Ramona Purveyance spojrzała na swoje dłonie...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- – Hej! żeby siÄ™ to tak udaÅ‚o tÄ™ wyspÄ™ i ten zamek ubiec! – Spojrzyj jeno na tych ludzi – odrzekÅ‚ Maćko...
- Dziewczyna na posadzce obciągnęła spódnicę, zasłaniając długie, spracowane nogi, spojrzała na Sefelta, który leżał przy niej uśmiechnięty, drgając w...
- Obrzuciła mnie ponurym spojrzeniem, obracając moje słowa w myślach, pró- bując odkryć zniewagę albo podstęp...
- Pitt odwrócił się i spojrzał przez przejrzystą bańkę kabiny na ultramarynowy, ciemny błękit, sięgający dalekiego południa...
- Obrzuca mnie przelotnym spojrzeniem, potem zagląda do skrzynki, w której trzyma cebulki przeznaczone do selekcji...
- - Niech no pan spojrzy, panie Lohkamp! Czyż to nie śliczne? Co rok się wydaje cudem!Przystanąłem zdumiony...
- F’lar oderwał niechętnie spojrzenie od porywającego widoku Pernu i zaczął się przyglądać próbce...
- Spojrzała na radio z zegarem, marki Sony, które podarowała jej matka...
- Pahner wziął głęboki oddech i spojrzał na wielkiego Mardukanina...
- Służy też temu miejscu i ono, cośmy w pytaniu: Jeśli czarownicy czary swoje zawsze z szatanami odprawują? powiedzieli, gdzie położyła się przeszkoda trojaka,...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
– Rozumiem... Cóż, czeka na mnie pranie. Mam mu przekazać, że pan był?
– Bardzo proszę i dziękuję. Pewnie pani nie wie, kiedy profesor wraca... Zabrał ze sobą dużo rzeczy?
– A skąd miałabym to wiedzieć? – Ramona sięgnęła po filiżankę. Herbata musiała być już zimna, ale kobieta powoli się napiła. Znad filiżanki patrzyły na Jeremy’ego ciemne oczy.
– Nie domyśla się pani?
– W nocy wsunął mi pod drzwi kartkę z prośbą, żebym zajęła się jego pocztą. Musiał to zrobić późno, bo położyłam się dopiero o jedenastej. Kiedy wstałam o szóstej, już go nie było.
Ręka z filiżanką się opuściła. Twarz Ramony Purveyance nic nie wyrażała, ale w jej spojrzeniu była czujność. Jeremy się uśmiechnął.
– To cały profesor Chess. Pojechał na spotkanie kolejnej przygody tym swoim pięknym lincolnem.
– Śliczny samochód, prawda? Bardzo o niego dba, myje, poleruje, odkurza go co tydzień, ale nie, nie sądzę, żeby go wziął. Kiedy podróżuje, zazwyczaj przyjeżdża po niego taksówka. Albo jedzie swoim drugim samochodem i zostawia go na lotnisku.
– Swoim drugim samochodem?
– Furgonetką – wyjaśniła Ramona. – Ma furgonetkę forda, starą, ale w doskonałym stanie. Powiedział, że kupił ją od miasta na wyprzedaży. Przedtem należała do biura koronera, czy to nie pyszny dowcip? – Staruszka zaśmiała się i objęła ramionami. – Profesor Chess zapewnił mnie, że dokładnie ją wyczyszczono. Zawsze tak z nimi robią.
– Z nimi? – zapytał Jeremy.
– Z rzeczami z kostnicy. – Znów chichot. – Z rzeczami śmierci.
Rozdział 25
Kiedy był w połowie drogi z powrotem do miasta, rozpętała się burza. Całymi kilometrami jechał zygzakiem, z zaparowaną przednią szybą, czuł, jak hamulce przestają trzymać, niewiele brakowało, a znalazłby się w karambolu siedmiu aut. Pod koniec zdał się na los. Jakimś cudem dotarł do domu cały i zdrowy. Na kolację zjadł zupę z puszki i grzanki, popił czarną kawą.
Następnej nocy udało mu się wreszcie wyrwać z Angelą ze szpitala; zabrał ją do restauracji lepszej niż dotąd: przy Hale Boulevard, na North Endzie. Ze względu na pogodę pojechali taksówką, a Jeremy zabrał parasolki dla obojga.
Nauczył się tego od Arthura.
Weszli do restauracji: obite zielonym zamszem ściany, granitowe ławy, nakrochmalone lniane obrusy koloru świeżego masła. Idąc do swojego stolika w głębi sali, Jeremy i Angela minęli najpierw skrzynię z lodem pełną ryb tak świeżych, że ich oczy wciąż patrzyły z wyrzutem, a potem drugą z wieprzowiną i wołowiną z marmurkowymi plamami tłuszczu. Wojownicze homary ze związanymi szczypcami drapały nieskazitelnie czyste ściany trzymetrowego akwarium.
Barbarzyński dostatek.
Jeremy zrobił rezerwację dwa dni wcześniej i załatwił Angeli zastępstwo innego specjalizanta. Faceta, który był na psychiatrii jako stażysta i parę razy przyszedł na wykłady Jeremy’ego.
Atmosfera, jedzenie, wszystko było wspaniałe. Angeli zaimponowało to, że Jeremy wszystko tak dobrze zaplanował. Wzruszyło ją to prawie do łez.
Usiadła tuż obok niego tak, że stykali się udami.
– Jak ja mam po tym wrócić do życia specjalizanta?
– Spokojnie – poradził Jeremy. – Unikaj niepotrzebnych wstrząsów sensotycznych.
– To wszystko jest jeden wielki wstrząs. To, jak mnie traktujesz.
– Założę się, że dla ciebie to nie pierwszyzna.
– Dlaczego tak uważasz?
– Jedynaczka w rodzinie lekarzy. Coś mi mówi, że miałaś okazję doświadczyć luksusu.
– Masz rację. Wychowywali mnie z miłością, dawali, czego zapragnęłam, zawsze powtarzali, że mogę osiągnąć wszystko, jeśli tylko się przyłożę. Podobno nie wolno mi nigdy tracić wiary w siebie, tak? Ale tracę. Prawie codziennie. Ta praca, tylu ludzi, którzy na mnie polegają. Co będzie, jak pomylę się o jedno miejsce po przecinku w dyspozycji? Albo nie wyłapię, jak pomyli się ktoś inny... Zdarzyło mi się coś takiego, kiedy byłam na stażu. Nadęty prowadzący bardziej przejmował się wystawianiem rachunków niż dbaniem o swoich pacjentów, wypisał dyspozycję podania insuliny diabetykowi. Sto razy za dużo. Mielibyśmy nagły zgon i wszyscy by się dziwili dlaczego.
– Zauważyłaś? – spytał Jeremy.
Angela pokiwała głową. Kelnerka o lalkowatej urodzie przyniosła im darmowy likier melonowy w maleńkich, zielonych kieliszkach i lakierowaną tackę smażonych przekąsek. Angela ujęła w pałce swój kieliszek. Podniosła maleńką ośmiorniczkę.
– To zbyt okrutne – mruknęła i odłożyła ją z powrotem.
– A więc uratowałaś człowiekowi życie. Powinnaś się cieszyć.