powinien dodać gazu...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Barak nerwowo odchrząknął, zastanawiając się nad aktualną równowagą umy-słu O’Loga i rozważając, czy nie powinien w gruncie rzeczy wycofać się...
- - Powinieneś być głęboko wdzięczny, George, za tę szczyptę realizmu...
- - Dla ścisłości muszę dodać - ciągnął Fryderyk - że mój ojciec wie o tych wagarach...
- ODNOWIENIE SCHOLASTYKI...
- Najgorsze ze wszystkiego jest oczywiście "ja", które jest prawie wszechobecne i prawie nieoporne, choć poprzez swe głębokie zakorzenienie nie do końca...
- 44 53 8A 3E D6 C6 96 B3 4E 00 71 03 44 52 26 9C Hendersonville_NC-9...
- tego, mając na uwadze przestrzeganie dyscypliny (takie pojęcie nie mieściło się w ich umysłach) ani nawet zachowanie porządku...
- sność drugiej ćwierci; suma wniesiona do wspólnoty stanowić będzie jedną czwartą właści- wego wkładu, pozostałym zaś przy życiu małżonkom...
- — Do Toronto...
- W tym wypadku, podobnie jak przy innych rodzajach dysfunkcji seÂksualnych, mężczyzna przyjmuje w trakcie aktu seksualnego rolÄ™ obserÂwatora...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Cherry jęknęła cicho, gdy Ptaszek i maszyna rozdzielili się w powietrzu. Zdawało się, że przez sekundę motor zawisł nieruchomo, nim przekoziołkował i runął w pordzewiałą plątaninę blachy, która była kiedyś jedną z fabrycznych przybudówek. A Ptaszek toczył się i toczył po ziemi.
Ślizg jakoś nie usłyszał huku. Stał obok Cherry pod osłoną otwartej rampy
załadunkowej. . . A potem, bez żadnego przejścia, pędził do leżącego jeźdźca po rdzy nakrapianej bielą śniegu. Ptaszek leżał na wznak, miał krew na wargach, a usta częściowo przesłonięte supłami rzemyków i amuletów, które zawsze nosił
na szyi.
— Nie dotykaj go — powiedziaÅ‚a Cherry. — Może mieć poÅ‚amane żebra albo
być całkiem porozrywany w środku. . .
Na dźwięk jej głosu Ptaszek otworzył oczy. Ściągnął wargi, wypluł trochę
krwi i kawałek zęba.
— Nie ruszaj siÄ™. — Cherry przyklÄ™knęła obok niego. PrzeszÅ‚a na wyraźnÄ…
dykcjÄ™, jakiej uczyli jej w szkole medycznej. — Możesz być ranny.
— Pieprz siÄ™, paniusiu — wykrztusiÅ‚ i podniósÅ‚ siÄ™ sztywno, z pomocÄ… Åšlizga.
— Jak chcesz, durniu — odparta. — Krwotok. Guzik mnie to obchodzi.
— Nie dostaÅ‚em jej — oÅ›wiadczyÅ‚ Ptaszek, grzbietem dÅ‚oni rozsmarowujÄ…c
krew po twarzy. — Ciężarówki.
168
— ZauważyÅ‚em — mruknÄ…Å‚ Åšlizg.
— Marvie i chÅ‚opcy mieli towarzystwo. Jak muchy na gównie. Para podusz-
kowców, śmigłowiec i w ogóle. Pełno facetów.
— Jakich facetów?
— Jak żoÅ‚nierze, ale to nie oni. Å»oÅ‚nierze Å‚aziliby dookoÅ‚a, opieprzali siÄ™, opowiadali dowcipy, kiedy nie widać nikogo ważnego. Ale nie ci.
— Gliny?
Marvie i jego dwóch braci w parunastu na wpół zasypanych kolejowych
cysternach hodowali jakieś zmutowane zielsko. Czasami próbowali destylować
składniki aminowe, ale laboratorium stale im wybuchało. Stanowili coś, co moż-
na uznać za stałe sąsiedztwo Fabryki. Sześć kilometrów.
— Gliny? — Ptaszek wypluÅ‚ kolejny odprysk zÄ™ba i zakrwawionym palcem
ostrożnie zbadaÅ‚ wnÄ™trze ust. — Przecież nie naruszajÄ… prawa. ZresztÄ… glin nie stać na taki sprzÄ™t: nowe poduszkowce, nowa honda. . . — RozciÄ…gnÄ…Å‚ w uÅ›miechu wargi, mokre od krwi i Å›liny. — PokrÄ™ciÅ‚em siÄ™ po Samotni i dokÅ‚adnie ich sobie obejrzaÅ‚em. Nikt, z kim chciaÅ‚bym pogadać. Ty też nie. Chyba caÅ‚kiem roz-pieprzyÅ‚em Gentry’emu motor. . .
— Nie przejmuj siÄ™ — uspokoiÅ‚ go Åšlizg. — Jest zajÄ™ty czymÅ› innym.
— To dobrze. . .
Zatoczył się w stronę Fabryki, niemal upadł, odzyskał równowagę i poszedł
dalej.
— Ma odlot jak latawiec — zauważyÅ‚a Cherry.
— Hej, Ptaszek! — zawoÅ‚aÅ‚ Åšlizg. — Co siÄ™ staÅ‚o z tÄ… torbÄ… gówna, którÄ…
miałeś oddać Marviemu?
Ptaszek zachwiał się.
— ZgubiÅ‚em. . .
A potem zniknął za narożnikiem z blachy falistej.
— Może wszystko to wymyÅ›liÅ‚ — zastanowiÅ‚a siÄ™ Cherry. — Tych facetów.
I całą resztę.
— WÄ…tpiÄ™ — odparÅ‚ Åšlizg i wciÄ…gnÄ…Å‚ jÄ… w cieÅ„, gdy z zimowego nieba opadÅ‚a
nad Fabrykę czarna honda bez świateł.
* * *
Biegnąc po chwiejnych stopniach, słyszał, jak honda piąty raz zatacza krąg
nad Fabryką. Blaszany dach wibrował od podmuchu. Niech tam, pomyślał; to powinno zwrócić uwagę Gentry’ego na fakt, że mamy gości. Dziesięcioma ostrożny-mi krokami pokonał wąski pomost; zastanawiał się, czy w ogóle zdołają wynieść 169
stąd Grafa z noszami. . . Trzeba będzie chyba na całej długości przyspawać dodat-kowy dwuteownik.
Bez pukania wszedł na poddasze. Gentry siedział przy pulpicie. Pochylił gło-wę w bok i spoglądał w górę, na plastikowe świetliki. Pulpit był zasypany kawał-
kami obwodów i narzędziami.
— ÅšmigÅ‚owiec — oznajmiÅ‚ zdyszany Åšlizg.
— ÅšmigÅ‚owiec — zgodziÅ‚ siÄ™ Gentry i w zadumie pokiwaÅ‚ gÅ‚owÄ…. SplÄ…tany
czub podskoczyÅ‚. — Chyba czegoÅ› szukajÄ….
— Obawiam siÄ™, że już znaleźli.
— Może to Agencja Energii?
— Ptaszek widziaÅ‚ jakichÅ› ludzi u Marviego. I widziaÅ‚ tÄ™ maszynÄ™. Nie sÅ‚u-
chałeś, kiedy chciałem ci opowiedzieć, co on mówił.
— Ptaszek?
Gentry przyjrzał się małym błyszczącym elementom na blacie. Podniósł dwa
zaciski i skręcił je razem.
— Graf! KazaÅ‚. . .
— Bobby Newmark — mruknÄ…Å‚ Gentry. — Tak. Teraz wiem już wiÄ™cej o Bob-
bym Newmarku.
Cherry stanęła za Ślizgiem.
— Musisz coÅ› zrobić z tym pomostem — oÅ›wiadczyÅ‚a, podchodzÄ…c do noszy.
— Za bardzo siÄ™ kiwa.
Pochyliła się, by sprawdzić odczyty Grafa.
— Chodź no tu. Åšlizg — rzuciÅ‚ Gentry.
Wstał. Przeszedł do pulpitu holo. Ślizg ruszył za nim, wpatrzony w płoną-