Tak walczyli Nocni Wędrowcy nad rzeką, by urzeczywistnić najgłębsze, najstarsze marzenie rozległych pól leżących poza wysokimi murami miast...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Już dawniej kilka razy udało mi się wślizgnąć między Żydów pracujących we dnie poza gettem; kontrola nie była ścisła, chyba tylko wariat pchałby...
- odpowiednich warunkw do zapewnienia "wolnej gospodarki", poza tym pastwo nie powinno ingerowa w spoeczno-ekonomiczneprocesy, ktrymi sterowa powinny siy...
- Punktem wyjcia w analizie wspomnianego splotu uwarunkowa jest zmiana pozycji kobiety tn skujtek jej aktywizacji zawodowej poza dolmem i przejcia czci ciairw...
- Poza t chwil oburzenia patrzya cay czas z prawdziwym podziwem, jak mnieobwieszaj tymi krawatami, lecz zarazem z rosncym niepokojem, e bd wida...
- Kiedy usłyszałem na początku pobytu, iż będę miał do czynienia z jakimś religijnym kultem, zaniepokoiłem się nieco, jednak okazało się, że poza...
- na moje ramię i rozglądał się czujnie, ale było oczywiste, że na sali nie pozostał nikt poza przypadkową klientelą...
- cy czarny materiał, podobny do mikroporowych strojów z „Tylko mi dmuchaj”Kevina, wpuszczony do czarnych butów z wysokimi cholewami...
- jednostki, która z pewnością nie cieszyła się sympatią terrorystów, ani w Zjednoczonym Królestwie, ani poza jego granicami...
- sulidory rzadko pojawiały się poza strefą mgieł i Gundersen nie czuł się z nimi swobodnie...
- W przypadku immobiliserw bardzo wana jest bezpieczna konstrukcja i uycie wysokiej jakoci komponentw, gdy urzdzenia te wpywaj w sposb bezporedni na...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Marzenie Ziemi, darzącej życiem gleby, żyznej, wilgotnej i rozkwitającej w cyklu pór roku i lat, marzenie odepchnięcia Innych coraz dalej, a w końcu, pewnego szczęśliwego roku, którego nikt z nich nie dożyje, ostatecznego ich pokonania.
I nadszedł czas, że pośród zamętu i szaleństwa, wśród krzyków, błyskawicznych ruchów i rozpasanej przemocy, Elena i jej troje towarzyszy wywalczyli sobie chwilę wytchnienia. Udało jej się podnieść wzrok i zobaczyć, że w strumieniu jest już mniej wrogów, a na zachód od rzeki Inni miotają się bezładnie. Zobaczyła, że Baerd wchodzi głębiej do wody, zanurzając się w niej po biodra i wołając do nieprzyjaciół, żeby do niego podeszli. Przeklinał ich głosem pełnym udręki, zmienionym prawie nie do poznania.
Elena słaniała się z wyczerpania. Oparła się na mieczu i spazmatycznie chwytała wielkie hausty powietrza. Rozejrzała się i zauważyła, że jeden z mężczyzn, którzy walczyli obok niej, przykląkł, ściskając się za prawe ramię. Krwawił z paskudnej rany o poszarpanych brzegach. Uklękła przy nim i osłabłymi palcami zaczęła szarpać na sobie ubranie, żeby przewiązać mu ranę. Mężczyzna ją powstrzymał.
Powstrzymał, dotknął jej ramienia i bez słowa pokazał na drugi brzeg strumienia. Skierowała wzrok ku zachodowi, czując ponowny przypływ strachu. W tej chwili pozornego zwycięstwa Elena zobaczyła, że czubek najbliższego wzgórza nie jest już pusty, że coś tam stoi.
- Spójrzcie! - zawołał wtedy któryś z mężczyzn znajdujący się dalej nad rzeką. - On znów jest z nimi! Jesteśmy zgubieni!
Ten krzyk podjęły z rozpaczą i przerażeniem inne głosy wzdłuż brzegów rzeki, wszyscy bowiem już zobaczyli tę spowitą cieniem postać. W najmroczniejszych zakamarkach swego serca Elena czuła, że tak będzie.
Było tak prawie zawsze w ciągu tych ostatnich piętnastu, dwudziestu lat, chociaż Donar mówił, że nigdy przedtem. Kiedy zielony księżyc w pełni zaczynał zachodzić, kiedy tyle razy wydawało się, że mają szansę odrzucić Innych, na tyłach szeregów wroga pojawiał się ten sam ciemny kształt spowity oparem i mgłą niczym całunem.
W latach klęsk właśnie tę postać postępującą do przodu widzieli Wędrowcy, kiedy oni sami cofali się, pobici. To właśnie ona wkraczała na zaciekle bronione tereny, na utracone pola, i brała je w posiadanie. Tam, gdzie stąpała po ziemi, więdły rośliny, rozprzestrzeniała się zaraza i spustoszenie.
Stała teraz na najbliższym z leżących na zachód od rzeki ogołoconych wzgórz. Unosiła się wokół niej chmura gęstej mgły. Elena nie widziała twarzy postaci - nikt z nich nigdy jej nie widział - lecz mimo oparu i ciemności zauważyła, jak unosi ręce i wyciąga je ku nim, sięgając po stojących na brzegu
Wędrowców. Elena poczuła nagłe ukłucie zimna przeszywające jej serce, sprowadzające na nią straszliwy, obezwładniający chłód. Zaczęły jej drżeć nogi i ręce; miała wrażenie, że nic, absolutnie nic nie może zrobić, by zachować odwagę.
Inni po drugiej stronie strumienia, armia, sprzymierzeńcy czy też bezpostaciowe emanacje ducha tej postaci, zobaczyli, że wyciąga ona ręce ku polu walki. Elena usłyszała w ich okrzykach nagłą, dziką radość i ujrzała, jak gromadzą się za rzeką do kolejnego ataku. Ze znużeniem i rozpaczą wkradającą się do serca przypomniała sobie, że tak samo było w zeszłym roku oraz poprzedniej wiosny i jeszcze wcześniej. Miała bolesną świadomość zbliżającej się przegranej, a mimo to starała się zmusić swe wyczerpane ciało do odparcia kolejnego ataku.
Obok niej stanął Mattio.
- Nie! - wydyszał z tępym, beznadziejnym uporem, ślepo przeciwstawiając się mocy stojącej na wzgórzu postaci. - Tym razem nie! Niech mnie zabiją! Nie wycofujmy się!
Mówił z trudem i Elena zobaczyła, że krwawi. Miał rozcięty prawy bok i nogę. Kiedy wyprostował się, żeby podejść do brzegu, kulał. Szedł jednak naprzód, prosto do rzeki ku temu, co na nich napierało. Elenie wyrwał się z zaschłego gardła szloch.
Inni znów nacierali. Ranny mężczyzna obok niej z trudem wstał z kolan, trzymając miecz w lewej dłoni. Jego bezużyteczna prawa ręka zwisała bezwładnie. Dalej wzdłuż brzegu zobaczyła mężczyzn i kobiety zranionych równie ciężko lub nawet ciężej. Wszyscy jednak stali z uniesionymi klingami. Z miłością i ukłuciem dumy graniczącej z bólem Elena zobaczyła, że Nocni Wędrowcy się nie cofają. Byli gotowi utrzymać swoje pozycje, a przynajmniej tego spróbować. Wiedziała, że niektórzy z nich zginą.
Wtem u jej boku stanął Donar i Elena wzdrygnęła się na widok jego pobladłej twarzy.
- Nie - powiedział. - To szaleństwo. Musimy się wycofać. Nie mamy wyboru. Jeśli tej nocy stracimy zbyt wielu, następnej wiosny będzie jeszcze gorzej. Muszę grać na zwłokę, żywić nadzieję na coś, co przyniesie zmianę. - Słowa te brzmiały tak, jakby ktoś mu je wyskrobywał z gardła.