Po dwóch godzinach od wyjazdu z Tokio usłyszeli jazgot lotniczych motorów...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — ProÅ›ba o pomoc, która czekaÅ‚a tysiÄ…c lat, może poczekać jeszcze kilka godzin — albo dni — prychnęła Jonja...
- Chociaż trenowałem i trenowałem godzinami, nie przypuszczałem, że dwanaście zaledwie minut walki może trwać tak bardzo długo...
- John chodził po nierównym stożku przez ponad godzinę, co chwila przestawiając dwuobiektywowe soczewki w szybce hełmu na coraz dłuższe okresy, aby spenetrować...
- hłasko marek, dom mojej matki (rtf)Chodziłem czasem na przedmieście i wałęsałem się godzinami po piaszczystych i krzywych uliczkach, gdzie przycupnęły...
- Szczegó³owa relacja o ostatnich godzinach Hitlera w bunkrze w dniu 30 kwietnia 1945 roku pochodzi od jego kierowcy Ericha Kempki...
- Podszed³ wprost do Nataszy wpatruj¹c siê w ni¹ uporczywie i powiedzia³:- Moja wizyta u pani o tej godzinie i bez zapowiedzi jest doœæ dziwna i przekracza granice...
- do apteki, wykupuje receptę i postępuje zgodnie z instrukcjami lekarza, na przykład: “zażywać dwie tabletki co cztery godziny"...
- Ale teraz, gdy upłynęła jedna godzina, druga i trzecia, sił tych ubywało za każdym krokiem...
- interesy,stanowisko lub zatrudnienie ka¿¹ opuszczaæ dom o sta³ych godzinach i na okreœlonyprzeci¹g czasu...
- W morzu tym spędzałem często długie godziny, zupełnie bezczynnie pozwalając się w nim po prostu unosić...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Dźwięk ten potężniał, pasażerowie rozglądali się trwożnie dokoła. W ciągu kilku ostatnich tygodni startujące z lotniskowców amerykańskie samoloty ostrzeliwały pociągi i inne cele. Znacznie niebezpieczniej było, gdy pociąg stawał, niż kiedy jechał.
Wyciu samolotów towarzyszył terkot karabinów maszynowych. Pociski pruły poprzedni wagon. Floss, czując, że to już koniec, położyła w opiekuńczym geście, dłoń na plecach Masaa, który wyglądał, jak zahipnotyzowany, przez okno. Rozległ się kolejny niesamowity skowyt pikującego samolotu, i następny wybuch ognia.
Z jakichś powodów samoloty odleciały równie nagle, jak przyleciały. Nalot się skończył, a pociąg jechał dalej.
3.
Zdawało się, że obrona japońska na Okinawie krzepnie, zaś straty powodowane przez kamikaze rosły. W tej sytuacji 8 Pułk Piechoty Morskiej, nowy pułk Marka, otrzymał rozkaz zajęcia dwu małych wysp przybrzeżnych, na których można by zainstalować urządzenia radarowe. W dniu 3 czerwca, po ciężkim ostrzale z dział okrętowych, dwadzieścia sześć barek desantowych z pułkiem tym na pokładach, zrzuciło kotwice u brzegów Ideya Shima, miłej małej wysepki, położonej na północny zachód od Okinawy. Nikt stamtąd nie odpowiedział ogniem i Mark zastanawiał się, czy to nie kolejny japoński podstęp. Patrzył, jak osiada na brzegu rój dwu batalionów. Nie padł ani jeden strzał. Mark zszedł na ląd z trzecim batalionem i z ulgą przyjął witającą ich ciszę. Na wyspie nie było ani jednego japońskiego żołnierza, jedyną przeszkodę stanowił tak rzęsisty deszcz, że musieli przespać tę noc w oceanie błota. Nazajutrz Marines ruszyli ku przeciwległemu brzegowi wysepki, spychając przed sobą przerażonych okinawskich cywilów i mnóstwo domowych zwierząt.
Sześć dni później batalion Marka wylądował, nie napotkawszy na opór, na drugiej wyspie, położonej na zachód od południowego cypla Okinawy. Było to bezpieczniejsze, komentował jakiś szeregowiec, niż jazda po autostradach Kalifornii. Następne dni spędzili jak w uzdrowisku. Należało schwytać i przesłuchać kilku cywilów, paru Okinawczykom opatrzyć rany otrzymane w czasie ostrzału. Podniecające było tylko pojmanie dwu japońskich pilotów udających cywilów. Trzeciego dnia Mark mógł z nimi porozmawiać. Mówili bez oporów. Marines piekli się na plażach, dosiadali małych okinawskich koników i usiłowali ujeżdżać woły, oczywiście na oklep.
Wakacje skończyły się 16 czerwca, kiedy przewieziono 8 Pułk Piechoty Morskiej na Okinawę i oddano pod dowództwo taktyczne l Dywizji Marines. Mieli zluzować wyczerpany bratni 7 Pułk. 18 czerwca, tuż po świcie, Mark znowu znalazł się na polu walki, tym razem w szeregach 2 Batalionu. Tuż po południu przyszedł na wizytację jednostki Marka służbisty generał. Było to wielkie chłopisko; ktoś puścił informację, że nazywa się Simon Bolivar Buckner i jest generałem porucznikiem, dowódcą Dziesiątej Armii.
Ktoś chciałby wiedzieć, co u diabła robi taki palant na linii frontu. A ten siadł na rozłupanym kamieniu, rozejrzał się po polu bitwy. Usłyszeli, że mówi „sprawy idą tu tak dobrze, że chyba zajrzę do innej jednostki". W chwilę później trafiło dokładnie w punkt obserwacyjny pięć pocisków. Odłamek trzasnął w występ rafy koralowej, jeden jej ostry kawałek frunął i trafił w pierś Bucknera. Nie upłynęło dziesięć minut i generał skonał.
8 Pułk Piechoty Morskiej ruszył naprzód, ku położonemu na południu miastu Makabe. Już po trzech dniach ogłoszono, że wyspa została opanowana, ale dla Marka był to dopiero początek zadania. Znowu miał wywabiać z jaskiń żołnierzy i cywilów.
W jednej z jaskiń nakłonił żołnierza japońskiego do złożenia broni, obiecawszy mu, że wyjedna dla niego pozwolenie pozostania przy okinawskiej pielęgniarce, z którą ten pragnął się ożenić. Wizyta w następnej jaskini omal nie skończyła się katastrofą. Tworzył ją wielopoziomowy labirynt, który piechota usiłowała oczyścić przy użyciu dymu. Już mieli pompować benzynę w otwór i podpalić, gdy Mark poprosił, żeby zaczekali z tym pół godziny. Spuścił się na linie do wnętrza i łaził po omacku kilka długich minut.
Usłyszał krzyk kobiety.
- Hello! - po angielsku. - Pochodzę z Hawajów, jest ze mną starszy brat, z Okinawy.
- Przyszliśmy, żeby was uwolnić - powiedział Mark. Z wolna wychynęli z głębi oboje, mężczyzna i kobieta, i Mark nie musiał ich ponaglać, by wyszli za nim na powierzchnię. Powitali ich tam Marines, częstując wodą i papierosami. Porucznik uścisnął dłoń mężczyzny. Okinawczyk, ujrzawszy, że niosą ku jaskini kanistry z benzyną, zamachał gwałtownie ramionami. Powiedział Markowi po japońsku, że płonąca benzyna zabije nie tylko żołnierzy przebywających na wyższych poziomach jaskini, ale także ośmiuset cywilów na niższych.
- Pozwól więc, że pójdę z tobą i wyprowadzę cywilów. Mark przedłożył to wszystko kierującemu operacją porucznikowi i ten zgodził się ją wstrzymać na następne pół godziny. Niemal tyle czasu zajęło Okinawczykowi sprowadzenie Marka na dół, do obszernej groty, w której tłoczyło się mnóstwo łudzi.
Okinawczyk tłumaczył, że Mark, piechur morski, wyprowadzi ich bezpiecznie na zewnątrz.
- Dali nam wodę i papierosy - powiedział. - A jeden wielki Marinę potarł swoim policzkiem mój policzek.
Ruszył z Markiem ku wyjściu, reszta za nimi. W połowie drogi trafili na tuzin Japończyków, którzy zatarasowali przejście karabinami. Okinawczyk próbował wyjaśniać, ale ich dowódca wrzasnął:
- JesteÅ› szpiegiem! Mark wyciÄ…gnÄ…Å‚ ramiona.
- Jestem bez broni. Przychodzę w pokoju, by ratować ludzi. Żołnierze pogadali między sobą i w końcu, burcząc nieprzyjaźnie, pozwolili ludziom przejść.
- A wy, żołnierze, nie pójdziecie z nami? - spytał Mark. - Walczyliście dzielnie, ale bitwa się skończyła. Nie utracicie honoru.
Żołnierze odeszli jednak w milczeniu na swój wyższy poziom.
Gdy cywile wylegli hurmem na powierzchnię, Mark powiedział porucznikowi, że pozostało w jaskini kilkuset żołnierzy, i że ci nie wyjdą. Wlano więc w otwór benzynę i wrzucono zapaloną szmatę. Buchnęły płomienie.