obudzić nagle Dei...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Nie mogłem pojąć, jak to się stało, gdy nagle z przeciwnej strony wypadł na mnie mój ordynans i zasypawszy mnie gradem płynących z serca powinszowań wyłożył mi...
- I nagle, jakby zmysły postradał, porwał się z siedzenia i chwyciwszy w obie ręce chudego dryblasa, co kawę roznosił i węgle do fajek, począł głową jego tłuc o...
- Popatrzył na mnie, niemal widziałem trybiki obracające się pod jego czaszką i nagle twarz mu pobielała, oko rozwarło się szeroko, a czoło zrosiły krople potu...
- Nasza skóra była ciepła, mózg pracował, serce tłoczyło krew w żyły, byliśmy tacy jak dawniej, jak jeszcze wczoraj, nie utraciliśmy nagle ramienia, nie...
- — Czy Weyr zbadał w końcu te pędraki? — spytał P’tero, nagle przypominając sobie cel ekspedycji...
- Król Azis milczał bardzo długo, tylko drgania nagłe biegły przez jego twarz na znak, że bije serce królewskie i że się lęka...
- szyki w uniesieniu zwycistwa, Thrasybulos nagle ruszy do natarcia,a rozgromiwszy skrzydo Mindarosa zawrci swe okrty w gb cieninyi rozbi bezadnie...
- Wilson Argrow został nagle przeniesiony do pośredniaka w Milwaukee, gdzie spędził jedną noc, by nazajutrz rano wyjść na wolność...
- Inna autorka ma poczucie rozpoczynającej się starości, co zresztą staje się źródłem interesujących przemyśleń: „Uzmysłowiwszy sobie swój wiek, nagle...
- Lecz nagle przy krypcie zapalono kilka smolnych pochodni, które ułożono w mały stos...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Podszedł do gospody, jak umiał, najciszej. Znał tu każde miejsce, wiedział dobrze, gdzie
znajduje się dawna psia komórka, w której teraz sypiał Govicum; komórka ta, przylegająca do
niskiej izby gospody, miała okienko wychodzące na plac; Gwynplaine zaskrobał lekko w szy-
bę. Dość będzie, jeśli obudzi Govicum.
Nic nie drgnęło nawet w komórce Govicum. „W jego wieku – pomyślał sobie Gwynplaine
– śpi się mocno.” Uderzył w szybę wierzchem dłoni. Nic się nie poruszyło.
Znów zapukał, dwukrotnie, silniej nieco. I tym razem bezskutecznie. Wtedy, z pewnym już
niepokojem, podszedł do drzwi gospody i zakołatał w nie.
Nikt się nie odezwał.
Poczuł jakby jakiś chłód w sercu, lecz jeszcze pomyślał sobie:
„Imć Nicless jest stary; dzieci mają mocny sen, a starcy – ciężki. Trzeba mocniej zakoła-
tać.”
Skrobał. Pukał. Kołatał. Wreszcie zaczął bić pięściami w drzwi. Przywiodło mu to na pa-
mięć dawne wspomnienie, Weymouth, kiedy to jako dziecko jeszcze niósł malutką Deę na
rękach.
Bił pięścią w drzwi z całej siły, jak lord, którym był przecież.
Niestety!
Dom pozostawał niemy.
Czuł, że ogarnia go rozpacz.
O nic już nie dbając zaczął wołać głośno: – Nicless! Govicum!
A krzycząc tak zaglądał do okien, aby zobaczyć, czy nie zapali się wreszcie jakaś świeca.
Ale w gospodzie nic nie drgnęło nawet. Ni głosu ludzkiego, ni hałasu, ni światła.
Podbiegł do bramy wjazdowej i uderzał w nią, i pchał, i potrząsał nią ze wszystkich sił,
wołając: – Ursusie! Homo!
Wilk nie zaszczekał.
Zimny pot wystąpił na czoło Gwynplaine'a.
Rozejrzał się dookoła. Noc była ciemna, lecz w poświacie gwiazd można było widzieć
jarmarczne pole. I oto ujrzał, że wszystko gdzieś przepadło. Ani jednej budy nie było już na
całej łące. Cyrk znikł. Ani jednego namiotu, ani jednego wozu, ani jednej skleconej z desek
sceny. Całe to wędrowne, hałaśliwe mrowie, które się tam roiło, ustąpiło nagle miejsca jakiejś
straszliwej czarnej próżni. Wszystko poszło sobie precz.
Ogarnęło go szaleństwo trwogi. Co to znaczyć mogło? Co się tutaj stało? Czyżby ani ży-
wej duszy nie było na całym placu? Czyżby jego dawne życie zapadło się nagle w przepaść?
Co z nimi wszystkimi zrobiono? O, Boże! Runął na budynek gospody jak burza. Walił w
furtkę, w bramę, w okna, w okiennice, w ściany, pięściami i nogami, rozwścieczony przera-
żeniem i rozpaczą. Wołał Niclessa, Govicum, Fibi, Vinos, Ursusa, Homo. Ciskał w te mury
wszelkim krzykiem i wrzaskiem. Chwilami milkł, nieruchomiał i nasłuchiwał – dom stał
martwy i ciemny. Więc rozpoczynał od nowa, zażarcie. Krzyki i odgłosy uderzeń i wstrząsów
echem tylko odbijały się. Rzec by można, że był to piorun próbujący rozbudzić grobowiec.
Przy pewnym natężeniu przerażenia człowiek staje się straszliwy. Kto lęka się wszystkie-
go, ten niczego się już nie lęka. Kopie się wówczas sfinksa. Szturcha nieznane. Wciąż od no-
wa, wciąż od nowa dobijał się do zamkniętej gospody; na wszelkie sposoby, niezmordowany
w wołaniu i krzyku, przypuszczał szturm do tej tragicznej ciszy.
Po stokroć zawezwał już wszystkich, którzy mogli być tam w środku, wywołał wszystkie
imiona z wyjątkiem imienia Dei. Była to ostrożność, której sam nie rozumiał, lecz zachowy-
wał ją instynktownie przy całym swoim obłąkaniu.
Po wyczerpaniu wołania i krzyku pozostawało już jedno tylko – dostanie się do środka
przemocą. Rzekł sobie: – muszę tam wejść. – Ale jak? Stłukł szybę w okienku komórki Govi-
168
cum, wsunął do wewnątrz rękę raniąc sobie ją o szkło, odsunął zasuwę i otworzył lufcik. Spo-
strzegł, że szpada zawadzać mu będzie; szarpnął ją z gniewem, zerwał z siebie i wszystko
razem, pas, pochwę i klingę, odrzucił na bruk. Potem wspiął się na występ muru i choć okien-
ko było wąskie, przecisnął się przez nie do wnętrza gospody.
Łóżko Govicum, ledwie dostrzegalne w ciemności, stało w kącie, lecz Govicum na nim nie
było. A jeżeli Govicum nie leżał na swoim posłaniu, to zapewne i z Niclessem podobnie się
działo. W całym domu było ciemno. W tym czarnym wnętrzu wyczuwało się tajemniczy bez-
ruch pustki i tę jakąś nieokreśloną grozę, która mówić się zdaje: nie ma nikogo. Gwynplaine
jak w gorączce przebiegł przez izbę gospody, roztrącając stoły, depcząc po naczyniu, prze-
wracając ławy, tłukąc kufle, potykając się o krzesła i stołki, dotarł do drzwi prowadzących na
podwórze i wyważył je jednym uderzeniem buta. Klamka ustąpiła. Drzwi otworzyły się. Spoj-
rzał w dziedziniec. „Zielonego Pudła” nie było.
169
II. OSAD
Gwynplaine opuścił gospodę i zaczął przeszukiwać dokładnie całe Pole Tarrinzeau; cho-
dził, chodził wszędzie, gdzie tylko, wczoraj jeszcze, widać było jakąś budę, namiot czy wóz.
Ale nic nie znajdował. Pukał do drewnianych kramów, choć wiedział, że nikt w nich nie
mieszka. Kołatał we wszystko, co tylko podobne było do drzwi lub do okna. Nie odezwał się
żaden głos z ciemności. Przeszło tędy coś na kształt śmierci.
Mrowisko zostało rozdeptane. Najwidoczniej władze miejskie uprzątnęły stąd wszystko.
Odbyć się tu musiało to, co dziś nazwali byśmy obławą policyjną. Pole Tarrinzeau było bar-
dziej niż puste, bo spustoszone wszędzie znać było ślad okrutnego pazura, który je przeorał.
Rzec by można, że wywrócono kieszenie tego nędznego jarmarcznego rynku i opróżniono je
doszczętnie.
Gwynplaine, przepatrzywszy dokładnie cały plac, zszedł z łąki i zapuścił się w kręte ulicz-
ki podmiejskiej dzielnicy, zwanej East-point, prowadzące ku Tamizie.
Szedł przez plątaninę zaułków, wśród opłotków i murów, i już po chwili owiał go świeży
powiew zwiastujący bliskość wody, usłyszał głuchy plusk płynącej rzeki i oto stanął nagle
przed jakąś poręczą. Była to balustrada bulwaru Effroc-stone.
Balustrada ta zamykała bardzo krótki tylko i bardzo wąski odcinek wybrzeża. Pod nią wy-
soka ściana Effroc-stone spadała prostopadle w ciemne nurty rzeki.