- O tak - zgodził się Collen...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Socjologowie, ktrzy zajmuj si ustaleniem cech charakterystycznych dla profesji zgodzili si, e istnieje ich kilka1...
- - Z przyjemnością, pani O'Neill - zgodził się uprzejmie...
- 134 Właśnie dlatego że Toto tak nalegał, nie zgodziłam się...
- - Rzeczywiście - zgodziła się Elaine...
- - Żaden - zgodził się Ray...
- Hipoteza 6: Prawodawca ma uczciwie tworzyć prawo warunkujące dobro wspólne...
- została naruszona zasada poufności danych...
- - Charles, jak mogłeś...
- W kontekście rozważań dotyczących bezpośredniości zamachu pojawia się kwestia dopuszczalności stosowania pewnych środków zabezpieczających, w postaci instalowania...
- Te mniejsze są cudowne, takie podrygujące krzaczki...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Żadnych obroży, żadnych smyczy. My być tak samo niebezpieczne mnóstwo dzikusów jak wy, widzi mi się, i kocie oczy wiedzieć, że my być tutaj.
Oczy jej się rozszerzyły. To było coś, czego się zupełnie nie spodziewała.
- Masz na myśli, że jesteście dzicy? - wykrzyknęła głosem pełnym niewiary.
Słyszała, oczywiście, że tak zwani dzicy ludzie istnieją, lecz po doświadczeniu na własnej skórze skuteczności i bezwzględności elfich rządów, nie sądziła, by byli zdolni do czegoś więcej niż nędznej, zwierzęcej egzystencji. A i ta była możliwa tylko dzięki temu, że elfi lordowie chcieli od czasu do czasu zapolować na coś, co chodzi na dwóch, a nie na czterech nogach.
Z drugiej strony, zganiła się, gdy Collen uśmiechnął się szerzej na widok jej reakcji, czarodzieje przez setki lat ukrywali swe istnienie przed elfami. Wiemy już, że poza granicami posiadłości elfich władców żyją dzicy ludzie. Dlaczego więc nie miałoby być dzikich ludzi-kupców, którzy by z nimi handlowali?
- O, tak - powtórzył Collen. - To nie takie złe życie, bracie. Ale mówimy na siebie “banici”, ładniej się słyszy. - Wzruszył ramionami. - Niektórzy z nas “dali nogę”, niektórzy urodzili się wolni. Nie mamy ziemi, stałego domu; tyle wiemy, że musimy się ruszać to tu, to tam, ale za to nie mieć pana.
- Collen chciałby z nami porozmawiać na temat handlu. Uważam, że powinniśmy zaprosić tych ludzi, by przybyli do nas i porozmawiali, Shano - spokojny głos Kalamadei przebił się przez jej oszołomienie. - Myślę, że każda ze stron może mieć tu coś do zaoferowania drugiej.
“A ponieważ on już wie, że się tu znajdujemy, nie ma sensu ukrywanie istnienia Cytadeli - dodał smok, głęboko w jej umyśle. - Im więcej im pokażemy, tym większe wywrzemy na nich wrażenie, dzięki czemu zmniejszy się prawdopodobieństwo, że nas zdradzą”.
- Oczywiście, Kalamadeo - odpowiedziała jednym zdaniem na jego głośne i myślowe stwierdzenie, po czym zwróciła się do Collena: - Jak daleko stąd znajduje się reszta twojej grupy?
- Blisko. Oni być przed zachodem słońca - odparł. - Niech no wywieszę flagę, w mig tu ściągną.
Nie czekając na jej zgodę, wyciągnął z czółna wyblakłą czerwoną szmatę i przywiązał ją do gałęzi, gdzie była widoczna dla każdego poruszającego się po rzece.
- Tam ma być - stwierdził z zadowoleniem. - Teraz tylko czekać, bracie.
Miała ogromną ochotę dotknąć jego myśli i przekonać się, czy mówi prawdę. “Czy mogę sobie na to pozwolić? A jeśli to zrobię, to czy on się domyśli i jak to przyjmie?”
- Świetnie - rzekł swobodnie Denelor. - Pójdę tylko na górę i powiem pozostałym, żeby przygotowali posiłek dla naszych nowych... sprzymierzeńców? - Przy tym ostatnim słowie uniósł brwi.
Collen wzruszył ramionami.
- Nie móc mówić za innych - odparł lakonicznie. - Może być. Na pewno, jeśli wy mieć rzeczy na handel, my będziemy się za nie wymieniać.
To najwyraźniej wystarczyło Denelorowi, który pomaszerował ścieżką na górę krokiem znacznie szybszym, niż byłby w stanie iść jeszcze rok temu. Collen założył ręce i oparł się plecami o pień wierzby, obserwując zarówno Shanę, jak i Kalamadeę.
- Mieszańce - odezwał się w końcu. - Ja słyszeć o kłopotach, których narobiliście zeszłego lata, ale żadnego mieszańca jeszcze nie widzieć.
- Ja mogę to samo powiedzieć o banitach - odparowała łagodnie Shana. “Czy mogę go sprawdzić? Czy powinnam go zapytać o pozwolenie?”
Uśmiechnął się, jakby uznał jej odpowiedź za zabawną. Kalamadea po prostu przyglądał mu się badawczo, z równym spokojem, z jakim odbierał niemal wszystko, od porywczych młodych smoków, do magicznych zdolności elfów.
- Dlaczego rzeką? - odezwał się w końcu.
- Człek nie zostawić śladów na wodzie - padła natychmiastowa odpowiedź.
- Aha. Ale przecież tu nie ma elfów, ani ich niewolników.
Collen kiwnął głową.
- Tak. Ale my handlować z tymi w obrożach. Człek nie zostawia śladów, oni żadnym sposobem nie mogą za nim iść, bracie. Jak nie mogą nas śledzić, to nic na nas nie mają. Jak nic na nas nie mają, muszą uczciwie handlować.
Shana również kiwnęła głową, gdyż wywód Collena był bardzo sensowny. Ponadto słysząc, że nie ufa on niewolnikom, z którymi handluje, była nieco bardziej skłonna zaufać mu. Jego wypowiedź świadczyła o silnym instynkcie samozachowawczym i wystrzeganiu się sytuacji, w której ludzie kontrolowani przez elfów mogliby mieć nad nim jakąkolwiek przewagę.
- Zatem dlaczego miałbyś nam zaufać? - Spytała. - W końcu nie znasz nas, może jesteśmy przebranymi elfami?
Słysząc to, roześmiał się na cały głos, odrzucając głowę do tyłu i przymykając oczy.
- O tak, tak, moglibyście - zarechotał. - Gdyby nie ta przyczyna, że ja być zwiadowca.
- No i co z tego? - Shana zadała to pytanie, bo najwyraźniej na nie czekał.
“A to, że mam ludzkie zdolności magiczne, mały mieszańcu - odezwał się w głębi jej umysłu, uśmiechając się, gdy się wzdrygnęła. - Tym sposobem powiedziałem Niki i reszcie, żeby tu przybyli, bracie. A wiem, że jesteś mieszaniec, bo słyszałem, jak gadałaś z tym starym, tam. Więc znasz ludzką magię i nie masz na sobie zaklęcia maskującego”.
Zamrugała oczyma, podobnie zresztą jak Kalamadea, zupełnie zbity z tropu głosem, który rozbrzmiewał również w jego umyśle. Był to nadzwyczaj silny i spokojny “głos” i faktycznie Collen musiał nad nim doskonale panować, skoro udało mu się wezwać nieobecnego “Niki”, a żadne z nich go nie “podsłuchało”.
- Więc ty chcieć patrzeć do mojej głowy? - spytał wesoło.
- Dalej! Nie mam nic do ukrycia.
Shana, zaproszona w ten sposób, nie wahała się ani chwili, tylko sięgnęła swoimi myślami, by dotknąć jego umysłu, zanim cofnie pozwolenie.
Okazało się, że sięgnęła nie tyle do jego myśli, co do pamięci - być może dlatego, że obydwoje tego chcieli i nie napotkała oporu z jego strony. Były to jedne z jego najświeższych wspomnień, tak silne i tak naładowane emocjami, że poczuła się schwytana w nie, jakby przeżywała tę chwilę wraz z nim, patrząc jego oczami.