a żadna ze stron, mimo półminutowej obserwacji, nie wykonała najmniejszego ruchu, choć nie ulegało wątpliwości, że obcy nie żywią przyjaznych zamiarów...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- W pewien sposób cieszyła się, że Egwene oraz jej przyjaciółek tu nie ma, cieszyła się, że nie może widzieć ich twarzy, a na nich, być może, piętna...
- 187mo¿emy przyj¹æ jako zasadê, ¿e ka¿dy kraj wymieniony wœród owych affines le¿a³ na zewn¹trz granic tego pañstwa, jako jego „bok" (tatuœ] Kieruj¹c siê t¹ zasad¹,...
- Podczas gdy d'Artagnan pędził po ulicach i pukał do bram, Aramis przyłączył się do dwóch towarzyszy; wróciwszy do domu d'Artagnan zastał przyjaciół w...
- W ciągu trzech pierwszych miesięcy od czasu przeniesienia się do nowej siedziby byłem wciąż bardzo zajęty i prawie nie widywałem mego przyjaciela Holmesa...
- – Zabierzesz stÄ…d te akta, zrobisz gdzieÅ› kopie, rozeÅ›lesz część do przyjaciół i znajomych rozrzuconych możliwie po caÅ‚ych Stanach, a resztÄ™ ukryjesz,...
- Wreszcie wczesnym popołudniem któregoś dnia Smuga oznajmił, że wraca jego przyjaciel i mogą mu złożyć wizytę w siedzibie towarzystwa, gdzie pracuje...
- Mama nie rozumie, że co innego koledzy, a co innego prawdziwy przyjaciel...
- — Stać! Kto idzie? Wróg czy Przyjaciel Ziemi?— Naturalnie, że PZ...
- Tak więc w niedzielę późnym rankiem wysłałem do Akeleya depeszę zawiadamiając go, że przyjadę do Brattleboro w najbliższą środę - 12 września - o ile ten...
- Niemniej obawiaÅ‚em siÄ™ wyjść z lasu — choć skÄ…dinÄ…d byÅ‚o oczywiste, że prÄ™dzej albo później wyjść muszÄ™...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Należało zrozumieć co właściwie dzieje się na murach i przed nimi. Jonathan wsłuchał się, zaczął rozróżniać w monotonnym ponurym buczeniu różne tony, bez wątpienia obie grupy wykonywały jakieś pieśni, mruczały wyzwanie, z całą pewnością na oczach Jonathana rozgrywał się jakiś soyeftiański rytuał, o którym nie miał wcześniej pojęcia.
Zaczął domyślać się,
że po zakończeniu monotonnych, deprymujących przeciwnika pieśni strony przystąpią do działań bezpośrednich. Mieszkańców oazy było więcej, ale przybysze wyglądali na bardziej zdecydowanych i w myśl zasady, że w walce zawsze wygrywa głodniejszy i bardziej
zdesperowany, mieli większe szanse. Obrońcy zmienili tonację swojej pieśni, wzniosła się o kilka tonów wyżej, zmienił się nieco, niemal dotychczas niewyczuwalny rytm, jakby część wykonawców utrzymywała ton, podczas gdy inna wprowadziła do niego inną melodię, inne słowa, tworząc jakiś ponury kanon, nieprzyjemny, wpełzający w uszy, wywołujący przemierzający plecy dreszcz i odzywający się mrowieniem w palcach. Jonathan poczuł, że drętwieją mu wargi i zaczyna pulsować w skroniach, powieki zupełnie niespodziewanie zaciążyły, krajobraz przed oczami z fragmentem osady i rywalizującymi w śpiewie grupami, zamglił się, zmętniał. Zachwiał się, ugięły się pod nim kolana, omal nie runął na plecy, szczęściem jedno z kolan uderzyło w balustradę i ból otrzeźwił go na kilkanaście sekund. Zdążył zobaczyć jak wali się na ziemię jeden z mieszkańców osady i zaraz po nim dwie kobiety. Jedna z nich upadając pociągnęła za sobą stojące obok dziecko. Nikt z tej czwórki nie podniósł się. Miękka otumaniająca siła bijąca z melodii wywodzonych przez Soyeftie, ponownie zwaliła się na obserwatora z Ziemi. Chwycił się pulsującej jeszcze życiem części świadomości, odsunął od barierki i ruszył do wyjścia z wieży. Przebierając rękami po ścianie wieżyczki, dotarł do zastygłej w odrętwieniu rampy i ruszył nią w dół. Po kilkunastu krokach poczuł się lepiej, wprawdzie w uszach ciągle coś warczało i krew pulsowała w skroniach, drżały palce, ale mógł zmusić mózg do myślenia. Dowlókł się do pokoju i zwalił na krzesło. Udało mu się sięgnąć do półki i po kilku próbach wyciągnąć z pęku cygaretek jedną, dopiero wtedy uświadomił sobie, że zapalniczka została przy wygasłych ogniskach, zresztą i tak nie dawała już ognia. Zmiął cygaretkę i cisnął na podłogę.
Wnętrzem dłoni mocno przetarł twarz, z całej siły uderzył się pięścią w udo.
Nie miał żadnej broni, nawet noża, zresztą o ile dobrze zauważył, zanim otumaniający hipnotyczny pomruk niemal zwalił go na ziemię nikt z obrońców nie był uzbrojony. Napastnicy również zostawili swój oręż przy siodłach, broń nie odgrywała więc w tych zmaganiach większej roli. Wszystko wskazywało na to, że pojedynek rozstrzygną owe pieśni wywodzone przez obie grupy. I w tym układzie Jonathan nie mógł się na nic przydać, reagował na obezwładniający dźwięk silniej niż
którykolwiek Soyeftie starcy i dzieci stali na murach nie wiadomo ile, a on niemal stracił
przytomność z dużej odległości i po kilku zaledwie chwilach. Odruchowo wyciągnął jeszcze jedną cygaretkę i wściekły rzucił ją o podłogę. Gorączkowo rozejrzał się po pokoju w poszukiwaniu czegokolwiek, z czego dałoby się wykrzesać ogień i trafił spojrzeniem na nieforemny pakunek.
Niespodziewanie zakiełkowała w umyśle pewna myśl, rzucił się do narzuty, zszarpnął ją z maszyny i szybko uruchomił walkmana. Słuchawki ożyły, ich malutkie głośniczki rozjęczały się solówką zdobiącą piosenkę o łkającej gitarze. Szybko naciągnął słuchawki na uszy i wybiegł z pokoju. Kilkoma skokami pokonał pierwszy marsz schodów, drugi, wybiegł na ulicę i pognał na skróty w kierunku północnej bramy. W labiryncie ciasnych