— Do Toronto...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — Proszę pani, jeśli pojedzie pani do siedziby detektywów Dystryktu Zachodniego przy Pięćdziesiątej Piątej i Pine, gdzie podpisze pani dokument...
- Tak więc nie można też ustalić, czy pewne rodzaje literackie ukształtowały się raczej pod naciskiem zjawisk realnych, czy raczej — norm kulturowych jako...
- dobiegł do jej wytężonego słuchu — cichy jak brzęczenie komara daleki dzwonek, za chwilę ponowny • dzwonek, już bliżej, potem stukot...
- Niemniej obawiałem się wyjść z lasu — choć skądinąd było oczywiste, że prędzej albo później wyjść muszę...
- par³ margraf — ale nie jeno przeto, jeno ¿e przez Odrê³acniej siê przeprawiæ, w górnym biegu...
- ciekawe i co mnie osobiście bardzo zaskoczyło — zdałem sobie spra- wę, że czasami pracując mniej i krócej, można było zrobić więcej, niż...
- le jest potrzebny), niedostępnej dla użytkowników i przeznaczonej wy- łącznie na potrzeby administratora, — skonfigurowanie portów...
- wyreperował dach i ściany, wybił otwory i wstawił okna, żeby był przewiew — zmienił całe pomieszczenie tak, że wyglądało prawie jak mieszkanie...
- — Od dawna panowało przekonanie, że rzeka Nil wypływa z wielkich jezior leżących u stóp Gór Księżycowych[46]...
- mogła umknąć uwagi czatowników pilnujących granicy — i niepostrzeżenie prze- dostać się w głąb terenów Armektu...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
— Dlaczego właśnie do Toronto?
— Dokądś musiałem wyjechać. To ładne miasto.
— Tam wyrobiłeś sobie fałszywe dokumenty?
— Zgadza się.
— Już w Toronto przyjąłeś nazwisko Danilo Silvy?
— Tak.
— Nadal uczyłeś się portugalskiego?
— Owszem.
— I jeszcze bardziej schudłeś?
— Tak, dalsze dziesięć kilogramów.
Ciągle nie otwierał oczu. Usilnie starał się nie myśleć o bólu, bo przynajmniej w tej chwili jego sytuacja była znośna. Piekła go skóra na piersi, gdzie silnie rozgrzane elektrody niemal wtapiały mu się w ciało.
26
— Ile czasu spędziłeś w Toronto?
— Trzy miesiące.
— A więc mieszkałeś tam jeszcze w lipcu tysiąc dziewięćset dziewięćdziesią-
tego drugiego roku?
— Raczej tak.
— Dokąd później wyjechałeś?
— Do Portugalii.
— Dlaczego do Portugalii?
— Gdzieś musiałem się ukryć. A to piękny kraj. Nigdy wcześniej tam nie
byłem.
— Jak długo przebywałeś w Europie?
— Kilka miesięcy.
— A co potem?
— Zamieszkałem w Sao Paulo.
— Z jakiego powodu?
— Łatwo zniknąć w dwudziestomilionowym mieście.
— Ile czasu tam spędziłeś?
— Rok.
— Powiedz mi, czym się wtedy zajmowałeś.
Patrick zaczerpnął głęboko powietrza, poruszył się nerwowo, po czym skrzy-
wił z bólu i szybko znieruchomiał.
— Zapoznawałem się z życiem w tym mieście. Wynająłem prywatnego na-
uczyciela i szlifowałem znajomość języka. Straciłem parę dalszych kilogramów.
Przenosiłem się z jednego mieszkania do drugiego.
— A co zrobiłeś z pieniędzmi?
Cisza. Kolejne delikatne szarpnięcie. Gdzie jest to cholerne pudełko z chromowaną dźwignią? Dlaczego nie można by jeszcze porozmawiać swobodnie na
inne tematy, zapomniawszy o tej przeklętej forsie?
— Jakimi pieniędzmi? — spytał, usiłując za wszelką cenę zachować spokój.
— Dobrze wiesz, Patricku. Z tymi dziewięćdziesięcioma milionami, które za-
brałeś z konta swojej kancelarii adwokackiej, okradając w ten sposób klientów.
— Już mówiłem. To jakaś pomyłka.
Guy niespodziewanie krzyknął coś głośno. Otworzyły się drzwi pokoju i do
środka wpadła gromada agentów. Brazylijski lekarz pospiesznie zrobił kolejne dwa zastrzyki i wyszedł. Trzech Amerykanów coś majstrowało przy urządzeniu
stojącym w rogu pokoju. Włączony został duży magnetofon kasetowy. Guy zno-
wu podetknął leżącemu pod nos pudełko z połyskującą dźwigienką i wściekle
cedząc słowa przez zęby, zaczął powtarzać groźby, że nie zawaha się porazić go śmiertelnie prądem, jeśli zostanie do tego zmuszony.
— Pieniądze wpłynęły na konto twojej kancelarii w bahamskim banku
w Nassau dokładnie o dziesiątej piętnaście dwudziestego szóstego marca tysiąc 27
dziewięćset dziewięćdziesiątego drugiego roku, czterdzieści pięć dni po twojej sfingowanej śmierci. I ty byłeś tam wtedy, Patricku, opalony, uśmiechnięty, try-skający życiem. Dysponujemy odbitkami z klatek filmu zarejestrowanego przez kamery systemu alarmowego banku. Posługiwałeś się świetnie podrobionymi dokumentami. Niedługo po wpłynięciu tych pieniędzy wycofałeś całą sumę, przela-
łeś ją do banku na Malcie. Ukradłeś ją, Patricku. Więc teraz musisz mi powiedzieć, co zrobiłeś z pieniędzmi. Kiedy wyznasz prawdę, pozostawię cię przy życiu.
Więzień przez chwilę zerkał nerwowo to na swego prześladowcę, to na chro-
mowaną dźwignię urządzenia, wreszcie zamknął oczy, napiął wszystkie mięśnie i odparł cicho:
— Przysięgam, że nie mam pojęcia, o czym mówisz.
— Patricku. . .
— Proszę, nie rób tego! — jęknął Lanigan. — Błagam!
— To dopiero trzeci poziom. Nie zaznałeś jeszcze nawet połowy możliwych
cierpień.
Guy ściągnął dźwignię w dół, spoglądając, jak ciałem leżącego wstrząsają
konwulsyjne dreszcze.
Nie próbował już stawiać oporu. Wrzeszczał tak przeraźliwie, że siedzący na werandzie przed domem Osmar popatrzył ze strachem w twarze swoich brazylijskich kolegów. Toczona półgłosem w ciemnościach rozmowa urwała się nagle.
Ktoś zaczął szeptem odmawiać modlitwę.
Sto metrów od zabudowań trzymający straż przy polnej drodze Brazylijczyk
obserwował z uwagą przejeżdżające w oddali samochody. Nie spodziewali się
żadnych gości. Najbliższe siedziby ludzkie oddalone były o parę kilometrów. To-też i on zaczął pod nosem odmawiać modlitwę, kiedy do jego posterunku doleciały stłumione, przerażające krzyki torturowanego człowieka.
Rozdział 4
Czwarty bądź piąty telefon od sąsiadów całkowicie wytrącił panią Stephano
z równowagi. Ostrym tonem nakazała Jackowi wyznać prawdę. Chcąc nie chcąc,
przyznał więc, że trzej mężczyźni w ciemnych garniturach, siedzący w samo-
chodzie zaparkowanym przed ich domem, są agentami federalnymi. Pobieżnie