poobiedniej sjeście...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- - Za jakże licznych Żydów, szpicli i donosicieli w służbie carów Historia odnotowała całe âźlegionyâ antypolskich Żydów, szpicli i donosicieli...
- Josua skoczył do przodu, połyskując Naidelem...
- - Dobra, synu! Teraz odchyl się do tyłu! - Chciał wykonać polecenie, ale uniemożliwiała mu to wyobraźnia...
- 31 Por M...
- cza417 najliczniejszą grupę wśród mieszkańców Warszawy, nazywani są w filistrami...
- Po dwóch godzinach od wyjazdu z Tokio usłyszeli jazgot lotniczych motorów...
- to kawał chłopa, który wiele w życiu widział i potrafi o siebie zadbać...
- Sprawa projektowania â inicjalizacja obiektu...
- W 1992 r...
- bp Kaoshsiung; Joseph Wang bp pomocniczyTaipei; Thomas Pai administrator apostolskiPenghu; John Tsao wikary kapituły Hualien Biskupi Tajwanu, PO Box...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Pierwsze krople deszczu zaczęły spadać na liście
pomarańczowych drzew. Ulewa runęła dokładnie w momencie, w któ-
rym wszedł na kamienne schodki i dotarł do oszklonych drzwi salonu.
Calvi ucieszył się. Wiedział, że gwałtowne dudnienie deszczu o czerwone
dachówki willi zagłuszy wszystko inne.
Od lewej strony, z przyległego do salonu pokoju dochodził dźwięk
stukania na maszynie. Calvi wydobył pistolet, przez chwilę stał
nieruchomo pośrodku salonu. Potem ruszył powoli po plecionej macie
pokrywającej podłogę i znalazł się w drzwiach gabinetu pana domu.
Major Summers z pewnością nie zdążył sobie niczego uzmys-
łowić. Może zobaczył stojącego w drzwiach człowieka i wstał, żeby
zapytać, czego chce. Może nawet zauważył przedmiot, który czło-
wiek ten trzymał w ręku. Rozległy się dwa głuche puknięcia, niewiele
głośniejsze od uderzeń kropel deszczu w dach. Dwie kule przebiły
pierś majora. Trzecia z odległości pół metra trafiła go w skroń, ale
tej już chyba nawet nie poczuł. Korsykanin przyklęknął i poszukał
pulsu swojej ofiary. Potem podniósł głowę, wstał i ruszył w stronę
drzwi.
Następnego wieczoru w kawiarni na rue Miollin spotkali się dwaj
mężczyźni: morderca i jego klient. Calvi zadzwonił do Sandersona
jeszcze z Walencji i Sanderson natychmiast poleciał do Paryża. Wręczył
Korsykaninowi należne mu pięć tysięcy funtów szterlingów. Wydawał
się zdenerwowany.
- I co? Obeszło się bez żadnego problemu?
Calvi uśmiechnął się i potrząsnął głową.
25
- Wszystko poszło gładko. Major nie żyje. Dostał dwie kule
w serce i jedną w głowę.
- Nikt pana nie widział? Nie było żadnych świadków?
- Nie - Korsykanin wstał od stolika i gestem pełnym satysfakcji
poklepał się po prawej górnej kieszeni marynarki. - Chociaż, niestety,
pod sam koniec, kiedy już stałem nad zwłokami, ktoś wszedł do
pokoju, pewnie żeby zamknąć okna, bo lało jak z cebra.
Anglik spojrzał na Korsykanina z przerażeniem w oczach.
- Kto to był?
- Jakaś kobieta.
- Wysoka? Brunetka?
- Właśnie. Nawet całkiem niebrzydka.
Widząc zmienioną twarz swojego klienta, Korsykanin poklepał go
przyjaźnie po ramieniu.
- Niech się pan nie martwi, monsieur - powiedział uspokajająco. -
To była czysta robota. Zastrzeliłem ją z miejsca.
W IRLANDII NIE MA ŻMIJ
McQueen zza biurka spojrzał sceptycznym wzrokiem na nowego
kandydata do pracy. Jeszcze nigdy takiego nie zatrudniał. Był
jednak człowiekiem życzliwym, a jeżeli stwierdzał, że człowiek
wyraźnie potrzebuje pieniędzy i jest gorliwy, nie odmawiał mu
szansy.
- Czy wiesz, że jest to piekielnie ciężka robota? - zapytał
z właściwym mu, silnym akcentem irlandzkim.
- Tak, proszę pana - odpowiedział kandydat.
- Jest to szybka, dorywcza praca, rozumiesz? Żadnych pytań,
żadnych przygotowań. Na ryczałt. Czy wiesz, co to znaczy?
- Nie, proszę pana.
- To znaczy, że pieniądze są dobre, ale płacę gotówką. Bez
biurokracji. W porządku?
Chodziło mu o to, że nie będzie potrącany ani podatek, ani
składka na ubezpieczenie zdrowotne. Mógł jeszcze dodać, że jego
pracownicy nie mają ubezpieczeń społecznych, a o bezpieczeństwie
i higienie pracy w ogóle mowy nie ma. Chodziło po prostu o szybki
zarobek dla wszystkich, a zwłaszcza dla pracodawcy. Kandydat do
pracy skinął głową na znak, że zrozumiał, choć tak naprawdę nie
bardzo wiedział, o co chodzi. McQueen patrzał na niego z uwagą.
- Powiedziałeś, że kończysz w tym roku medycynę w Akademii
Medycznej imienia Królowej Wiktorii?
Tamten znowu skinął głową.
- A teraz masz wakacje?
Znowu skinięcie głowy. Kandydat do pracy był widać jednym
z tych studentów, którzy potrzebują pieniędzy na uzupełnienie stypen-
dium. McQueen, siedząc w obskurnym biurze w Bangorze, gdzie
znajdowało się jego nędzne przedsiębiorstwo rozbiórkowe, rozporzą-
dzające poobijaną ciężarówką i kilkudziesięcioma starymi młotami,
27
uważał, że zawdzięcza wszystko, co w życiu zdobył, wyłącznie samemu
sobie, i gorąco aprobował etykę pracy obowiązującą w protestanckim
Ulsterze. Nie mógł więc zawieść nadziei człowieka o podobnych
zasadach, niezależnie od tego, jak ten człowiek wyglądał.
- W porządku - powiedział - dobrze by było, gdybyś sobie
znalazł mieszkanie w Bangorze. Codzienne przyjazdy z Belfastu
i z powrotem to zbyt wielka strata czasu. Pracujemy od siódmej rano
do zachodu słońca. Płacimy od godziny. Praca ciężka, ale dobrze
płatna. Piśniesz jedno słowo władzom, a wylewam cię z miejsca. Okay?
- Rozumiem, proszę pana. Kiedy zaczynam i gdzie?
- Ciężarówka zabiera ludzi z placu przed dworcem głównym
o szóstej trzydzieści. Staw się tam w poniedziałek rano. Szefem grupy
jest Wielki Billie Cameron. Powiem mu, że przyjdziesz.
- Dobrze, panie McQueen. - Kandydat zwrócił się już do drzwi.
- Jeszcze jedno - powiedział McQueen, unosząc ołówek. - Jak
się nazywasz?