– Myślałem, że władza należy do rady – powiedział Pahner...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — Siadaj, chłopaku — powiedział dowódca...
- — Tego kuśnierza mogłabyś lepiej pamiętać, skoro zetknęłaś się z nim osobiście — powiedziałam z niezadowoleniem i naganą...
- — Chce pan powiedzieć, że rurę założono, kiedy nie było jeszcze krateru ani tego wąwozu? — spytałem...
- Służy też temu miejscu i ono, cośmy w pytaniu: Jeśli czarownicy czary swoje zawsze z szatanami odprawują? powiedzieli, gdzie położyła się przeszkoda trojaka,...
- Zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, w wieży nad nimi zadzwonił dzwon; brzmiał przeraźliwie głośno i nisko - jak żaden inny, które słyszała Miriamele...
- — To jest możliwe, ale raczej nieprawdopodobne — powiedział Ulath...
- „Tak, Panie — powiedziałem — lecz z całą pewnością cierpienie jest złe”...
- — Oskrzydlamy? — Powiedz mu po prostu, że uderzamy na nich od zachodu...
- — O słodki Jezu… — powiedział pobożnie rozpromieniony młodzieniec...
- - Nuria Monfort powiedziała mi, że pracownik kostnicy zadzwonił do wydawnictwa trzy dni później, kiedy ciało zostało już pogrzebane w zbiorowym grobie...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
– Jeśli tak jest, po co mamy się spotykać z Najwyższym Kapłanem?
– Do rady należy głos w sprawach codziennych – przyznała O’Casey. – Ale jeżeli Najwyższy Kapłan oznajmi, że możemy ruszać dalej, rada będzie musiała zgodzić się na to.
– Kiedy to ma być? – zapytał Fain. – I kto ma towarzyszyć Rogerowi?
– Na pewno ja – uśmiechnęła się słabo O’Casey. – Ułożenie listy pozostałych gości należy do kapitana Pahnera, który, jak mniemam, zamieści na niej odpowiednio niebezpieczne osoby.
– Kosutic – powiedział Pahner – Despreaux i sekcja ogniowa z jej drużyny. Zdać muszkiety, pobrać karabiny śrutowe.
Zostało nam wystarczająco dużo amunicji na prawie pełną jednostkę ognia dla pani drużyny. Niektórzy tutaj mogą rozpoznać imperialną broń, kiedy ją zobaczą. Chcę, żeby wiedzieli, iż zależy nam tak bardzo, że posłaliśmy najlepszych. Fain: jedna drużyna z pana piechoty i jedna zjazdy. Ale pan, Rastar i Honal zostajecie.
– Poślę Chim Priego – powiedział Rastar. – Przynajmniej zejdzie ze statku.
– Gdzie ma się odbyć to spotkanie? – spytała Kosutic.
– W Najwyższej Świątyni. To ta na samym szczycie wzgórza.
– Chciałbym wiedzieć, czy to dobry znak, czy zły.
– Myślę, że dobry – powiedziała O’Casey. – Gdyby coś się nie zmieniło, nie byłoby sensu organizować spotkania z Najwyższym Kapłanem.
– Zobaczymy – stwierdził Pahner. – Mogą mieć dla nas aż tak złe wieści, że może je przekazać tylko Najwyższy Kapłan.
Rastarze, jak tam civan?
– Nie podoba im się popiół – odparł książę Therdan. – Mnie I też nie, a ich skóra jest o wiele bardziej odporna niż mój śluz!
Poza tym wszystko w porządku. Doszły do siebie po morskiej podróży i powróciliśmy do szkolenia.
– W porządku. – Pahner kiwnął głową. – Nie wiem, jak przebiegnie to spotkanie, ale kończy nam się czas, który możemy tu spędzić. Chcę, żeby wszyscy po cichu i nie rzucając się w oczy przygotowali się do wyruszenia na dany znak. Przeprowadzimy inspekcję i wszystko spakujemy. Eleanora, kiedy ma się odbyć to spotkanie?
– Jutro, zaraz po porannej mszy.
– Dobrze. Inspekcja będzie w tym samym czasie.
– Czy ten wojskowy zapał oznacza, że będę miał według pana jakieś kłopoty w czasie tego spotkania? – spytał Roger, odruchowo stukając w kolbę jednego z pistoletów.
– Mam nadzieję, że nie – powiedział Pahner. – Powiem więcej: gdybym spodziewał się, że będą jakieś kłopoty, nie puściłbym pana. Nie sądzę, żebyśmy mieli problemy, które musiałby pan rozwiązać przy użyciu pistoletu. Nikt nie urządzi strzelaniny na spotkaniu imperialnego arystokraty i jego obstawy z Najwyższym Kapłanem satrapii.
– Właśnie – zgodziła się z uśmiechem O’Casey. – Głowy państw są zbyt cenne, żeby ryzykować, iż znajdą się w krzyżowym ogniu. Od tego są niżsi urzędnicy.
80
ROZDZIAŁ SZESNASTY
Wielka sala obrad znajdowała się w najwyższym punkcie kompleksu świątyń. Całą długość jednej ściany zajmował balkon, z którego roztaczał się widok na miasto. Padało stamtąd niewiele światła, jako że miasto było spowite całunem ciemności i popiołu z trwającej ciągle słabej erupcji wulkanu. Pomieszczenie było długie i niskie (według mardukańskich standardów), podzielone niskimi łukami na segmenty i niknące w zupełniej ciemności; rozpraszały ją jedynie słabo świecące lampy.
Książę nie wziął hełmu, chcąc zadośćuczynić wymogom dyplomacji, a jego włosy – rozpuszczone ze względu na oficjalną naturę spotkania – spływały złotą falą na plecy. Aby zachować wierność swojemu image, a także dlatego, że spotkanie, choć oficjalne, zostało zwołane nagle i bez konkretnego powodu, książę miał przy pasie pistolet śrutowy, a na plecach miecz. Na Marduku bowiem paranoja zagrożenia jest cechą warunkującą przeżycie.
Oczy Rogera skorzystały na genetycznych modyfikacjach tak samo, jak cała reszta jego ciała, dlatego udało im się nadrobić braki oświetlenia, kiedy książę wszedł do sali. Zobaczył strażników ustawionych po dwóch stronach pod ścianami; widział ich prawie tak samo dobrze, jak jego marines przez noktowizory. Widział też w przeciwnym końcu komnaty spowitego cieniem Najwyższego Kapłana, stojącego i czekającego, by go powitać. Towarzyszył mu Sor Teb. Wszystko wydawało się do siebie pasować: ciemne miejsca zamieszkane przez czarne charaktery.
Roger zatrzymał się w przepisowej odległości dziesięciu kroków od kapłana i pokłonił. Ustalono, że wolno mu trochę się płaszczyć, ale bez przesady. Wprawdzie był księciem międzygwiezdnego Imperium, ale Najwyższy Kapłan – taką mieli nadzieję
– znał go tylko jako barona Changa. Poza tym trzeba było mieć na uwadze fakt, że książę nie ma za sobą ciężkiego wsparcia.
Kapłan, bardzo stary Mardukanin, wyglądał tak krucho, że plotki o jego zbliżającej się śmierci wydawały się przekonujące.
Przywołał ludzi bliżej, i Roger podszedł jeszcze kilka kroków w towarzystwie swojej obstawy.
Od czasu Marshadu, kiedy to jego władca przy pomocy stosunkowo niewielkiej liczby strażników „pojmał” księcia, niepisana zasada głosiła, że Roger nie chodzi w żadne „niebezpieczne” miejsca bez co najmniej tuzina żołnierzy.
W miarę, jak liczebność ludzi topniała, za bezpieczeństwo księcia w coraz większym stopniu odpowiedzialni byli Mardukanie.
W tej chwili ponad połowę jego obstawy stanowiła mardukańska piechota i kawaleria. Czworobok idących za nim żołnierzy składał się z marines z karabinami śrutowymi, Diaspran z odtylcówkami, Vashinów z rewolwerami, Pedi w sumei i wciąż prawie nagiego Corda, dzierżącego swoją olbrzymią włócznię. Razem tworzyli barwną, ale niebezpieczną zbieraninę.
Roger zatrzymał się i znów ukłonił, wykonując obiema rękami gest mniej więcej odpowiadający tutejszemu pełnemu szacunku pozdrowieniu.