- Panna Russell?! - zawołałem...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — No, niech mnie nagÅ‚a krew zaleje! — zawoÅ‚aÅ‚ Tay Tay...
- – Ona! – zawoÅ‚aÅ‚ Ursus...
- Maria była ciekawa, jaki związek ma krew, która wyciekała spomiędzy jej nóg, z byciem panną, lecz matka nie umiała jej tego wyjaśnić...
- - Mężu mój! - zawołała, ale w owej chwili nie patrzyła na króla, tylko na Amasę...
- Trzecią córką regenta, z którą najtrudniej sobie radził, była panna de Valois; ojciec nie mógł się oprzeć podejrzeniu, że jest ona metresą diuka de...
- - Och, nie zabijaj mnie, panie - zawołał bandyta...
- - Chodźcie, dzieciaki! - zawołał, zwracając się do trójki pociech...
- - Głosujemy! - zawołał Gurt Falkenburg...
- - Książę Ineznio! - zawołał...
- Panna Bulstrode nie zwróciła uwagi na tę krytykę...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Precisement! Bardzo chcę z nią porozmawiać, wysłałem więc do niej kartkę, wyznaczając spotkanie w pańskim gabinecie. Czy pan się na mnie bardzo gniewa?
- Ależ wprost przeciwnie - odparłem. - To znaczy, jeśli wolno mi będzie uczestniczyć w rozmowie.
- Naturalnie, drogi przyjacielu! Przecież to pana gabinet.
- Wie pan - powiedziałem, odrzucając szczypczyki, które dotychczas trzymałem w ręku - to nadzwyczaj intrygujące. Mam na myśli całą sprawę. Zupełnie jakby pan potrząsał kalejdoskopem. Następuje nowy rozwój wypadków; wszystko nabiera innego znaczenia. Czego pan się spodziewa po rozmowie z panną Russell?
Poirot podniósł brwi.
- Chyba to oczywiste? - mruknÄ…Å‚.
- Znowu pan zaczyna! - odezwałem się z pretensją w głosie. - Pan uważa, że absolutnie wszystko jest oczywiste. A ja tymczasem krążę we mgle.
Na moje słowa Poirot się uśmiechnął.
- Pan się ze mnie śmieje, przyjacielu. Proszę wziąć na przykład sprawę panny Flory. Inspektor był zdziwiony, ale pan? Pan nie był wcale zdziwiony.
- Nawet mi przez głowę nie przeszło, że ona mogła ukraść pieniądze - zaprotestowałem.
- To może nie. Ale pilnie obserwowałem pańską twarz i w odróżnieniu od inspektora Raglana nie był pan wcale zaskoczony, kiedy się przyznała, że nie wchodziła do gabinetu.
Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się nad słowami Poirota.
- Może i ma pan rację - odezwałem się wreszcie. - Cały czas czułem, że Flora coś ukrywa, więc kiedy w końcu prawda wyszła na jaw, byłem na nią podświadomie przygotowany. To rzeczywiście bardzo zmartwiło biednego Raglana, rozbiło mu wszystkie jego teorie.
- A! Pour ca, oui![ Ach! To to tak! (franc.)] Biedak musi teraz na nowo wszystko uporządkować. Skorzystałem z chwilowej słabości inspektora Raglana i skłoniłem go do wyrządzenia mi pewnej przysługi.
- Mianowicie jakiej?
Poirot wyjął z kieszeni kartkę papieru i odczytał mi na głos jej treść:
- „Od paru dni policja poszukiwała kapitana Ralfa Patona, adoptowanego syna Rogera Ackroyda z Fernly Park, którego śmierć nastąpiła w tragicznych okolicznościach w zeszły piątek. Kapitan Paton został zatrzymany w Liverpoolu, kiedy wsiadał na okręt udający się do Stanów Zjednoczonych". - Poirot schował kartkę. - Jutro ta wiadomość ukaże się w lokalnej gazecie.
Patrzyłem na niego zaskoczony.
- Ale przecież...? Przecież to nieprawda. Paton nie jest w Liverpoolu!
Poirot promieniał.
- Pan jest bardzo inteligentny, mój przyjacielu. Nie, kapitana Patona nie zatrzymano w Liverpoolu. Inspektor Raglan nie chciał się zgodzić na wysłanie przeze mnie tej wiadomości do gazety, zwłaszcza że nie mogłem go wtajemniczyć w cel mojego eksperymentu. Ale jak najuroczyściej zapewniłem inspektora, że pojawienie się tej wiadomości wywoła bardzo ciekawe skutki, więc wreszcie uległ, zastrzegając, że nie przyjmuje na siebie żadnej odpowiedzialności.
- Poirot dalej się uśmiechał.
- Poddaję się - powiedziałem wreszcie. - Nic nie rozumiem. Co pan chce przez to osiągnąć?
- Powinien pan używać szarych komórek - odparł poważnie. Wstał i podszedł do mojego stołu roboczego. - Pan ma zdolności do majstrowania - zauważył, obejrzawszy narzędzia i części rozmaitych mechanizmów.
Każdy człowiek ma jakąś pasję. Moją była praca w warsztacie. Natychmiast zwróciłem uwagę Poirota na zrobione przeze mnie radio. Widząc, że go to interesuje, pochwaliłem się też paroma własnymi wynalazkami - rzeczami drobnymi, ale bardzo przydatnymi w domu.
- Stanowczo powinien pan być konstruktorem, a nie lekarzem - zdecydował Poirot. - Ale oto słyszę dzwonek, nasza pacjentka. Chodźmy do gabinetu.
Już raz przedtem uderzyły mnie ślady urody w twarzy gospodyni. Obecnie stwierdziłem to po raz wtóry. Panna Russell ubrana była skromnie; miała na sobie czarną sukienkę,
trzymała się prosto, co jeszcze bardziej podkreślało jej wzrost i pewność siebie. Bladą twarz zabarwiały rzadkie u niej rumieńce, wielkie, ciemne oczy były mocno podkrążone. Niegdyś musiała to być nadzwyczaj piękna dziewczyna.
- Dzień dobry, mademoiselle! - powitał ją Poirot. - Proszę łaskawie usiąść. Doktor Sheppard był tak niezmiernie dobry, że użyczył mi swego gabinetu na tę rozmowę, którą bardzo chciałem z panią przeprowadzić.
Panna Russell usiadła, spokojna i opanowana. Jeśli nawet odczuwała jakieś podniecenie, to nie ujawniało się ono w jej zachowaniu.
- Dziwne miejsce na prowadzenie rozmowy, jeśli pozwoli pan zauważyć - powiedziała.
- Panno Russell, mam dla pani wiadomość.
- Czyżby?
- Charles Kent został aresztowany w Liverpoolu.
Twarz kobiety nie drgnęła. Panna Russell otworzyła tylko nieco szerzej oczy i spytała trochę wyzywająco:
- Więc co z tego?
Uderzyło mnie nagle owo podobieństwo, którym dręczyłem się przez cały czas: to samo wyzywające spojrzenie, ten sam ton co u Charlesa Kenta. I głosy obojga, jeden chrapliwy, drugi opanowany, zdradzały dziwne podobieństwo barwy. Tak, twarz i głos panny Russell obudziły we mnie skojarzenie z nieznajomym mężczyzną, którego spotkałem owego wieczoru przed bramą Fernly Park.