piękności kolorów...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Czy pikno jest przymiotem kobiet?1 1 73 0 0 108 1 ff 1 32 1Jest to oczywicie cecha mska...
- Wyobraź sobie, że siedzisz w klasie z trzydziestoma innymi uczniami i nauczyciel zapyta, który z kolorów tęczy jest najładniejszy...
- Osoby te są bardzo wrażliwe na piękno, sprawy intelektualne i sztukę...
- Musiał się chyba domyślić, co dzieje się w jej głowie...
- dzące słońce rzucało na liście krwawe błyski...
- Tak walczyli Nocni Wędrowcy nad rzeką, by urzeczywistnić najgłębsze, najstarsze marzenie rozległych pól leżących poza wysokimi murami miast...
- - Nie Jao...
- ROZDZIAŁ 38ODSIECZPomimo związanych na plecach nadgarstków, Perrin usiłował znaleźć wygodniejszą pozycję, aż wreszcie westchnął i poddał się...
- chciales byc szczesliwy...
- * - Oczywiście, być może chuligani - powiedział Wiktor...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Z powrotem rozłożył książkę, lecz przyszła mu nowa myśl i powiedział:
– Są takie kobiety, które w najgorszych warunkach, nawet w nędzy, nawet narażone na
szykany otoczenia, zdolne są jednak zdecydować się na urodzenie nieślubnego dziecka. I w
tym dziecku widzą swoją radość i cel, i szczęście. Ale to są dziewczęta, proste, z ludu, zdrowe
moralnie, których twarda skóra nie przyjmuje zarazków z burżujskiego, gnijącego świata.
– Bajki, bajki, mój panie – zaśmiała się Arletka – każda z przyjemnością zamieniłaby tę
twardą skórę na jedwabną bieliznę.
– Nieprawda.
– Pan nie zna kobiet. Wszystkieśmy jednakie. Chcemy jak najpełniej użyć młodości. A co
do męża i dzieci?... Owszem. Bardzo chętnie. Nawet w najgorszą biedę. Ale na to trzeba się
zakochać. Albo już znudzić się ostatecznie i zapragnąć spokoju. Albo zbrzydnąć i w ten spo-
sób zapewnić sobie roboczego wołu, który by tyrał na rodzinę do śmierci. Nic pan nie wie o
kobietach.
– To pani nic nie wie o tych innych.
– O jakich innych?
– O tych, co ciężko pracują i nieciekawe są jedwabiów.
Arletka wstała i zbliżyła się do niego:
153
– Panie Murek, a czy pan uważa za ciężką pracę na przykład dozorowanie miejskiego sza-
letu?... Sprzątanie i szorowanie po klientach takiej instytucji?... Oddychanie od rana do nocy
przez szereg lat najohydniejszymi wyziewami?
Na twarz jej wystąpiły rumieńce, oczy iskrzyły się i mówiła coraz głośniej:
– Czy spełnianie takich najniższych posług, w mróz i upał, z rękami popękanymi od cuch-
nących ścierek, ze strawą przełykaną wraz z oparami wydzielin ludzkich, czy to według pana
ciężka praca, panie Murek?
– I to pani?
– A ja! Ja, panie! Ja przez dwa lata to robiłam, o tymi wypielęgnowanymi rączkami, proszę
pana! I drżałam na myśl, że mogą ten cuchnący kawałek chleba odebrać, mnie i mojej matce.
A przyszłam do szaletu publicznego, trzeba panu wiedzieć, nie z suteryny, lecz z pięknego
pałacu, tak, z pałacu, gdzie była pensja, na której się uczyłam, jak się wytwornie dyga i wy-
kwintnie obiera owoce, gdzie w parku biły fontanny i stały posągi.
– Nic nie rozumiem – ze zdumieniem powiedział Murek.
Podniecenie Arletki nagle opadło. Machnęła ręką i udała, że ziewa:
– Ech, co tam. Przecie pana to nic nie obchodzi.
– Przeciwnie.
– Zresztą, nie mam już ochoty. Dajmy temu spokój.
Murek jednak nalegał i prosił, by opowiedziała mu swoją historię. Upierała się, lecz gdy
zaczął ją wyciągać na szczegóły, dała się rozruszać.
Była nieślubnym dzieckiem, córką zwykłej freblanki i dyrektora dużej papierni. Dyrektor
miał własną rodzinę, lecz wziął na siebie obowiązek wychowania i wykształcenia dziecka.
Małą Zosię umieścił najpierw w drogim internacie, a gdy skończyła lat dziewięć, na pensji w
Poznańskiem. Była w szóstej klasie, gdy umarł. Jego rodzina o niczym nie wiedziała i wie-
dzieć nie chciała. Zosia wróciła do matki, której przedtem prawie nie widywała. przedwcze-
śnie postarzałej i chorej. Już wówczas matka utrzymywała się z dozorowania szaletu miej-
skiego. Córka przynosiła jej obiad, a z czasem zaczęła ją zastępować, gdyż poważna choroba
nerek robiła wciąż postępy. Dochód z szaletu z biedą wystarczał na utrzymanie się przy życiu.
Na rok przed śmiercią, matka nie mogła już wstawać z łóżka i wówczas Zośka musiała wysi-
lać swój spryt, by miejskich kontrolerów przekonać, że tylko na chwilkę zastępuje matkę,
która właśnie wyszła. Przepisy nie pozwalały, by dozorczynią szaletu była młoda dziewczyna.
– Gdy mama umarła, byłam wolna – zakończyła swe opowiadanie Arletka.
– Tak – przyznał Murek – niewesołą miała pani pierwszą znajomość z życiem.
– Do słówek łacińskich, francuskich i angielskich, których uczyłam się na pensji, przybyły
nowe polskie: te, którymi zapisane są ściany w szaletach.
– I tam... tam pani poznała swego narzeczonego?
Skinęła głową i zagryzła wargi. Po dłuższym milczeniu dodała:
– Przychodził tam kilka razy. Pewnego wieczoru zamknął drzwi od wewnątrz na klucz i
zgwałcił mnie na kamiennej posadzce.
– Bydlę – wyrwało się Murkowi, lecz dziewczyna wzruszyła ramionami:
– Miał rację.
– I odtąd go pani pokochała?
Zaśmiała się krótko:
– Nie, panie, odtąd wiedziałam, w jaki sposób biedna i młoda dziewczyna może zarabiać
na swoją egzystencję. A jak zarabiać, nauczyli mnie później inni. Jego spotkałam znowu pra-
wie po roku. Nosiłam już wówczas krepdeszynowe kombinezki.
– A teraz kocha go pani?
Arletka odeszła od okna, obejrzała się, jej usta skrzywiły się nienaturalnym uśmiechem a
oczy dziwnie przymrużyła.
154
– Po co panu to wiedzieć? – powiedziała takim tonem jakby mu mówiła: zapytaj jeszcze
raz, a dowiesz się czegoś bardzo ważnego, koniecznie zapytaj.
Murek odczuł to dobrze, lecz nie odezwał się ani słowem. Po tych zwierzeniach Arletka
wydała mu się bliższa i bardziej godna współczucia, sympatyczniejsza i pociągająca. Przecież