Reynevan, choć sercowe perypetie Hackeborna obchodziły go wielekroć mniej od zeszłorocznego śniegu, udawał, że słucha, grzecznie potakiwał, nie warto, w...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Niemniej obawiaÅ‚em siÄ™ wyjść z lasu — choć skÄ…dinÄ…d byÅ‚o oczywiste, że prÄ™dzej albo później wyjść muszÄ™...
- Najgorsze ze wszystkiego jest oczywiście "ja", które jest prawie wszechobecne i prawie nieoporne, choć poprzez swe głębokie zakorzenienie nie do końca...
- Mahskevic nie podniósł nawet wzroku znad swych korzennych roślin, choć przerwał wyrywanie chwastów na dość długo, by zastanowić się nad tą propozycją...
- Choć na pierwszy rzut oka Terranova wydawała się zwarta i masywna, rozcinało ją prawie na dwoje rozciągnięte południkowo morze wewnętrzne, zwane...
- Takiego wszyscy bardzo zawsze lubili, bo choć sam nie podpowiadał, umiał jednak zrobić hałas, wywrócić się z ławką, pomagał na wszystkie sposoby...
- a żadna ze stron, mimo półminutowej obserwacji, nie wykonała najmniejszego ruchu, choć nie ulegało wątpliwości, że obcy nie żywią przyjaznych zamiarów...
- rzeczywistością tego bytu, który dla owego [poznawania] sam pozostaje nieznany, choć każdorazowo obecny...
- Przenocowaliśmy spokojnie, choć oczywiście nie omieszkałem rozkazać chłopcom, by na zmianę trzymali straż...
- Miêso wiêkszych gatunków jest jadalne; skórki, choæ nie najlepszej jakoœci, wykorzystywane s¹ w kuœnierstwie...
- Wcale nie zasypiam tak czÄ™sto, choć może nieÅ‚atwo wam w to uwierzyć — dodaÅ‚ z uÅ›miechem...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Gdy po jakimś czasie rycerz wyczerpał zasób nurtujących go tematów i zamilkł, Reynevan spróbował zadrzemać, ale nic z tego nie wyszło. Przed zamkniętymi oczami stale stawał mu martwy Peterlin na marach lub Adela z łydkami na ramionach księcia Jana.
Byli w SÅ‚użejowskim Lesie, barwnym i peÅ‚nym aromatów po porannym deszczyku, gdy rycerz Henryk przerwaÅ‚ milczenie. Sam, nie indagowany, zdradziÅ‚ Reynevanowi cel podróży–zamek Stolz, gniazdo możnego pana Jana Bibersteina. Reynevan zainteresowaÅ‚ siÄ™ i zaniepokoiÅ‚ zarazem. MiaÅ‚ zamiar wypytać gaduÅ‚Ä™, ale nie zdążyÅ‚, bo rycerz pÅ‚ynnie zmieniÅ‚ temat i jÄ…Å‚ dywagować na temat Adeli von Stercza i marnego losu, jaki romans z owÄ… przyniósÅ‚ Reynevanowi.
–Wszyscy uważajÄ…–powtórzyÅ‚–że to byÅ‚ twój pech, żeÅ› jÄ… przeleciaÅ‚.
Reynevan nie polemizował.
–A przecie tak nie jest–ciÄ…gnÄ…Å‚ Hackeborn, robiÄ…c wszechwiedzÄ…cÄ… minÄ™.–Na odwrót wrÄ™cz jest. SÄ… tacy, co to odgadli. I wiedzÄ…. To, żeÅ› tÄ™ FrancuzkÄ™ przefiknÄ…Å‚, życie ci uratowaÅ‚o.
–SÅ‚ucham?
–Książę Jan–wyjaÅ›niÅ‚ rycerz–bez najmniejszych oporów wydaÅ‚by ciÄ™ Sterczom, Rachenau i Baruthowie mocno na niego naciskali. Ale co to by oznaczaÅ‚o? Å»e Adela kÅ‚amie, zapierajÄ…c siÄ™. Å»eÅ› jednak jÄ… chÄ™dożyÅ‚. Dociera do ciebie? Z tych samych powodów książę nie daÅ‚ ciÄ™ katu na Å›ledztwo w sprawie owych morderstw, któreÅ› jakoby popeÅ‚niÅ‚. Bo wiedziaÅ‚, że na mÄ™kach zaczniesz paplać o Adeli. Rozumiesz?
–TrochÄ™.
–TrochÄ™!–zaÅ›miaÅ‚ siÄ™ Hackeborn.–Owo trochÄ™ ciÄ™ uratuje, bratku. Zamiast na szafot czy do katowni, jedziesz na zamek Stolz. Bo tam o miÅ‚osnych przewagach w Adelinej Å‚ożnicy możesz opowiadać tylko murom, a mury tamój grube. Cóż, posiedzieć trochÄ™ posiedzisz, ale ocalisz gÅ‚owÄ™ i inne czÅ‚onki. Na Stolzu nikt ciÄ™ nie dostanie, nawet biskup, nawet Inkwizycja. Bibersteinowie to potężni wielmoże, nie bojÄ… siÄ™ nikogo, a z nimi nikt zadrzeć siÄ™ nie oÅ›mieli. Tak, tak, Reynevan. OcaliÅ‚o ciÄ™ to, że ksiÄ™ciu Janowi nijak przyznać, żeÅ› przed nim obracaÅ‚ jego nowÄ… metresÄ™. Rozumiesz? Kochanka, której rozkoszne poletko oraÅ‚ przedtem jedynie Å›lubny małżonek, to niemal dziewica, a taka, która już dawaÅ‚a innym miÅ‚oÅ›nikom, to podpiega. Bo jeÅ›li byÅ‚ w jej Å‚ożu Reinmar de Bielau, to mógÅ‚ przecie być każdy.
–MiÅ‚y jesteÅ›. DziÄ™kujÄ™.
–Nie dziÄ™kuj. RzekÅ‚em, za sprawÄ… Amora jesteÅ› uratowany. I tak na to patrz.
Oj, nie do końca, pomyślał Reynevan. Nie do końca.
–Wiem, o czym myÅ›lisz–zaskoczyÅ‚ go rycerz.–O tym, że umrzyk jest jeszcze dyskretniejszy? Å»e na Stolzu gotowi ciÄ™ otruć albo kark cichaczem skrÄ™cić? Otóż nie, bÅ‚Ä™dnie mniemasz, jeÅ›li tak mniemasz. Chcesz wiedzieć, dlaczego?
–ChcÄ™.
–Dyskretne odosobnienie ciÄ™ na Stolzu zaoferowaÅ‚ ksiÄ™ciu sam pan Jan von Biberstein. A książę przystaÅ‚ na to w mig. A teraz najlepsze: wiesz, czemu Biberstein pospieszyÅ‚ z takÄ… ofertÄ…?
–PojÄ™cia nie mam.
–A ja mam. Bo plotka poszÅ‚a po ZiÄ™bicach. PoprosiÅ‚a go o to siostra ksiÄ™cia, hrabina Eufemia. A owÄ… książę w wielkiej ma estymie. GadajÄ…, jeszcze z dzieciÄ™cych lat. Dlatego hrabina na ziÄ™bickim dworze tyle znaczy. Choć Przecie pozycji to ona nie ma nijakiej, bo cóż ona za hrabina, pusty to tytuÅ‚ i czczy. UrodziÅ‚a szwabskiemu Fryderykowi jedenaÅ›cioro dzieci, a gdy owdowiaÅ‚a, dzieci te wysiudaÅ‚y jÄ… z Oettingen, żadna to tajemnica. Ale w ZiÄ™bicach z niej caÅ‚Ä… gÄ™bÄ… pani, nie zaprzeczysz temu.
Revnevan ani myślał zaprzeczać.
–Nie ona jedna–podjÄ…Å‚ po maÅ‚ej chwili Hackeborn–prosiÅ‚a za tobÄ… u pana Jana Bibersteina. Chcesz wiedzieć, kto jeszcze?
–ChcÄ™.
–Bibersteinowa córa, Katarzyna. MusiaÅ‚eÅ› jej w oko wpaść.
–Czy to taka wysoka? JasnowÅ‚osa?
–Nie udawaj gÅ‚upka. Znasz jÄ… wszak. Plotka gÅ‚osi, że już wczeÅ›niej ratowaÅ‚a ciÄ™ przed pogoniÄ…. Ech, jak to siÄ™ wszystko poplotÅ‚o dziwacznie. Powiedz sam, nie jest to ironia losu, komedia z omyÅ‚ek? Nie jest to Narrenturm? Istna Wieża BÅ‚aznów?
To prawda, pomyÅ›laÅ‚ Reynevan. To jest istna Wieża BÅ‚aznów, Narrenturm. A ja... Szarlej miaÅ‚ racjÄ™–jestem bÅ‚aznem najwiÄ™kszym. Królem durniów, marszaÅ‚kiem gÅ‚upków, wielkim przeorem zakonu kretynów.
–W wieży na Stolzu–podjÄ…Å‚ wesoÅ‚o Hackeborn–dÅ‚ugo nie posiedzisz, jeÅ›li wykażesz rozsÄ…dek. Szykuje siÄ™, wiem to na pewno, wielka wyprawa krzyżowa na czeskich heretyków. ZÅ‚ożysz Å›luby i przyjmiesz krzyż, to ciÄ™ wypuszczÄ…. Powojujesz. A zasÅ‚użysz siÄ™ w walce ze schizmÄ…, to wybaczÄ… ci winy.
–Jest tylko jeden szkopuÅ‚.
–Jaki?
–Nie chcÄ™ wojować.
Rycerz odwrócił się w kulbace, długo mu się przyglądał.
–A to–spytaÅ‚ z przekÄ…sem–niby dlaczego?
Reynevan nie zdążył odpowiedzieć. Rozległ się jadowity świst i syk, a zaraz potem donośny trzask. Hackeborn zachłysnął się, sięgnął rękami do gardła, w którym, przebiwszy blachę gorgetu, tkwił bełt z kuszy. Rycerz obficie opluł się krwią, powoli przechylił do tyłu i spadł z konia. Reynevan widział jego oczy, szeroko otwarte, pełne bezbrzeżnego zdumienia.
Potem zaczęło się dziać dużo i szybko.
–Napaaad!–wrzasnÄ…Å‚ armiger, wyszarpujÄ…c miecz z pochwy.–Do broooni!