podstarościego
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- i technicznym organizacji...
- prawo do oskarżenia, jest Susan...
- Panowie polscy i szlachta znajdujący się podówczas przy boku królewskim, zafrasowani wielce odstąpieniem ziemi podolskiej, składali potajemne rady i...
- Jezus
- — Ale musisz przyznać, że naprawdÄ™ pochodzi z innej planety — dokoÅ„czyÅ‚a Trillian, pojawiajÄ…c siÄ™ w polu widzenia z drugiej strony mostka...
- podrabia
- Rozmawiały przez parę minut, dopóki gromadka dzieci nie porwała ze sobą Marged...
- – MyÅ›laÅ‚em, że wÅ‚adza należy do rady – powiedziaÅ‚ Pahner...
- madzenie mieli za złe Fojbidasowi, że dzialał na własną rękę, ale Agesi-laos usprawiedliwiał ową napaść na państwo sprzymierzone w czasie po-koju tlumacząc, że...
- zytywnych wyników, prawie wszyscy paczenia...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Znam tam jedną dziewczynę, która utrzymuje, żem Piękny jak Kupido. Z jej
pomocą zdobyłem drabinę i mam ją, na Mahometa! Biedaczka, otworzyła mi w samej koszuli.
– Dobrze – rzekł Klopin – ale na co ci ta drabina?
Jan popatrzył nań chytrze i sprytnie i klasnął w palce jak w kastaniety. wspaniale wyglądał w
tej chwili. Na głowie miał jeden z tych ciężkich, piętnastowiecznych kasków, które przerażały
wroga swymi fantastycznymi gnębieniami. Hełm jego najeżony był dziesięcioma żelaznymi
dziobami, dziÄ™ki którym Jan mógÅ‚by siÄ™ współubiegać o groźny przydomek δÎχµβολοζ11, z
homeryckim okrętem Nestora.
– Na co mi ta drabina, dostojny królu Pięciu Franków? A czy widzicie ten szereg figur z
durnymi gębami, tam, powyżej trzech portali?
– Widzę. I co z tego?
– To galeria królów Francji.
– No to co? – rzekł Klopin.
– Zaraz, zaraz! W samym końcu tej galerii są drzwi, zamykane tylko klamkę, włażę po
drabinie na galerię i jestem w kościele.
– Synu, dawaj drabinę, niechaj wejdę pierwszy!
– O, nie, kamracie, drabina moja! Chodźcie, wejdziecie po mnie, jako drugi
– Niech cię Belzebub zadławi! – burknął Klopin. – Nie będę drugim po nikim!
– A więc poszukajcie sobie drabiny, Klopinie!
Jan puścił się pędem przez plac, ciągnąc swoją drabinę i wrzeszcząc:
– Do mnie, synkowie!
W jednej chwili drabina została przystawiona do balustrady najniższej galerii nad jednym z
11 dziesięciodzioby (gr.)
247
bocznych portali. Ciżba żebracza z triumfalnym wrzaskiem cisnęła się w dole, żeby wejść. Lecz
Jan pilnował swego prawa i pierwszy postawił stopę na szczeblu. Droga była dość długa. Dziś
galeria królów Francji jest położona na wysokości około sześćdziesięciu stóp nad poziomem
placu. Wtedy podwyższały ją jeszcze jedenastostopniowe schody. Jan wchodził powoli, gdyż
przeszkadzała mu zbroja, jedną ręką przytrzymywał się szczebli, w drugiej dźwigał swoją kuszę.
Kiedy doszedł do połowy drabiny, rzucił melancholijne spojrzenie na biednych pozabijanych
poddanych królestwa złodziei, którymi usiane były schody.
– Pożal się Boże! – westchnął. – Stos trupów godny piątej pieśni Iliady
I poszedł wyżej. Żebracy szli za nim. Na każdym szczeblu stał żebrak. Widząc, jak się
podnosi w ciemności ta falująca linia opancerzonych pleców, rzekłbyś, że to wstaje wąż w
stalowej łusce, gotów do ataku na kościół. Jan, który szedł pogwizdując, stanowił jego głowę i
dopełniał złudzenia.
Żak dobrnął nareszcie do balustrady galerii i przesadził ją dość zręcznie wśród oklasków całej
żebraczej kohorty. Zdobywszy w ten sposób twierdzę, rzucił okrzyk radości i nagle skamieniał.
Za jednym z królewskich posągów spostrzegł Quasimodo z roziskrzonym okiem, ukrytego w
mroku.
Zanim drugi napastnik zdążył przedostać się na galerię, straszliwy garbus skoczył ku drabinie,
nie odzywając się ani słowem, schwycił potężnymi rękami końce jej obu drągów, podniósł je,
odsunął od ściany, wśród rozpaczliwych wrzasków chwiał przez chwilę długą, wyginającą się
drabiną, od góry do dołu obciążoną żebrakami, i nagle z nadludzką siłą odepchnął tę kiść
obwieszona ludźmi na plac. Była to chwila, kiedy zadrżało serce w najmężniejszych. Drabina,
pchnięta w tył, przez moment stała, jakby wahała się, potem się zachwiała, a następnie opisawszy
nagle przerażające półkole o promieniu długim na osiemdziesiąt stóp, runęła na bruk ze swym
ładunkiem łotrzyków szybciej niż zwodzony most, u którego pękają łańcuchy. Rozległ się
ogromny, złorzeczący krzyk, potem wszystko ucichło i kilku ociekających krwią nędzarzy
wypełzło spod stosu trupów.
Wśród szturmujących, po pierwszym wrzasku zwycięstwa, rozległ się z kolei ryk bólu i
gniewu. Quasimodo patrzył na nich obojętnie, wsparty łokciami o balustradę. Wyglądał z grzywą
włosów jak stary król, stojący w oknie swego zamku.
Jan Frollo znalazł się w rozpaczliwym położeniu. Był na galerii, sam na sam z
niebezpiecznym dzwonnikiem, oddzielony od towarzyszy pionową ściana wysoką na
osiemdziesiąt stóp. Kiedy Quasimodo zabawiał się drabiną, żak pobiegł do ukrytych drzwi, jak
mniemał, Otwartych. Były zamknięte. Głuchy, wszedłszy na galerię, zaryglował je. Wówczas Jan
schował się za kamiennego króla, wstrzymując oddech i wpatrując się w potwornego garbusa z
przerażoną miną jak ów człowiek, co się umizgał do żony dozorcy menażerii i poszedł pewnego
wieczora na miłosną schadzkę, ale pomylił się, przełazi przez inny mur i stanął nagle oko w oko z
białym niedźwiedziem.
W pierwszej chwili głuchy nie zwracał nań uwagi; lecz wreszcie odwrócił głowę i
wyprostował się nagle. Spostrzegł żaka.
Jan przygotował się na nie lada cios, lecz głuchy nie ruszał się; patrzył tylko na żaka,
odwrócony w jego stronę.
– Ho, ho! – rzekł Jan. – Czemu się na mnie gapisz tym jedynym, smutnym okiem?
A mówiąc to młody hukaj szykował chyłkiem kuszę.
– Quasimodo! – krzyknął – zmienię ci przezwisko; będziesz się nazywał: Ślepy!
Strzelił. Pierzasta strzała świsnęła i utkwiła w lewym ramieniu garbusa. Quasimodo wzruszył
się tym akurat tyle, jak gdyby draśnięto nie jego, ale króla Faramonda. Sięgnął ręką do strzały,
wyrwał ją sobie z ramienia i spokojnie przełamał na swym potężnym kolanie; po czym raczej
248
upuścił, niż cisnął na ziemię oba kawałki. Lecz Jan nie zdążył strzelić po raz wtóry. Quasimodo
przełamawszy strzałę, prychnął gwałtownie, skoczył jak szarańcza i spadł na żaka, że aż jego
zbroja spłaszczyła się na murze.
Wówczas w tym półmroku rozjaśnionym chwiejnym światłem pochodni ujrzano rzecz
straszną. Quasimodo ujął lewą dłonią obie ręce Jana, który nawet nie wyrywał się, tak wyraźnie
czuł, że jest zgubiony. Prawą zaś dłonią, w milczeniu, ze złowieszczą powolnością, głuchy
zrywał zeń po kolei wszystkie części zbroi, szpadę, sztylet, kask, pancerz, naramienniki – jak
małpa obierająca orzech. Całą żelazną skorupę żaka, kawałek po kawałku, rzucił na posadzkę.
Kiedy żak ujrzał, że rozbrojony, rozebrany, słaby i nagi znalazł się w tych niebezpiecznych
rękach, nie próbował przemówić do głuchego, lecz bezczelnie roześmiał mu się prosto w nos i z
nieustraszoną beztroską szesnastoletniego chłopca zaczął śpiewać popularną wówczas piosenkę:
Pięknie odziane