- Och, nie zabijaj mnie, panie - zawołał bandyta...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- choćbyś i mnie miał waszmość tak pochlastać, zawszeć winszuję, winszuję! – Et, dalibyście sobie waszmościowie pokój; bo w rzeczy nie macie się...
- Popatrzył na mnie, niemal widziałem trybiki obracające się pod jego czaszką i nagle twarz mu pobielała, oko rozwarło się szeroko, a czoło zrosiły krople potu...
- ciekawe i co mnie osobiście bardzo zaskoczyło — zdałem sobie spra- wę, że czasami pracując mniej i krócej, można było zrobić więcej, niż...
- o mnie ex re mojego stanowiska w sprawie reformy rolnej, e jestem jakzodziej, co chce wyj z cudzej kieszeni zegarek i da go komu innemu...
- - Bo dla mnie, to samotność, taka prawdziwa, transcendentna samotność, to jest na sam koniec orgazmu...
- Nic zatem dziwnego, że w konsultowanym przeze mnie przypadku niczym nie zagrożony, dobrze odżywiony pies na początku nie protestował, kiedy mu zabierano miskę...
- Następnie Heydrich zwrócił się do mnie: Niech mi pan powie, Schellenberg, ten Josef Muller miał chyba kiedyś coś wspólnego z pana wydziałem...
- Obrzuciła mnie ponurym spojrzeniem, obracając moje słowa w myślach, pró- bując odkryć zniewagę albo podstęp...
- - Aresztujesz mnie i braci Savage za to, że chcemy wejść to parku i szukać naszejkrewnej? Decydujesz się na awanturę ze spokojnymi obywatelami?Jimmy...
- Zapewniano mnie, iż nie wszystkie laski mają jednakową moc; siła ich jest proporcjonalna dopredyspozycji użytkownika i zależna od celów, do jakich ma być...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Łaski, łaski, mój oficerze, powiem ci wszystko!
- Czy twój sekret wart jest tego, bym ci darował życie? - zapytał młodzieniec cofając szpadę.
- Tak, jeśli pan jest zdania, że warto żyć, kiedy się ma dwadzieścia dwa lata, jak pan, i można osiągnąć wszystko, będąc pięknym i dzielnym, jak pan jesteś.
- Nędzniku! - rzekł d'Artagnan - nuże, mów szybko, kto kazał ci mnie zamordować.
- Kobieta, której nie znam; nazywają ją Milady.
- Skoro jednak nie znasz tej kobiety, skąd wiesz, jak ją nazywają?
- Mój towarzysz ją zna i tak się do niej zwracał, z nim rozmawiała, a nie ze mną; ma nawet w kieszeni list tej osoby, jak powiadał, bardzo ważny dla pana.
- Ale jakim sposobem zostałeś jego wspólnikiem?
- Zaproponował mi spółkę i ja się zgodziłem.
- Ile wam dała za tę piękną wyprawę?
- Sto luidorów.
- Wybornie - rzekł młodzieniec ze śmiechem - widać uważa, że jestem coś wart; sto luidorów! To fortuna dla takich dwóch nędzników jak wy; rozumiem, że się zgodziłeś, i daruję ci życie, ale pod jednym warunkiem.
- Jaki to warunek? - zapytał żołnierz z niepokojem, widząc, że jeszcze nie wszystko skończone.
- Przyniesiesz mi list, który twój kolega ma w kieszeni.
- Ależ to tylko inny rodzaj śmierci - zawołał bandyta - pan chce, żebym przyniósł ten list pod kulami z bastionu?
- Decyduj się i ruszaj, w przeciwnym razie przysięgam ci, że zginiesz z mojej ręki.
- Łaski, panie, litości! W imię owej młodej damy, którą kochasz i uważasz zapewne za umarłą, gdy ona żyje! - zawołał bandyta padając na kolana i opierając się na ręce, tracił bowiem siły, w miarę jak uciekała zeń krew.
- A skąd wiesz, że jest jakaś młoda dama, którą kocham, i że uważam ją za umarłą? - zapytał
d'Artagnan.
- Z listu, który mój kolega ma w kieszeni.
- Sam widzisz, że muszę mieć ten list - rzekł d'Artagnan - zatem ani chwili zwłoki, żadnych wahań i choć ogarnia mnie wielkie obrzydzenie, kiedy pomyślę, że miałbym po raz wtóry zanurzyć szpadę we krwi takiego hultaja jak ty, przysięgam ci na honor uczciwego człowieka...
Przy tych słowach d'Artagnan uczynił gest tak groźny, że ranny wstał.
- Nie, nie -zawołał nabierając odwagi, którąnatchnął go strach-idę... idę!... D'Artagnan wziął rusznicę żołnierza, kazał mu iść przodem i popychał go ku drugiemu bandycie, kłując w krzyż ostrzem szpady.
Okropny był widok tego nieszczęśnika: blady na myśl o czekającej go śmierci, próbował dowlec się niepostrzeżenie do ciała wspólnika, który leżał w odległości dwudziestu kroków od niego; smuga krwi znaczyła jego drogę. Tak wielkie przerażenie malowało się na twarzy opryszka pokrytej zimnym potem, że d'Artagnan poczuł litość; rzekł tedy z pogardą:
- Dobrze więc, pokażę ci, jaka jest różnica między człowiekiem odważnym a tchórzem takim jak ty; zostań, sam pójdę.
D'Artagnan szybko dotarł do drugiego żołnierza bacznie rozglądając się wokół, obserwując wszystkie ruchy nieprzyjaciela i korzystając z nierówności terenu.
Cel swój mógł osiągnąć dwojako: przeszukać żołnierza na miejscu albo zabrać go ze sobą, osłaniając się jego ciałem niby tarczą, i przeszukać go w okopie.
D'Artagnan wybrał drugi sposób i zarzucił sobie ciało opryszka na ramiona; w tej samej chwili nieprzyjaciel dał ognia.
Lekki wstrząs, głuchy odgłos trzech kuł przeszywających ciało, ostatni krzyk i drżenie agonii pozwoliły zrozumieć d'Artagnanowi, że ten, który chciał go zabić, uratował mu życie.
D'Artagnan wrócił do okopu i rzucił trupa obok rannego żołnierza, którego twarz była również śmiertelnie blada.
Natychmiast zabrał się do rewizji; skórzany pugilares, sakiewka, w której znajdowała się zapewne część otrzymanej sumy, kubek i kostki składały się na spuściznę po zmarłym. Pozostawił kubek i kostki, rzucił sakiewkę rannemu i niecierpliwie otworzył pugilares.
Wśród papierów nie mających znaczenia znalazł list; był to ten właśnie, którego omal nie przypłacił
życiem:
„Ponieważ straciliście ślad tej kobiety i jest teraz bezpieczna w klasztorze, dokąd żadna miarą nie powinna była się dostać, postarajcie się przynajmniej nie chybić mężczyzny; w przeciwnym razie sto luidórów, jakie otrzymaliście ode mnie, mogą was drogo kosztować. Wiecie dobrze, że was dosięgnę, gdziekolwiek będziecie.”
Podpisu nie było. Nie ulegało jednak wątpliwości, że list pochodził od Milady. Toteż d'Artagnan zatrzymał go jako dowód rzeczowy i, bezpieczny pod osłoną okopu, wziął na spytki rannego. Ten wyznał, że wraz ze swym zabitym kolegą miał porwać młodą kobietę, która opuszczała Paryż przez rogatkę La Villette, ale zabawili zbyt długo w szynku przy winie i przybyli na miejsce w dziesięć minut po przejeździe kolaski.
- Ale co mieliście zrobić z tą kobietą? - zapytał d'Artagnan z lękiem.
- Zawieźć ją do pałacu przy placu Royale - rzekł ranny.
- Tak, tak! - mruknął d'Artagnan - otóż to, do Milady.
Dreszcz przebiegł młodzieńca, zrozumiał bowiem, jak straszliwe pragnienie zemsty kazało tej kobiecie czyhać na jego zgubę i zgubę tych, którzy go kochali. Zdawał też sobie sprawę, że Milady musiała być świetnie wprowadzona w intrygi dworskie, skoro odkryła wszystko. Niewątpliwie zasięgnęła wiadomości u kardynała.
Ale z prawdziwym uczuciem radości zrozumiał i to, że królowa odnalazła wreszcie więzienie, w którym biedna pani Bonacieux pokutowała za swoje oddanie, i że wydobyła ją stamtąd. List, jaki otrzymał od młodej kobiety, i jej obecność w kolasce na drodze Chaillot znalazły teraz wytłumaczenie.
A zatem, jak to przepowiedział Atos, można będzie odnaleźć panią Bonacieux, klasztor nie jest przecie niezdobytą twierdzą.
Ta myśl napełniła łagodnością jego serce. Zwrócił się do rannego, który z niepokojem obserwował
zmiany w wyrazie jego twarzy, i rzekł wyciągając do niego rękę: