Poniżej, ledwie widoczne poprzez gęstwinę krzyżujących się promieni, leżało szare morze i otoczone koronką pian skały...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Najgorsze ze wszystkiego jest oczywiście "ja", które jest prawie wszechobecne i prawie nieoporne, choć poprzez swe głębokie zakorzenienie nie do końca...
- Z mieczem Gawaina natarł na Gwydiona, który natychmiast upadł w poprzek łoża, wyjąc i strasznie krwawiąc z wielkiej rany na plecach; po chwili, gdy do przodu...
- Warunkiem osiągnięcia wymagań określonych w podstawie programowej jest zapewnienie uczniom kontaktu z autentycznym językiem poprzez stały dostęp do...
- niespodziewanie zjawiała się stająca w poprzek prowadzonym staraniom burza, która niweczyła w istocie to, co rozum uznawał za doprowadzone do końca...
- Jak wspomniano w poprzednim rozdziale, tworzenie aplikacji modularnej wymaga dodatkowych prac projektowych i podjęcia odpowiednich decyzji, ale w...
- teresowaniem i w konsekwencji działaniem poprzedzonym decyzja-mi, są ograniczone wyłącznie tym, jakie znamy sposoby ich genero-wania, wytwarzania,...
- 945je¿eli wykonanie jej uniemo¿liwi³oby w ca³oœci lub w czêœci zadoœæuczynienie roszczeniu osoby trzeciej z poprzednio zawartej umowy...
- poprzez stymulowanie dodatkowego importu kosztownych dóbr nie wytwarzanych w kraju oraz w transferach kapitału zagranicę...
- na tym poprzestaje i ani za sobą, ani za nikim, jak wiesz, się nie wstawia i rad by księcia wię- cej do oszczędności niż do wspaniałości nakłonić...
- Zajęliśmy nasze poprzednie miejsca, dorzuciłem do ognia, snop iskier pofrunął w górę...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Do uszu Hawkmoona dobiegał buczący dźwięk, dziwnie dźwięczny i dość przyjemny, który wprawiał całe jego ciało w delikatne wibracje harmonizujące z drganiami samego mostu.
Po dłuższym czasie znaleźli się po drugiej stronie, a Hawkmoon poczuł się dziwnie odprężony, jak gdyby po kilkudniowym wypoczynku. Zwrócił na to uwagę Rycerzowi w Czerni i Złocie.
- Tak, to jeszcze jedna właściwość Wibrującego Mostu, o której mi mówiono - stwierdził tamten.
Wyruszyli w dalszą drogę, a od siedliska Szalonego Boga dzielił ich już teraz tylko stały ląd.
Trzeciego dnia podróży zaczęło padać; drobna mżawka wywoływała nie tylko dreszcze z chłodu, ale także minorowe nastroje. Konie wlokły się przez bezmierne, grząskie pola Ukrainy, a jeźdźcom
wydawało się, że owej monotonnej szarości nie będzie końca.
Szóstego dnia podróży Rycerz w Czerni i Złocie uniósł głowę, zatrzymał konia, po czym dał znak pozostałej trójce do zatrzymania. Nasłuchiwał.
Wkrótce Hawkmoon także usłyszał ten dźwięk - tętent końskich kopyt. Po chwili zza niewielkiej fałdy terenu na lewo od nich wyłoniła się grupa jeźdźców w czapach i kożuchach z owczych skór, z długimi włóczniami i pałaszami przytwierdzonymi na plecach.
Pędzili jakby w panice, nie zwracając uwagi na cztery nieruchome postacie i wyminęli ich z niewiarygodną wprost szybkością, chłoszcząc aż do krwi zady swych koni.
- Co się dzieje? - zawołał Hawkmoon. - Przed czym uciekacie?
Jeden z jeźdźców odwrócił się w siodle, nie wstrzymując nawet konia.
- Armia Mrocznego Imperium - wrzasnął, po czym pogalopował dalej.
Hawkmoon zachmurzył się.
- Czy jedziemy dalej w tamtym kierunku? - zwrócił się do Rycerza. - A może poszukamy innej drogi?
- Żadna drogą nie jest bezpieczna - odparł Rycerz w Czerni i Złocie. - Możemy równie dobrze jechać dalej tą samą trasą.
Po półgodzinie dostrzegli w oddali dym. Był to gęsty, smolisty dym, płożący się nisko po ziemi, który cuchnął. Hawkmoon wiedział; co to oznacza, lecz nie odezwał się. Kiedy po jakimś czasie dotarli do płonącego miasteczka,
ujrzeli zgromadzoną na centralnym placu wielką piramidę nagich ciał - mężczyzn, kobiet, dzieci, a także i zwierząt, zrzuconych bez różnicy na jeden stos i podpalonych.
Właśnie z tego stosu płonących ciał unosił się ciężki, przeraźliwie cuchnący obłok dymu.
Hawkmoon wiedział, że istniała tylko jedna nacja, która mogła dopuścić się podobnego czynu.
Uciekinierzy mówili prawdę. Gdzieś w pobliżu grasowali żołnierze Mrocznego Imperium Wszystko wskazywało na to, że miasto zostało zajęte i złupione przez jakiś bardzo duży oddział.
Wielkim łukiem ominęli miasteczko, jako że nie mogli już tutaj nic zrobić; w dalszą drogę ruszyli w jeszcze bardziej ponurych nastrojach, bacznie rozglądając się teraz za jakimikolwiek śladami działalności granbretańskich oddziałów.
Oladahn, który dotychczas nie zetknął się z tak wielkim okrucieństwem sił Mrocznego Imperium, był najbardziej z nich wszystkich poruszony widokiem miasteczka.
- Jasne - mruknął. - Zwykli śmiertelnicy nie mogli- by... nie mogliby...
- Oni nie uważają siebie za zwykłych śmiertelników - odezwał się d'Averc. - Uważają siebie za półbogów, a swych dowódców za bogów.
- To ma usprawiedliwiać w ich oczach każdy podły czyn - dodał Hawkmoon. - A poza tym lubują się w sianiu destrukcji, w terrorze, torturach i zabójstwach. Jak w przypadku dzikich bestii, chociażby wilcząt, u których instynkt zabijania jest silniejszy od instynktu zachowania życia. Tak samo jest z tymi z Mrocznego Imperium. Na wyspie zrodziła się rasa szaleńców, których każda myśl i każdy czyn jest całkowicie obcy dla kogoś urodzonego poza Granbretanem.
Zostawili za sobą miasteczko z jego potworną płonącą
piramidą, jadąc cały czas w przygnębiającym mżeniu deszczu.
- To już niedaleko zamku Szalonego Boga - odezwał się w pewnej chwili Rycerz w Czerni i Złocie.
Następnego ranka stanęli na krawędzi rozległej płytkiej kotliny z niewielkim jeziorem pośrodku, po której wędrowały pasma szarej mgły. Po przeciwległej stronie jeziora ujrzeli czarny zarys ponurej budowli wzniesionej nad samym brzegiem wody z surowych, ciosanych kamieni.
Mniej więcej w połowie drogi między nimi a zamkiem widniała grupa przycupniętych na brzegu baraków oraz kilka przycumowanych w pobliżu łodzi. Między budami wisiały rozpięte, suszące się sieci, nigdzie jednak nie było widać nawet śladu rybaków, którzy mogliby ich używać.
Dzień wstał mroczny, zimny i przygnębiający, a w dodatku jakaś złowieszcza atmosfera otaczała jezioro, wioskę i zamek. Trzej mężczyźni z ociąganiem ruszyli śladem Rycerza w Czerni i Złocie, mającego zamiar okrążyć jezioro i dostać się do zamku.
- A co z całym tym kultem Szalonego Boga? - szepnął Oladahn. - Jak wieloma ludźmi on rozporządza? Czy są równie zaciekli jak ci, z którymi walczyliśmy na okręcie? Czyżby Rycerz nie
doceniał ich siły? A może przecenia nasze możliwości?
Hawkmoon wzruszył ramionami, myśląc wyłącznie o Yisseldzie. Spoglądał na wielki, czarny zamek, zastanawiając się, w której jego części może być uwięziona.
Gdy dotarli do rybackiej osady, zrozumieli powód jej wyludnienia. Wszyscy mieszkańcy leżeli pomordowani; pocięci mieczami i toporami. W rozpłatanych czaszkach niektórych mężczyzn, jak i kobiet wciąż jeszcze tkwiły zbrodnicze narzędzia.
- Mroczne Imperium! - odezwał się Hawkmoon. Ale Rycerz w Czerni i Złocie pokręcił przecząco głową. - To nie ich dzieło. Nie ich broń. Nie ich sposób mordowania.
- A więc... czyj? - mruknął Oladahn, wzdrygając się. - Wyznawców kultu?
Rycerz nie odpowiedział. Ściągnął wodze rumaka, zsunął się z siodła i ciężkim krokiem podszedł
do leżącego najbliżej ciała. Pozostali także zsiedli z koni, uważnie rozglądając się dokoła. Otoczyły ich pasma mgły unoszącej się znad jeziora niczym jakaś złośliwa siła, pragnąca schwytać ich w pułapkę.
Rycerz wskazał na ciało zabitego.
- Oni wszyscy byli wyznawcami kultu. Niektórzy uprawiali rybołówstwo, dostarczając pożywienie dla ludzi mieszkających w zamku. Część z tych tutaj to właśnie ludzie z zamku.
- Czyżby walczyli między sobą? - zasugerował d'Averc.
- Możliwe - odparł Rycerz.