- Rzeczywiście - zgodziła się Elaine...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- choćbyÅ› i mnie miaÅ‚ waszmość tak pochlastać, zawszeć winszujÄ™, winszujÄ™! – Et, dalibyÅ›cie sobie waszmoÅ›ciowie pokój; bo w rzeczy nie macie siÄ™...
- Artyku³ 105 § 1 EgzAdmU wymienia sposoby sprzeda¿y rzeczy zajêtej w toku egzekucji z ruchomoœci:1) sprzeda¿ w drodze licytacji publicznej,2) sprzeda¿ po cenie...
- to znać jaśnie, iż czynili te rzeczy, które doskonałemu dworzaninowi należą; jeden ćwicząc Aleksandra Wielkiego, a drugi króle sycylijskie...
- Sto procent wirtualnej rzeczywistoÅ›ciOksymoron czy pleonazmMichael Hammer (nie detektyw, ale wielki lekarz korporacji alÂbo inaczej specjalista od tzw...
- Barak nerwowo odchrząknął, zastanawiając się nad aktualną równowagą umy-słu O’Loga i rozważając, czy nie powinien w gruncie rzeczy wycofać się...
- - Jakie dokumenty?- Och, szczegółowe opisy anatomii wampirów, wasze ograniczenia i tego typu rzeczy...
- DPZ 2010 Nr 5Coś jednak jest na rzeczy, bo załoga, która płacikapitański nie potrafili wymyślić...
- Rzeczywiście, i Europa nie dałaby temu wiary, przepełniano pod administracją Lubeckiego więzienia obwinionymi tego rodzaju...
- rzeczywistością tego bytu, który dla owego [poznawania] sam pozostaje nieznany, choć każdorazowo obecny...
- - Cieszę się, że tak uważasz, lecz w rzeczywistości moje wyrafinowanie jest tak wielkie, że bierzesz je za otwartość...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Odwróciła głowę i wyjrzała przez mokrą szybę.
Przejechali bez słowa kilka przystanków. Benjamin gapił się na miejsce przed sobą, a Elaine z głową odwróconą do okna patrzyła na mijane budynki i padający deszcz. W końcu odwróciła się do Benjamina.
- Co ty tu właściwie robisz? - spytała.
- Gdzie?
- W Berkeley. Dlaczego mieszkasz w Berkeley?
- Och - rzekł Benjamin, kiwając głową. - Po prostu mieszkam tu chwilowo.
- Zamierzasz studiować?
- Nie.
- Więc dlaczego?
- Dlaczego tu mieszkam?
- Tak.
- No cóż - zaczął. - Dlaczego tu mieszkam? - Znowu spojrzał na miejsce przed sobą. - Bardzo... to... bardzo mnie ciekawi, jak się tu mieszka. To interesujące miejsce.
- Pracujesz?
- Nie - odparł. - Sprzedałem samochód. Wystarczy mi z tego na życie.
- I czym siÄ™ tu zajmujesz?
- Różnymi rzeczami - wyjaśnił. - Zajmuję się różnymi rzeczami.
- Jakimi różnymi rzeczami?
- No... Poszedłem na parę zajęć. Byłem na paru zajęciach na uniwersytecie.
- Ale nie jesteÅ› zapisany?
- Nie jestem - potwierdził. - Ale lubię... Mają tu kilku świetnych profesorów. To znaczy w Berkeley.
Elaine zastanawiała się nad czymś przez chwilę, po czym odwróciła głowę do okna. Benjamin opuścił wzrok na swoje nogi.
- Z całą pewnością za mokro dzisiaj na zoo - stwierdził.
Gdy dotarli na miejsce, Benjamin wysiadł za Elaine tylnym wyjściem i przekroczył bramę ogrodu zoologicznego. Zwiedzających było niewielu. Czarne asfaltowe ścieżki lśniły od deszczu, a większość zwierząt pochowała się.
Tuż za bramą Elaine przystanęła.
- O której masz się z nim spotkać? - spytał Benjamin.
- Powinien już być.
Stali obok klatki z dużym ptakiem, który spał na żerdzi wysoko pod dachem. Benjamin obrócił się, by mu się przez chwilę przyjrzeć, po czym zaczął kiwać głową i odwrócił się ponownie do Elaine.
- No cóż - zaczął. - Trochę się spóźnia, prawda?
- SÅ‚ucham?
- Mówię, że twój przyjaciel się spóźnia. Może zatrzymał go deszcz.
Pojawił się przyjaciel i dziarsko przekroczył bramę zoo. Miał na sobie jasnobrązowy płaszcz przeciwdeszczowy i trzymał w dłoni fajkę.
- To on? - spytał Benjamin.
Elaine obróciła się, uśmiechnęła i ruszyła na powitanie młodzieńca, który włożył cybuch fajki w zęby i wyciągnął ku niej ręce. Benjamin ruszył za Elanie i stanął kilka stóp od nich. Przyjaciel przez chwilę uśmiechał się do Elaine, po czym zerknął przez jej ramię i uniósł brwi. Benjamin skinął głową i uśmiechnął się do niego.
Elaine odstąpiła na bok.
- To jest Benjamin Braddock - powiedziała. - Przyjechał tu ze mną autobusem. A to Carl Smith.
- Cześć, Ben - rzekł Carl, wyciągając rękę.
- Miło mi cię poznać, Carl - odpowiedział Benjamin, zrobił krok do przodu i uścisnął mu dłoń.
Carl wyswobodził rękę i odwrócił się do Elaine.
- Obawiam się, że trochę dziś za mokro na oglądanie zwierząt - stwierdził.
Benjamin pokiwał głową. Spojrzał w niebo. Gdy opuścił wzrok, Carl prowadził już Elaine z powrotem do bramy, obejmując ją ramieniem.
- No cóż - odezwał się za nimi Benjamin. - Miło było was spotkać. Bawcie się dobrze.
- Mnie też było miło, Ben - odparł Carl, wyjmując fajkę z ust i machając nią na pożegnanie.
- Dziękuję - rzekł Benjamin.
Patrzył, jak znikają za bramą. Potem włożył ręce z powrotem do kieszeni i zaczął przechadzać się po ogrodzie zoologicznym. Zatrzymał się przy hipopotamie i przez długi czas przypatrywał mu się w deszczu. Potem kupił torebkę orzeszków, które zjadł w autobusie podczas drogi powrotnej.
W następnym tygodniu dwukrotnie spotkał Elaine, ale za każdym razem znajdowali się po przeciwnych stronach ulicy, więc jedynie uśmiechał się i machał do niej ręką bez słowa. Wreszcie pewnego ranka minął ją znowu po drugiej stronie ulicy, a ona przystanęła. Powiedziała coś, czego nie dosłyszał.
- Chwileczkę - zawołał.
Przekroczył krawężnik i przeszedł przez jezdnię między samochodami stojącymi na czerwonym świetle.
- Cześć - odezwał się z uśmiechem.
- Chcę z tobą porozmawiać - oznajmiła Elaine.
Benjamin skinął głową.
- Dobrze - odparł.
- Gdzie mieszkasz?
- No cóż - zaczął Benjamin. - Właściwie to na tej ulicy. -Wskazał na chodnik.
- Pod jakim numerem?
- Czterysta osiem.
- Będziesz po południu w domu?
- Tak. Będę.
- Wpadnę do ciebie - zaproponowała Elaine.
Benjamin skinął głową.
- No cóż - odparł. - Mam nadzieję, że będę w domu.
Zmarszczyła brwi.
- Więc będziesz czy nie? - zapytała.
- Tak. Będę. Na pewno.
Zjawiła się w środku popołudnia. Kiedy zapukała do drzwi, Benjamin siedział przy biurku i czytał książkę, którą kupił sobie rano, zaraz po tym, jak się spotkali. Odłożył książkę stroną tytułową do dołu i podszedł szybko do drzwi. Stał chwilę, odchrząknął i otworzył je.
- Elaine - rzekł. - Proszę, wejdź.
- Nie.
- SÅ‚ucham?
- Chcę ci zadać jedno pytanie - oznajmiła Elaine. - Potem sobie pójdę.
- No cóż - stwierdził Benjamin. - Mam nadzieję... mam nadzieję, że będę w stanie odpowiedzieć.
- Będziesz.
- Co to za pytanie?
- Benjaminie, po co tu jesteÅ›?
- ProszÄ™?
- Chcę, żebyś mi powiedział, po co przyjechałeś do Berkeley - oświadczyła, przesuwając się lekko do przodu.
Benjamin uśmiechnął się.
- No cóż, Elaine...
- Możesz mi powiedzieć?
- No cóż, Elaine - powtórzył. - Wydawało mi się... wydawało mi się, że już ci powiedziałem. Nie powiedziałem ci?
- Nie powiedziałeś.
- Ale wejdź proszę do środka.
- Nie.
- Nie mogłabyś wejść do pokoju?
- Nie chcę cię widzieć - oznajmiła. - Nie chcę być razem z tobą w tym pokoju. No więc, po co tu jesteś?
Benjamin odwrócił się do niej bokiem i zaczął kręcić głową.
- Elaine?
- Powiedz mi.
- Ależ Elaine - rzekł, unosząc ręce. - Nie wejdziesz do pokoju?
- Nie ufam ci.
- Nie ufasz mi?
- Dlaczego tu jesteÅ›?
- Bo jestem! - Benjamin opuścił ręce, ale wciąż na nią nie patrzył.
- Czy dlatego, że ja tu jestem?
- Co?
- Czy przeniosłeś się tutaj dlatego, że ja tu jestem?
Benjamin otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zaraz je zamknął i znowu zaczął kręcić głową.
- Czy dlatego?
- Nie wiem! - zawołał.
- Nie wiesz, dlaczego tu przyjechałeś?
- Proszę cię, wejdź.
- Benjaminie - powiedziała Elaine, robiąc kolejny krok do pokoju. - Odpowiedz mi, tak czy nie? Czy przyjechałeś tutaj dlatego, że ja tu jestem, czy nie?
Benjamin odwrócił się w stronę biurka.
- Tak?
- A jak myślisz?! - wybuchnął Benjamin, zaciskając pięści i unosząc je nad głową.
- Myślę, że tak.
- No więc tak! - potwierdził. Uderzył pięściami w blat biurka.
Elaine stała przy drzwiach, patrząc na jego odwróconą głowę.
- No to możesz już wyjechać - stwierdziła.
- Co?
- Chcę, żebyś wyjechał.