Nasza skóra była ciepła, mózg pracował, serce tłoczyło krew w żyły, byliśmy tacy jak dawniej, jak jeszcze wczoraj, nie utraciliśmy nagle ramienia, nie...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — ProÅ›ba o pomoc, która czekaÅ‚a tysiÄ…c lat, może poczekać jeszcze kilka godzin — albo dni — prychnęła Jonja...
- – PrÄ™dko skoczym? – Jeszcze czas! – odrzekÅ‚ pan MichaÅ‚...
- Mimo to w żyÅ‚ach elfa pÅ‚ynęła adrenalina wywoÅ‚ana Å‚owami – górskim szlakiem poniżej uciekaÅ‚ tuzin orków – a jeszcze bardziej...
- Aviendha ubrała się, ale upłynęło sporo czasu, zanim usiadła, i jeszcze więcej, zanim Elayne zdołała ją przekonać, że nie powinny zawiązywać spisku...
- było dosyć, bo oprócz dwojga głównie zainteresowanych trzeba było jeszcze mieć wzgląd na zdanie rodziców i na to, co świat powie...
- I CZELADNIK A on, wicie, jeszcze jedno, wicie, ma cierpienie, towarzyszu mistrzu: on się kocha w naszym tym perwersyjnym aniołku tylko temu, co ona jest...
- — Co ty tam masz na ekranie? — zapytaÅ‚a Gale, za sprawÄ… widocznej konsternacji Joanny jeszcze bardziej zaciekawiona...
- — Chce pan powiedzieć, że rurÄ™ zaÅ‚ożono, kiedy nie byÅ‚o jeszcze krateru ani tego wÄ…wozu? — spytaÅ‚em...
- — A czy byÅ‚o jeszcze co jeść na rzece? — zapytaÅ‚ szakal...
- aby jednak spe³ni³y one swoj¹ profilaktyczn¹ rolê, powinny byæ podane dziecku jeszcze w okresie bezobjawowym, czyli na 2-3 tygodnie przed sezonem pylenia...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Nie sposób było tego pojąć.
Grudy ziemi zagrzechotały na trumnie. Grabarz dał nam łopaty i oto zagrzebywaliśmy naszego towarzysza we czterech: Valentin, Köster, Alfons i ja, tak jak już nieraz przedtem zagrzebywaliśmy niejednego kolegę. W mózgu tłukła mi się, huczała stara piosenka żołnierska, stara, smutna piosenka, którą Gotfryd tak często nucił: “Lesie Argoński, o Lesie Argoński... zmienisz się wkrótce w cichy grób..."
Alfons przyniósł ze sobą prosty, czarny krzyż drewniany, taki jakich setki tysięcy stoją na nie kończących się rzędach grobów we Francji. Wetknęliśmy go w mogiłę.
- Chodźcie - rzekł wreszcie ochrypłym głosem Valentin.
- Dobrze - powiedział Köster, ale nie ruszył się z miejsca.
Staliśmy wszyscy. Valentin spojrzał po nas.
- Na co to? - spytał wolno. - Na co? Niech to diabli!
Nikt nie odpowiedział.
Valentin zrobił zmęczony ruch ręką.
- Chodźmy.
Skierowaliśmy się żwirem wysypanymi ścieżkami ku wyjściu. Przy bramie cmentarnej czekali na nas Fred, Jerzy i inni.
- Umiał się tak wspaniale śmiać - rzekł Stefan Grigoleit, a po jego bezsilnej, gniewnej twarzy spływały łzy. Obejrzałem się. Nikt nie szedł za nami.
Rozdział XXV
W lutym siedzieliśmy z Kösterem po raz ostatni w naszym warsztacie.
Musieliśmy go zlikwidować, a teraz czekaliśmy na licytatora, który miał sprzedać urządzenie i taksówkę. Köster miał widoki na otrzymanie z wiosną posady kierowcy wyścigowego w jednej z mniejszych firm samochodowych. Ja grywałem stale w
“Internationalu", chciałem zaś załapać jeszcze jakieś dodatkowe dzienne zajęcie, żeby więcej zarobić.
Na podwórzu zbierali się powoli ludzie. Zjawił się licytator.
- Wyjdziesz na podwórze? - spytałem Ottona.
- Po co? Wszystko jest przygotowane, licytator wie, co robić.
Köster miał wygląd człowieka zmęczonego do cna. Nie tak łatwo można było poznać to po nim, ale gdy się go dobrze znało, było to widoczne. Twarz jego wyglądała wtedy bardziej surowa i napięta niż zwykle. Co wieczór wyjeżdżał na miasto i tropił zawsze w tej samej okolicy. Od dawna już znał nazwisko młokosa, który zastrzelił Gotlryda. Nie mógł go jednak odnaleźć, albowiem ten, w obawie przed policją, zmienił mieszkanie i ukrywał się nie wiadomo gdzie. Tego wszystkiego wywiedział się Alfons. On także czekał. Było jednak całkowicie możliwe, że sprawca opuścił miasto. Nie wiedział, że Köster i Alfons zaczaili się na niego. Czekali, aż młokos poczuje się bezpieczny i wróci.
- WyjdÄ™ i przyjrzÄ™ siÄ™ przedstawieniu. Otto.
- Dobrze.
Wyszedłem na podwórze. Nasz warsztat i wszystkie pozostałe graty ustawiliśmy pośrodku dziedzińca. Na prawo przy murze sterczała taksówka.
Umyliśmy ją starannie. Obejrzałem siedzenia i gumy. Gotfryd nazywał stale taksówkę naszą poczciwą mleczną krową. Nie było nam łatwo rozstać się z nią.
Ktoś dotknął mojego ramienia. Obejrzałem się zdumiony. Młody,
nieprzyjemnie pewny siebie facet w palcie z paskiem stał przede mną. Mrugał i wymachiwał bambusową laseczką w powietrzu.
- Halo! My się przecież znamy!
Rozjaśniało mi się w mózgu.
- Czyżby Gwido Thiess z firmy “Augeka"?
- Oczywiście - potwierdził z zadowoleniem. - Spotkaliśmy się przecież
swojego czasu przy tym samym gracie. Był pan wtedy w towarzystwie obrzydliwego faceta. Mało brakowało, a byłbym mu dał po mordzie.
Odruchowo ściągnąłem usta, kiedy pomyślałem, że gość wybierał się dać po mordzie Kösterowi. Thiess uznał to za uśmiech i ze swej strony odpowiedział
ukazaniem nieco niekompletnego uzębienia.