— Wierzę, że ci się uda — przyznała, a potem spytała: — A co ze mną?— Cóż, z tobą to inna sprawa...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Nałgała mu coś o jednym jedynym weekendzie w łóżku z narzeczonym, który poszedł do wojska i zginął, co potem okazało się szczerą prawdą, gdyż...
- Wróciłem do pokoju, zmyłem naczynia po śniadaniu, posłałem łóżko, a potem usiadłem przy stole, wypisałem czek na pięćdziesiąt funtów, napisałem...
- zostając przy władzy - fakt bez precedensu - na trzecią kadencję, a potem odegrało istotną, być może decydującą rolę w podtrzymaniu oporu Armii...
- Will zacisnął zęby, sama myśl o tej czynności była obrzydliwa, ale ją wykonał, potem dołożył starań, by odnosząc młodzieńca na posłanie nie narażać go...
- Z początku wcale o nich nie myślał, potem, gdy mu coraz częściej wpadały w oczy lub pod rękę, zaczął doświadczać wyrzutów sumienia...
- Obrzuca mnie przelotnym spojrzeniem, potem zagląda do skrzynki, w której trzyma cebulki przeznaczone do selekcji...
- W każdym razie Thrower wziął się w garść, podciągnął spodnie, zapiał je porządnie, a potem wrócili do domu...
- - I co, robicie postępy z remontem domu? - spytała Maria, podczas gdy David podszedł do lodówki i napełnił szklanki wodą...
- (wiadoma komu zabieranym) i potem odda to zloto na zbudowanie kocioa we wsi...
- Nawet ludzie, których tam nie było, pamiętali doskonale, co działo się potem...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
W jego głosie zabrzmiało zażenowanie. Przez chwilę zastanawiała się, dlaczego. Potem uświadomiła sobie, że przecież z jego punktu widzenia osiągnęła swój cel. Przybyła tu, by połączyć się z człowiekiem, którego kochała, więc jej wola ucieczki nie powinna być aż tak wielka. Mało brakowało, a uległaby pokusie, by wyznać Petersowi prawdę, ale instynkt ją w porę powstrzymał.
Pożegnała się z nim i zeszła na dół.
Rozdział XVI
— Dobry wieczór, pani Betterton.
— Dobry wieczór, panno Jennson.
— Szczupłej dziewczynie oczy błyszczały podnieceniem zza grubych szkieł.
— Dziś wieczorem odbędzie się zgromadzenie — powiedziała. — Przemówi do nas sam dyrektor!
Aż zachrypła z emocji.
— To dobrze — odezwał się stojący w pobliżu Andy Peters. — Chętnie sobie na niego popatrzę.
Panna Jennson spojrzała na niego surowo:
— Dyrektor — powiedziała z naganą w głosie — to nadzwyczajny człowiek.
Odeszła jednym z nie kończących się korytarzy, a Andy Peters zagwizdał cicho.
— Czyżby nie brzmiało to jak Heil Hitler?
— O tak, z pewnością!
— Najgorzej, że się w ogóle nie wie, o co tu chodzi. Kiedy pełen młodzieńczego zapału dla idei braterstwa ludzkości opuszczałem Stany, nie miałem pojęcia, że znajdę się w zasięgu władzy kolejnego dyktatora zrodzonego na niebiosach… — Rozłożył ręce.
— Jeszcze tego nie wiemy — upomniała go Hilary.
— Czuję to w powietrzu — rzekł Peters.
— Och — zawołała Hilary. — Jakże się cieszę, że tu jesteś! — Zarumieniła się, gdy popatrzył na nią dziwnym wzrokiem. — Jesteś taki miły i zwyczajny — wyznała w przypływie szczerości.
Wyglądał na rozbawionego.
— Tam, skąd pochodzę — powiedział — słowo „zwyczajny” nie ma znaczenia, które mu przypisujesz. Oznacza po prostu kogoś przeciętnego.
— Przecież wiesz, że nie o to chodzi. Mam na myśli, że jesteś… jak każdy. Ojej, to też zabrzmiało niegrzecznie.
— Normalny, tak? Masz dość geniuszy?
— Owszem. A ty się zmieniłeś od przyjazdu tutaj. Straciłeś ten gorzki ton, tę… nienawiść.
Natychmiast się zachmurzył.
— Nie licz na to — powiedział. — Mam ją pod skórą. Wciąż potrafię nienawidzić. Są rzeczy, wierz mi, które zasługują na nienawiść.
Zgromadzenie, jak je określiła panna Jennson, odbyło się po kolacji. Wszyscy mieszkańcy ośrodka zebrali się w obszernej sali wykładowej.
Nie brali w tym udziału ci, których można było nazwać personelem technicznym: asystenci z laboratoriów, zespół baletowy, służba i grupa urodziwych prostytutek, sprowadzonych tu dla tych mężczyzn, którzy nie mieli na miejscu żon ani nie nawiązali stosunków z koleżankami z pracy.
Siedząca obok Bettertona Hilary z zaciekawieniem oczekiwała wejścia legendarnego dyrektora. Kiedy wypytywała o niego Toma, udzielał bardzo mglistych odpowiedzi, z których niewiele dowiedziała się o osobowości człowieka kierującego ośrodkiem.
— Nie wygląda może imponująco — powiedział — ale wywiera na nas poważny wpływ. Właściwie widziałem go tylko dwa razy. Nieczęsto się pokazuje. Jest nadzwyczajny, to się czuje, ale uczciwie mówiąc, nie wiem, dlaczego.
Na podstawie nabożnej czci, z jaką panna Jennson i kilka innych kobiet mówiło o dyrektorze, w wyobraźni Hilary wytworzył się obraz złotowłosego olbrzyma z brodą, odzianego w białą szatę, podobnego do któregoś z greckich bogów.
Na widok wchodzącego na podium tęgiego bruneta w średnim wieku, którego obecni uczcili powstaniem z miejsc — niemal ją zamurowało. W jego wyglądzie nie było nic dystyngowanego; równie dobrze mógł być prowincjonalnym biznesmenem. Nie potrafiłaby też określić jego narodowości. Przemówił w trzech językach, przechodząc z jednego na drugi i ani razu się nie powtarzając. Posługiwał się z taką samą wprawą francuskim, niemieckim i angielskim.
— Przede wszystkim niech mi będzie wolno powitać naszych nowych kolegów, którzy niedawno powiększyli nasze grono.
Do każdej z nowo przybyłych osób skierował kilka uprzejmych słów.
Następnie zaczął mówić o celach i podstawach działalności ośrodka.