Przenocowaliśmy spokojnie, choć oczywiście nie omieszkałem rozkazać chłopcom, by na zmianę trzymali straż...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- uśmierzyć bizony, gdy klatki przez dłuższy czas pozostaną odkryte?Tymczasem orszak zbliżył się do pierwszej klatki, przy której trzymało...
- — O co chodzi? — zapytaÅ‚ Pawldo, podejrzewajÄ…c, że oto spokojny poranek dobiegÅ‚ koÅ„ca...
- Mahskevic nie podniósł nawet wzroku znad swych korzennych roślin, choć przerwał wyrywanie chwastów na dość długo, by zastanowić się nad tą propozycją...
- ze spokojem opuścić element TIM, ponieważ stacje wysyłające ramki typu Probe nie są jeszcze skojarzone z siecią i dlatego nie potrzebują wiedzy na temat,...
- Choć na pierwszy rzut oka Terranova wydawała się zwarta i masywna, rozcinało ją prawie na dwoje rozciągnięte południkowo morze wewnętrzne, zwane...
- - Dużym błędem jest - zauważył spokojnie dziadek Borejko, wpatrując się z zachwytem w dwa krzepkie ciałka wnuków, tarzających się po podłodze jak małe...
- Takiego wszyscy bardzo zawsze lubili, bo choć sam nie podpowiadał, umiał jednak zrobić hałas, wywrócić się z ławką, pomagał na wszystkie sposoby...
- a żadna ze stron, mimo półminutowej obserwacji, nie wykonała najmniejszego ruchu, choć nie ulegało wątpliwości, że obcy nie żywią przyjaznych zamiarów...
- Reynevan, choć sercowe perypetie Hackeborna obchodziły go wielekroć mniej od zeszłorocznego śniegu, udawał, że słucha, grzecznie potakiwał, nie warto, w...
- Ogniem i mieczem - Tom I Rozdzial VI- Moœci ksi¹¿ê - odpar³ Bychowiec - ³aska to wysoka waszej ksi¹¿êcej moœci, ¿e mog¹c rozkazaæ, na moj¹ wolê to zdajesz, której ³aski nie...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Zauważyłem zresztą, iż tak samo postąpił porucznik Rons, co świadczyło o tym, że albo chciał mieć oko na nas, albo obawiał się pojawienia morderców. Choć ciężko było mi wyobrazić sobie bandę, która zaatakowałaby dziesięciu zbrojnych. Ja sam postanowiłem się wyspać, ale mam wrodzoną zdolność niezwykle czujnego snu, a zbliżające się niebezpieczeństwo działa na mnie niczym kubeł zimnej wody. Tym razem jednak spokojnie przedrzemałem do świtu, a w południe zobaczyliśmy położone w zakolu rzeki wzgórze, na którego zboczu wznosił się zgrabny, nieduży zameczek z dwoma wieżycami.
– Oto i jesteÅ›my – rzekÅ‚ porucznik Rons, chyba tylko po to, by coÅ› powiedzieć, bo sam przecież widziaÅ‚em.
* * *
Hrabia de Rodimond był zażywnym, łysiejącym czterdziestolatkiem z wyblakłymi, wyłupiastymi oczyma. Przyjął nas ubrany w skórzany, poplamiony fartuch, a na jego palcach zobaczyłem żółte ślady po kwasie. Gabinet, do którego weszliśmy, był jednym z najlepiej urządzonych laboratoriów alchemicznych, jakie zdarzyło mi się widzieć. Na stołach stały wielkie palniki, retorty, kociołki i chłodnice. Na półkach tłoczyły się setki słoików i buteleczek z kamionki, gliny lub brązowego szkła. Z alkowy obok dobiegał zapach ziół i zobaczyłem tam setki suszących się roślin. Poza tym, cóż, jak w każdym szanującym się laboratorium alchemicznym pełno tu było przedmiotów cudacznych i nikomu nie potrzebnych: wypreparowany łeb krokodyla, róg hippopotamusa, zasuszony nietoperz z rozpostartymi skrzydłami i wyszczerzonymi kłami, pazurzasta niedźwiedzia łapa oraz dwa ludzkie szkielety, jeden duży, drugi mały, a w dodatku pozbawiony czaszki. Na drewnianej półce, wzdłuż ściany, stało kilkanaście oprawnych w skórę książek.
Hrabia krzątał się przy stołach i szczypcami zdejmował właśnie z palnika tygielek, z którego walił upiornie śmierdzący i duszący dym. Na pewno substancja miała domieszkę siarki, bo bardzo wyraźnie czułem ten charakterystyczny zapach.
– Nie mam czasu, nie mam czasu... – ObróciÅ‚ siÄ™ w mojÄ… stronÄ™. – Rons, kto to jest, u Boga Ojca?
– MówiÅ‚em już, panie hrabio. To inkwizytor z Hezu.
– Mordimer Madderdin, do usÅ‚ug pana hrabiego – skÅ‚oniÅ‚em gÅ‚owÄ™, a de Rodimond obrzuciÅ‚ mnie przelotnym spojrzeniem.
– Czyja prosiÅ‚em o inkwizytora, Rons?
– Nie, panie hrabio.
– To powiedz mu, żeby sobie pojechaÅ‚.
Machnął ręką i obrócił się w stronę tygli.
– Za pozwoleniem, panie hrabio – powiedziaÅ‚em uprzejmie, lecz twardo, bo nie miaÅ‚em zamiaru dać siÄ™ zbyć.
Porucznik Rons chciał mnie pociągnąć za rękaw, ale, spojrzałem na niego w taki sposób, że cofnął dłoń. Jego oczy pociemniały.
– Czego? – de Rodimond nie kryÅ‚ już zniecierpliwienia.
– ZakÅ‚adam, że pan hrabia zechce jednak porozmawiać ze mnÄ…, a nie z oficjalnÄ… delegacjÄ… biskupa Hez-hezronu, która przyjedzie badać tu praktyki pogaÅ„skich kultów.
Drgnął, postawił tygiel na blacie i odłożył szczypce. Zakasłał.
– PogaÅ„skich kultów? – prychnÄ…Å‚, ale widziaÅ‚em, że jest zaniepokojony, gdyż każdy wiedziaÅ‚, iż przysÅ‚anie oficjalnej komisji z Inkwizytorium nie wróżyÅ‚o niczego dobrego.
– WidzieliÅ›my trupy – powiedziaÅ‚em. – Zmasakrowane zwÅ‚oki mieszkaÅ„ców jednej z wiosek. Porucznik przywiózÅ‚ je do zamku pana hrabiego.
– Bandyci – burknÄ…Å‚ de Rodimond. – WszÄ™dzie peÅ‚no tej hoÅ‚oty. Jego Ekscelencja lepiej przysÅ‚aÅ‚by mi justycjariuszy, a nie inkwizytora.
Zwalił się ciężko na obite wypłowiałym adamaszkiem krzesło.
– PrzynieÅ› wina, Rons – rozkazaÅ‚ – i trzy kielichy.
– To nie bandyci, panie hrabio – powiedziaÅ‚em, bÄ™dÄ…c przekonany, że sam o tym doskonale wie. – Bandyci nie wyżerajÄ… miÄ™sa ofiar, nie masakrujÄ… zwÅ‚ok i nie zostawiajÄ… Å‚upów. Domów w tej wiosce nikt nawet nie obrabowaÅ‚, a ciaÅ‚ nie obdarto z butów, ubraÅ„ ani ozdób.
Spojrzał na mnie spode łba.
– Może tak, może nie – powiedziaÅ‚. – Bandyci to bandyci, i nie wiadomo, co im strzeli do Å‚bów.
– Bandyci, panie hrabio, zachowujÄ… siÄ™ zwykle zdumiewajÄ…co racjonalnie – rzekÅ‚em. – Gdyż żyjÄ… z wystÄ™pku. I nie mordujÄ… dla samej radoÅ›ci mordowania. A przynajmniej nie w taki sposób. Czy pan hrabia wyobraża sobie rozbójników obgryzajÄ…cych zwÅ‚oki? Po co miÄ™liby to robić?
– ZwÅ‚oki obgryzÅ‚y zwierzÄ™ta – warknÄ…Å‚ i nie wiedziaÅ‚em, dlaczego kÅ‚amie, gdyż sam nie wierzyÅ‚ we wÅ‚asne sÅ‚owa.
– Pan hrabia wybaczy, ale jestem w stanie poznać Å›lad ludzkich szczÄ™k i odróżnić je od zwierzÄ™cych – odparÅ‚em uprzejmie. – ByÅ‚bym też niezwykle szczęśliwy, gdyby pan hrabia raczyÅ‚ mi wyjaÅ›nić, jak to siÄ™ staÅ‚o, że żoÅ‚nierze pana hrabiego zjawili siÄ™ w wiosce już kilka godzin po masakrze, pomimo że zamek jest oddalony od wioski o dzieÅ„ drogi.
Porucznik Rons musiał słyszeć te słowa, gdyż właśnie wracał z tacą, na której stał srebrny dzbanek i trzy szerokie kielichy. Widziałem jednak, że nawet brew mu nie drgnęła.
– Nalej – rozkazaÅ‚ de Rodimond. – Czy pan chce mnie przesÅ‚uchiwać, inkwizytorze? – wstaÅ‚ z krzesÅ‚a. – Mnie, hrabiego de Rodimond?! Czy waży siÄ™ pan poddawać w wÄ…tpliwość moje sÅ‚owa?
– Szukam prawdy, wasza dostojność – odparÅ‚em grzecznie.
– To cesarskie pogranicze, inkwizytorze – rzekÅ‚ – i nie podlega twej jurysdykcji.
– Czy wasza dostojność ma ochotÄ™ tÅ‚umaczyć to biskupiemu poselstwu, które przybÄ™dzie z Hezu, czy też woli porozmawiać ze mnÄ…?
– Grozisz mi? – WidziaÅ‚em, że jest wÅ›ciekÅ‚y. Ale jednoczeÅ›nie gdzieÅ› w gÅ‚Ä™bi jego oczu wyczytywaÅ‚em lÄ™k.
– Nigdy bym siÄ™ nie oÅ›mieliÅ‚, panie hrabio, grozić przedstawicielowi tak znakomitego rodu – powiedziaÅ‚em. – Mam tylko zaszczyt poinformować pana hrabiego o tym, jak przedstawia siÄ™ sytuacja.
– Znakomitego rodu? – prychnÄ…Å‚. – A to paradne! ZaÅ‚ożę siÄ™, że nie sÅ‚yszaÅ‚eÅ› wczeÅ›niej o hrabiach de Roditmond, nieprawdaż?
– Z pokorÄ… i żalem przyznajÄ™, że moja wiedza na temat wielkich rodów arystokratycznych jest nader nikÅ‚a – skÅ‚oniÅ‚em gÅ‚owÄ™.