pan wie, prowadzę przede wszystkim sprawy rozwodowe...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Bóg to radość, Bóg to szczęśliwość, Bóg to zdrowie, Bóg to swoboda, Bóg to przyjemność, Bóg to wygoda i wszystko, co najlepsze...
- Elfowie zrobili wiele pierścieni, lecz Sauron potajemnie zrobił Pierścień Jedyny, który miał wszystkimi innymi rządzić...
- Ulice Mardecin wybrukowane były granitowymi płytami, wytartymi przez całe pokolenia stóp i kół wozów, wszystkie zaś budynki zbudowano albo z cegły, albo z...
- włącznie, wszystko w tym stylu, który fachowcy nazywają stylem winietowym – sposób malo- wania przypominał wielce Sully'ego – w ulubionych...
- Od strony ulicy prawie wszystkie bary oraz mniejsze sklepy zamiast ścian miały różnego rodzaju żaluzje, które usuwano całkowicie lub rolowano na czas otwarcia...
- Wszystko zaczyna się bardzo prosto, bo system liczbowy Majów jest całkiem prosty: jedynkę oznaczali kropką, dwójkę dwiema kropkami- i tak dalej...
- Wszystkie typy pracy wymagają od człowieka umiejętności współpracy z innymi, organizowania własnej pracy, radzenia sobie ze stresem, nawiązywania kontaktu,...
- Kramy po obu stronach ulic by³y zbudowane wszystkie wed³ug wzoru i nieomal tej samej wielkoœci, a przed ka¿dym sklepem rozpiêty by³ parasol z p³ótna ¿aglowego,...
- „Jakie to miłe, że wszystko, na co tylko mamy ochotę, możemy zanieczyścić pewnymi substancjami, takimi jak: tlen, ozon, azot, argon albo parą czy jakąś biotą...
- Grobstein Ruth, Wszystko o raku piersi FAKTY, KTÓRE POWINNAÂ ZNAå, I PYTANIA, KTÓRE MO˚ESZ ZADAå 37 • Skoro us∏ysza∏aÊ takà diagnoz´,...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
To pewien mąż śledził
mnie, ponieważ dowiedział się, że jego żona zaangażowała mnie do swej sprawy
rozwodowej.
— Rozumiem — uśmiechnąłem się pogodnie i odstawiłem kieliszek koniaku,
który nagle przestał mi smakować.
Widziałem przecież na własne oczy, że beżowy mercedes zajechał przed sklep
Buchera, a potem elegancki, siwy pan odjechał tym mercedesem z panią Herbst.
Jej wyjaśnienia były po prostu kłamstwem. I choć ona wyglądała tak bardzo uro-
czo, jej oczy patrzyły na mnie z ogromną życzliwością, to przecież stałem się
raptem czujny i bardzo ostrożny.
92
— Wróciłam potem pod dom towarowy — powiedziała — ale pana już nie by-
ło. Mój samochód był zamknięty. Wzięłam taksówkę i pojechałam do Dobenecka.
Nie smakuje panu koniak? — zainteresowała się.
— Nie lubię alkoholu. Wolałbym kawę — wyjaśniłem.
Wstała z kanapy i poszła do kuchni, a ja rozglądałem się po jej pięknie urzą-
dzonym apartamencie i ze smutkiem pomyślałem, że nigdy nie spotkamy się
w Warszawie, nigdy nie zobaczę jej w moim mieszkaniu, ani nie będę z nią jechać swoim wehikułem.
Zapaliłem papierosa i zacząłem nerwowo przechadzać się po pokoju. Na ma-
łym biureczku zobaczyłem fotografię jakiegoś przystojnego mężczyzny, zapewne
męża pani Herbst. Potem rzucił mi się w oczy rozłożony na biureczku arkusik
papieru, na którym wyraźnie widniało moje imię i nazwisko. Ktoś powie, że po-
stąpiłem niezbyt ładnie, ale wziąłem do ręki ten arkusik i przeczytałem napisaną na maszynie notatkę.
Informacja od Schreibera. Tomasz zwany Panem Samochodzi-
kiem jest zręcznym detektywem zatrudnionym w Ministerstwie Kultury
i Sztuki. Znakomity fachowiec w swej dziedzinie, między innymi roz-
pracował znanego we Francji „Fantomasa” oraz odnalazł pamiętnik
Haubitza, wyprowadzając w pole agenta 007. Bardzo niebezpieczny,
gdy przybiera maskę niezaradnego i naiwnego. Bardzo wrażliwy na
urodę kobiecą, co ewentualnie można wykorzystać.
Usłyszałem stukot pantofelków pani Herbst i szybko zająłem swoje miejsce
w fotelu. Ale nad biureczkiem pozostał mały obłok dymu z papierosa, który być
może spostrzegła. Zauważyłem, że zmrużyła oczy jak kot, a potem rzuciła mi
krótkie, pełne niepokoju spojrzenie.
— Proszę, oto kawa — znowu uśmiechnęła się zalotnie.
— Dziękuję — ja także uśmiechnąłem się promiennie.
Usiadła na kanapie, odsłaniając zgrabne nogi.
— Szkoda, że pan już wyjeżdża — westchnęła. — Jest pan bardzo miły i wy-
daje mi się, że pozostalibyśmy przyjaciółmi. Gdy pana poznałam, odniosłam wra-
żenie, że jest pan po prostu muzealnikiem. Ale jeden z moich przyjaciół, który często bywa w Polsce, wyprowadził mnie z błędu. To nie pan ode mnie, ale ja od pana mogłabym się wiele nauczyć w zawodzie detektywa.
— Och, pani znajomy zapewne przesadził — stwierdziłem, robiąc skromną
minę — ja też żałuję, że muszę wyjechać i zapewne nie zobaczymy się już nigdy
w życiu.
— To nie jest wcale takie pewne — roześmiała się. — A poza tym, czy pan
naprawdę żałuje faktu naszego rozstania?
93
— Naturalnie — odparłem z powagą. — Pani jest bardzo piękna. A ładne kobiety czynią na mnie wielkie wrażenie, po prostu tracę przy nich głowę. Dlatego pani pozwoli, że się pożegnam.
To mówiąc dopiłem kawy i wstałem z fotela.
— Szkoda, że pan już odchodzi — szepnęła pani Herbst, ale nie usiłowała
mnie zatrzymać.
Całując na pożegnanie jej dłoń, powiedziałem:
— Będę żył nadzieją, że się jednak jeszcze kiedyś spotkamy. . .
— Być może — mocno uścisnęła moją dłoń.
W nocy wsiedliśmy z Marczakiem do międzynarodowego pociągu i po jednej
przesiadce, późnym rankiem, wysiedliśmy na dworcu kolejowym w Weimarze.
Był prześliczny słoneczny wiosenny dzień. Na niebie ani jednej chmurki, moc-
no grzało słońce, drzewa już były niemal całkiem zielone.
— Niech pan patrzy, dyrektorze — wskazałem parking przed hotelem. — Czy
to nie jest czarny mercedes pani Herbst?
— Nigdy nie widziałem jej samochodu. . .
— Ale ja go widziałem, a nawet nim jechałem. Ten sam, dyrektorze. Zapamię-
tałem numery rejestracyjne. Stęskniłem się za nią i chętnie ją zobaczę, ale myślę, że skoro jechała przez całą noc, teraz zapewne położyła się spać.
— Co to ma znaczyć, panie Tomaszu? — zaniepokoił się Marczak.
— Nie wiem, dyrektorze. Albo zakochała się we mnie, albo przyjechała, aby
w Muzeum Goethego dowiedzieć się, kto sprzedał wiersz Goethego dedykowany
Jenny von Gustedt. Innymi słowy, w tym samym celu co i my.
— Zakochała się — prychnął pogardliwie Marczak. — Pan chyba niezbyt
często zagląda do lusterka. Jak pan myśli, z czyjego polecenia ona tu przyjechała?
Wzruszyłem ramionami:
— Zapytamy ją przy najbliższej okazji. I zapewne powie nam prawdę — ro-
ześmiałem się ironicznie.
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
ŚWIETNO Ś Ć WEIMARU • HISTORIA WIERSZA POETY •
W POSZUKIWANIU PIONTKA • W ERFURCIE • LIST OD KU-
STOSZA • DOM GOETHEGO W WEIMARZE • SEN CZY JAWA?
• ZNOWU PI ĘKNY LOLO • PO ŻEGNANIE ANTYKWARIUSZA
• DZIWNA PROPOZYCJA OD BATURY • NOWE PODEJRZENIA
• PO ŚREDNIK OD WYNAJ ĘCIA NIERUCHOMO ŚCI
Weimar to małe, ale pełne uroku miasto. Turysta niemal co krok spotyka się
w nim z kulturalną świetnością dawnych Niemiec. Godzinami można krążyć po
pełnych piękna starych uliczkach, przy których stoją zabytkowe domy, gdzie on-
giś mieszkali wielcy artyści. Budynki te, jak na przykład domy Goethego, Schillera czy Liszta — zamieniono na muzea, odtwarzając wnętrza w taki sposób, jakby