dzwonnica, a w rękach taką siłę, że błędnego rycerza w zbroi razem z koniem podniesie, to ma być najsłodsza księżniczka Dulcynea z Toboso? Nie powiem,...
- Patrzyła uważnie na mnicha, lecz tym razem na jego twarzy widziała tylko szczery wyraz troski...
- Jadak powiedział, że chciałby się widzieć z Zenn Bien, po czym usiedli razem z Poste'em, żeby zaczekać...
- Raz lub dwa razy w miesiącu, nie zawsze razem, chodzili na mszę do małego kościółka...
- Drżąc od stóp do głów, poszedł na górę do pokoju, skąd wywołano go ostatnim razem...
- Śniadanie przyjaciele spożyli razem; jako pierwszy jeść dostał Zuch...
- nieufnie; przechadzaliśmy się po ogrodzie, ale nie podjęliśmy już wspólnych wycieczek, nie przebiegaliśmy razem lasów i dolin...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
– Navett? – w g³oœniczku w lewym uchu rozleg³ siê g³os Pen-
sina. – Wygl¹da na to, ¿e s¹ gotowi.
– To ich ruszcie – poleci³, przysuwaj¹c bli¿ej ust mikrofon po-
³¹czony ze s³uchawk¹ cienkim drutem. – Jaki sk³ad?
Pos³ugiwa³ siê wojskowym komlingiem, ³atwym do zauwa¿e-
nia, ale daj¹cym wolne rêce i lepsze kodowanie rozmów. A na da-
chu nie by³o nikogo, kto móg³by go zauwa¿yæ.
– Prawdziwa mieszanina: trochê personelu lataj¹cego ró¿nych
ras, kupa sklepikarzy i przechodniów, od ludzi zaczynaj¹c, a na
Ishori koñcz¹c. Jest nawet kilku Froffli: te ich stoj¹ce odnogi w³o-
sowe góruj¹ nad ka¿dym t³umem.
200
– Doskonale. IdŸ na stanowisko, tylko uwa¿aj, ¿eby nie znaleŸæ siê na ich drodze, kiedy rusz¹.
Rz¹d froffliañski nale¿a³ do tych niewielu, które ju¿ publicz-
nie za¿¹da³y na³o¿enia sankcji na Bothan, a Froffli znani byli z mœciwoœci i zaciek³oœci. To, ¿e Bothanie przez ostatnie piêtna-
œcie lat systematycznie zmieniali ich przemys³ lekki w ruinê, nie
wp³ywa³o na z³agodzenie wrodzonych cech.
– Nie ma strachu… ruszyli. Nastêpny przystanek: siedziba Po-
³¹czonych Klanów. Jesteœ gotów?
– Wszystko jest gotowe – uœmiechn¹³ siê Navett, g³adz¹c kol-
bê snajperskiego karabinu blasterowego typu Nightstinger. – Do
dzie³a!
– S³yszysz? – spyta³ niespodziewanie Han.
– Nic nie s³yszê – Leia unios³a g³owê znad ekranu.
– Coœ jak odleg³a burza… nie, to odg³os t³umu albo…
– To t³um – przyzna³a, marszcz¹c brwi. – I to zbli¿aj¹cy siê t³um.
Siedz¹cy w pomieszczeniu Bothanie sprawiali wra¿enie, jak-
by niczego nie s³yszeli, ale Han zawsze mia³ s³uch wyczulony na
niebezpieczeñstwo, a Leia, s¹dz¹c po wyrazie twarzy, wspomog³a
swój metod¹ Jedi.
– Musi byæ naprawdê du¿y, jeœli s³yszymy go tutaj – doda³a.
– Pewnie znowu jakaœ demonstracja – Han ruszy³ ku drzwiom. –
Poczekaj tu, sprawdzê, co siê dzieje.
W przeciwieñstwie do przebywaj¹cych w archiwum, znajduj¹-
cy siê w innych czêœciach budynku Bothanie doskonale zdawali so-
bie sprawê, co siê dzieje – korytarz i schody wype³niali spiesz¹cy
siê gdzieœ przedstawiciele tej rasy – wiêkszoœæ nios³a rozmaite rze-
czy i pêdzi³a z parteru na górê. Zaledwie kilkunastu schodzi³o –
i wszyscy uzbrojeni. Po pobie¿nym rozejrzeniu siê we wnêtrzu Han
zdecydowa³, ¿e atrium nie jest najlepszym miejscem, bo nikt tu nic
nie wie, a w dodatku nic nie widaæ, i skierowa³ siê ku balkonom.
Zarówno pierwsze, jak i drugie piêtro mia³o ich sporo, doœæ szybko
wiêc znalaz³ wyposa¿ony weñ pokój, odsun¹³ drzwi i wyszed³.
By³o gorzej, ni¿ siê spodziewa³ – t³um by³ olbrzymi, wype-
³nia³ ca³¹ ulicê i zbli¿a³ siê do wejœcia. Ktoœ w dole krzykn¹³, wska-
zuj¹c na balkon, i Han odruchowo siêgn¹³ po broñ…
– Obywatele Nowej Republiki – rozleg³ siê g³êboki g³os, za-
nim zd¹¿y³ wyci¹gn¹æ miotacz. – Apelujê o spokój!
201
Z ulicy odpowiedzia³y gwizdy i wyzwiska. Han podszed³ do balustrady i spojrza³ w dó³ – na balkonie pierwszego piêtra, prawie bezpoœrednio pod nim, sta³ szacownie wygl¹daj¹cy Bothanin
z pierœcieniem i ³añcuchem z pieczêci¹ stanowi¹cymi symbole
przywódcy klanu. I to by na tyle jeœli chodzi o nieobecnoœci ¿ad-
nego z nich w okolicy… Han skrzywi³ siê z niesmakiem i cofn¹³
o krok – nie uwa¿a³ siê co prawda za fachowca, ale nie wydawa³o
mu siê prawdopodobne, by ten t³um podda³ siê czyjejkolwiek elo-
kwencji. Nawet jeœli by³ to wygadany bothañski dyplomata.
A to oznacza³o, ¿e nadszed³ najwy¿szy czas, ¿eby rozpocz¹æ
ewakuacjê w bezpieczniejsze miejsce. Tak na wszelki wypadek.
Spojrza³ ostatni raz w dó³ i odwróci³ siê ku drzwiom.
Czo³o t³umu dotar³o do budynku i zatrzyma³o siê, powoli wy-
pe³niaj¹c ca³¹ woln¹ przestrzeñ. Navett wycelowa³ starannie przez
elektroniczny celownik stanowi¹cy integraln¹ czêœæ broni i cze-
ka³. Tak jak siê spodziewa³, Bothanie wys³ali jednego z przywód-
ców, by przemówi³ do t³umu. Stoj¹ca na balkonie ozdobiona ³añ-
cuchem postaæ unios³a rêce, nawo³uj¹c do spokoju, co t³um
naturalnie zignorowa³ i Navett ju¿ mia³ strzeliæ, gdy na balkonie
piêtro wy¿ej pojawi³ siê jeszcze ktoœ. Zaciekawiony przesun¹³ broñ
w górê, chc¹c siê lepiej przyjrzeæ nowo przyby³emu…
I omal nie wypuœci³ broni z r¹k: by³ to bowiem bohater Rebe-
lii, Han Solo we w³asnej osobie!
Navett zawsze uwa¿a³, ¿e jest szczêœciarzem, ale taka okazja
zdawa³a siê zbyt piêkna, by mog³a byæ prawdziwa.
– Navett? – w s³uchawce rozleg³ siê podniecony g³os Pensi-
na. – Zobacz, kto stoi na balkonie drugiego…