- To co, rozpalić ogień? - spytał Taleniekow, głaszcząc psa...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — Wierzę, że ci się uda — przyznała, a potem spytała: — A co ze mną?— Cóż, z tobą to inna sprawa...
- — Chce pan powiedzieć, że rurę założono, kiedy nie było jeszcze krateru ani tego wąwozu? — spytałem...
- — Czy Weyr zbadał w końcu te pędraki? — spytał P’tero, nagle przypominając sobie cel ekspedycji...
- - I co, robicie postępy z remontem domu? - spytała Maria, podczas gdy David podszedł do lodówki i napełnił szklanki wodą...
- Ciekawe jaki jest, ów Inkwizytor Sternberg, spytał się w duchu Ragnar...
- - Dokąd, synku? - spytała łagodnie, ale bez cienia zainteresowania...
- „Co to jest Smoczy Ogon?” — spytał Wiatr Na Szczycie...
- naszą małą konferencję? - spytała, podłączając mikrofon...
- - Chcecie mnie opuścić? - spytał Winicjusz...
- - Co się stało? - spytałem, zadyszany biegiem...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Jak pan chce. Uccello będzie panu wdzięczny. Ja nie mam siły, jestem zbyt zmęczona.
- Uccello? - spytał Bray. - “Ptak”?
- Fruwa po ziemi, signore.
- Mówi pani znakomicie po angielsku - pochwalił ją, zerkając na Rosjanina, który układał chrust na środku, otoczonego kamieniami paleniska. - Gdzie się pani nauczyła?
- Chodziłam do szkoły prowadzonej przez zakonnice w Vescovato. Uczennice, którym zależało na stypendium rządowym i możliwości dalszego kształcenia się, uczęszczały na lekcje francuskiego i angielskiego.
Taleniekow przytknął zapałkę do suchego chrustu, który od razu zajął się ogniem: jasne płomienie skoczyły wesoło do góry, dając ciepło i rozpraszając mrok.
- Świetnie sobie radzisz z ogniem - powiedział Scofield do Rosjanina.
- To nic takiego. Ale dziękuję.
- Nic takiego? Kilka godzin temu dałeś prawdziwy popis!
Odwrócił się do dziewczyny, która właśnie zdjęła z głowy nakrycie; długie, ciemne włosy opadły jej na ramiona. Bray wstrzymał oddech i przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu. Nie był pewien, co go tak zafascynowało. Jej włosy? A może duże, piwne oczy, podobne do sarnich? Albo wysokie kości policzkowe i zgrabny nosek nad szerokimi ustami, jakby stworzonymi do śmiechu? Była ładna, ale czy z równą przyjemnością patrzyłby na każdą atrakcyjną kobietę, byleby tylko zapomnieć na chwilę o swoich troskach i znużeniu? Nie wiedział; wiedział jedynie, że ta dziewczyna z korsykańskich gór przypomina mu Katrine, jego żonę zamordowaną na rozkaz człowieka, który siedział teraz tuż obok. Odsunął te myśli od siebie i zmusił się, żeby oddychać normalnie.
- I co, dostała pani stypendium? - zapytał.
- Tak, ale starczyło tylko na część mojej edukacji.
- To znaczy?
- Na scuola media w Bonifacio. Dalej kształciłam się już z pomocą innych. Za pieniądze z fondos.
- Nie rozumiem.
- Ukończyłam studia na uniwersytecie bolońskim, signore. Jestem comunista. Mówię to z dumą.
- Brawo - powiedział cicho Taleniekow.
- Pewnego dnia zlikwidujemy we Włoszech wszelką nierówność. - Oczy jej zalśniły. - Skończymy z chaosem, z katolicką głupotą.
- Znakomicie! - pochwalił Rosjanin.
- Ale nigdy nie staniemy się marionetkami w rękach Moskwy. Jesteśmy niezależni. Nie zamierzamy słuchać pazernego niedźwiedzia, który chętnie by nas pożarł, przemienił cały świat w jedno totalitarne państwo. Na to nigdy nie pójdziemy!
- Brawo! - zawołał Bray.
Rozmowa nie kleiła się; dziewczyna wyraźnie ociągała się z udzielaniem jakichkolwiek odpowiedzi. Powiedziała, że na imię ma Antonia, ale niewiele poza tym. Kiedy Taleniekow spytał dlaczego ona, aktywistka polityczna z Bolonii, wróciła w korsykańskie góry, odparła, że po to, by wypocząć i spędzić trochę czasu z babcią.
- Niech nam pani o niej opowie - poprosił Scofield.
- Sama powie wam tyle, ile będzie uważać za stosowne - odparła dziewczyna wstając. - Powtórzyłam wam dokładnie to, co mi kazała.
- “Dziwka z Villa Matarese”? - spytał Bray.
- Tak. To nie moje słowa. Nigdy nie użyłabym ich sama. Ruszajmy. Czekają nas jeszcze dwie godziny marszu.
Dotarli na rozległy górski płaskowyż; pośrodku znajdowała się nieduża dolina, mniej więcej półtora kilometra szeroka, do której schodziło się po łagodnym, porośniętym trawą stoku. W blasku księżyca, który świecił coraz jaśniej, zobaczyli niewielką chatę, a dalej stodołę. Gdzieś obok szemrała woda: z pobliskich skal wydobywał się górski potok, który spadał kaskadą w dół i przepływał niespełna piętnaście metrów od chaty.
- Pięknie tu - powiedział Taleniekow.
- Od pół wieku to cały świat mojej babci - oznajmiła Antonia.
- Czy pani tu się wychowała? Tu spędziła dzieciństwo? - spytał Bray.
- Nie - odparła krótko dziewczyna. - Chodźcie, zaprowadzę was do niej. Czeka.
- W środku nocy? - zdziwił się Taleniekow.
- Dla niej nie istnieje dzień i noc. Powiedziała, że chce rozmawiać z naukowcem, kiedy tylko dotrzemy na miejsce. Dotarliśmy.