Te mniejsze są cudowne, takie podrygujące krzaczki...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- doywotnikiem a zobowizanym takie stosunki, e nie mona wymaga odstron, eby pozostaway nadal w bezporedniej ze sob stycznoci, sd nadanie jednej z...
- bitwie dostał takie straszliwe cięcie mieczem przez twarz, że mu wypłynęło lewe oko i na21resztę życia pozostała głęboka blizna...
- w miarę upływu czasu i rozwoju danej jednostki na czoło wysuwają się takie cechy charakteru, jakrzetelność, dokładność i wiarygodność...
- tego, mając na uwadze przestrzeganie dyscypliny (takie pojęcie nie mieściło się w ich umysłach) ani nawet zachowanie porządku...
- Dariusz Zającswoistą filozofią życia i edukacji, odrzuca koncepcję człowieka, w której funkcjonują takie pojęcia jak m...
- Justyna Horska[JJH] Jestem w Zakonie, gdzie kobiety maj takie same prawa co mczyni...
- Po prawej, najbliżej ściany hangaru, stały bok w bok nowiutkie Gromy i Błyskawice – nieco mniejsze wozy bojowe przystosowane do przewozu piechoty...
- Od strony ulicy prawie wszystkie bary oraz mniejsze sklepy zamiast ścian miały różnego rodzaju żaluzje, które usuwano całkowicie lub rolowano na czas otwarcia...
- tylko jeden, podczas gdy żydowscy komuniści dostarczyli, jakże licznych zbrodniarzy, wcale nie mniejszych pod względem rozmiarów zbrodniczości od...
- innych zmysw u niewidomych, istniay rwnie takie, ktre temuzaprzeczay...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Ciekawe, jak się rozmnażają? Przez pączkowanie? Nie wiedziałem, ile w nich uroku. Są piękni. Prawie tak samo kolorowi jak ryby raf koralowych, może zresztą z tych samych powodów... by przywabić partnera lub oszukać drapieżcę, udając kogoś czy coś zupełnie innego...
Powiedziałem, że przypominają krzaki? I to różane, bo mają kolce! Sądzę, że nie bez przyczyny...
Rozczarowali mnie. Zupełnie jakby nie zauważali statku. Idą wszyscy do miasta. Można pomyśleć, że statki kosmiczne codziennie tu zaglądają... Ale chyba potrafią odbierać wibracje, większość morskich stworzeń jest na nie czuła, chociaż w tej rzadkiej atmosferze głos daleko nie poniesie...
FALCON, WŁĄCZYĆ ZEWNĘTRZNY GŁOŚNIK.
SŁYSZYCIE MNIE? NAZYWAM SIĘ FRANK POOLE... EEEM... PRZYBYWAM W POKOJU W IMIENIU CAŁEJ LUDZKOŚCI...
Wiem, że to głupie, ale znacie coś lepszego? Poza tym nagranie zyska w ten sposób wartość humanistyczną.
Ale nikt nie zwraca na mnie uwagi. Znikają w tych swoich igło. Co oni tam będą robić? Może powinienem pójść za nimi, nic mi nie grozi, jestem o wiele szybszy...
Zabawne skojarzenie. Przemieszczają się w jednym kierunku. Wszyscy razem niczym urzędnicy dojeżdżający codziennie do pracy w centrum miasta. A wracający wieczorem. Zanim elektronika rozwinęła się na dobre, takie widoki były zupełnie zwyczajne.
Spróbujmy raz jeszcze, zanim znikną...
HEJ TAM, MÓWI FRANK POOLE, GOŚĆ Z PLANETY ZIEMI. SŁYSZYCIE MNIE?
SŁYSZĘ CIĘ, FRANK. MÓWI DAVE.
29 - DUCH W MASZYNIE
Frank w pierwszej chwili zdumiał się niebotycznie, w następnej zaś ucieszył jak dziecko. Nigdy naprawdę nie wierzył, że uda się nawiązać jakikolwiek kontakt z monolitem czy Europejczykami. Czasem wyobrażał to sobie nawet jako kopanie hebanowej powierzchni z wrzaskiem: “Jest tam ktoś?"
Chociaż nie powinien być aż tak zdumiony. Jakaś siła śledziła jego lot, ktoś dał mu zgodę na lądowanie. Ted Khan zasłużył na poważniejsze potraktowanie.
- Dave - powiedział powoli. - To naprawdę ty?
A niby kto?, złajał się w myślach. Jednak pytanie nie było tak całkiem od rzeczy. Dobywający się z głośniczka na pulpicie głos brzmiał dziwnie mechanicznie, bezosobowo.
- Tak, Frank. To ja, Dave.
Na chwilę zapadła cisza. Potem ten sam głos, bez żadnej zmiany intonacji, obwieścił:
- Witaj, Dave. Mówi HAL.
MISS PRINGLE
ZAPISUJ
Indro, Dim, cieszę się, że nagrywałem to wszystko. W przeciwnym razie pewnie byście mi nie uwierzyli...
Chyba wciąż jeszcze nie wyszedłem z szoku. Przede wszystkim spotkałem kogoś, kto próbował mnie zabić, mało, zabił mnie, nie szkodzi, że tysiąc lat temu. Teraz jednak rozumiem, że to nie była wina HAL-a. Niczyja wina. Tak, słuszne jest stare stwierdzenie: “Nie poczytuj za złośliwość tego, co jest tylko niekompetencją". Nie potrafię się już złościć na tę bandę nie znanych mi programistów, którzy obrócili się w proch całe wieki temu.
Dobrze, że to szyfruję. Nie wiem, jak sobie z tym wszystkim poradzić, ale może nie będę gadał samych nonsensów. Musiałem poprosić Dave'a o chwilę spokoju, chociaż tyle kłopotu kosztowało mnie dotarcie tutaj! Ale czuję przesyt informacyjny. Chyba nie zraniłem jego uczuć. O ile jeszcze jakiekolwiek posiada.
Czym jest obecnie? Dobre pytanie. W zasadzie nadal Dave'em Bowmanem, chociaż odczłowieczonym. To jak streszczenie książki, taki abstrakt, który zawiera wszystkie istotne dane, ale ani krzty osobowości autora. Chwilami jednak wyłazi z niego stary Dave. Nie powiedziałbym, żeby bardzo ucieszył się naszym spotkaniem, ale umiarkowaną satysfakcję chyba odnotowałem... Sam czuję się osobliwie. Spotkałem starego kumpla po długiej rozłące, ale to już ktoś inny. Wiem, minęło tysiąc lat, nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jakie doświadczenie można zebrać przez ten czas, choć Dave próbuje się nim ze mną dzielić. Pokażę wam...
HAL też tu jest, bez dwóch zdań. Zazwyczaj nawet się nie orientuję, z którym z nich rozmawiam. Medycyna zna chyba podobne przypadki zwielokrotnionych osobowości? Może to coś takiego.
Spytałem HAL-a, jakim cudem trwają. Spróbował mi wytłumaczyć. Spróbuję to odtworzyć. Nie wiem jednak, czy wszystko dobrze zrozumiałem. Ale lepszej hipotezy nie znam.
Kluczem jest oczywiście monolit, jeden w wielu postaciach. Chociaż może niezupełnie kluczem... Pamiętacie coś takiego jak szwajcarskie noże wojskowe. Wciąż istnieją, mimo że Szwajcaria wraz ze swą armią dawno już zniknęła. Nóż szwajcarski to było takie małe narzędzie z końcówkami do wszystkiego. Zupełnie jak monolit. On został wszechstronnie zaprogramowany.
Cztery miliony lat temu w Afryce dał nam porządnego kopa, pogonił ewolucyjnie na dobre i na złe. Potem jego bliźniak na Księżycu czekał, aż wy leziemy z kolebki. Tyle sam się domyśliłem, a Dave wszystko potwierdził.
Powiedział, że nie żywi już typowych ludzkich emocji, ale zachował ciekawość. Chce się uczyć. A sposobność znalazł jak marzenie! Gdy jowiszowy monolit go wchłonął, lepszego słowa nie znalazłem, Dave wyszedł na tym całkiem dobrze. Owszem, posłużył za coś w rodzaju okazu do badań, ale sam też zaczął badać. Z pomocą
HAL-a zaczął penetrować pamięć monolitu. Idealny układ. Kto lepiej rozgryzie superkomputer niż drugi komputer? Przede wszystkim chcieli ustalić, czemu to służy.
A teraz niewiarygodne - monolit to niesamowicie potężna maszyna (wystarczy spojrzeć, co zrobiła z Jowiszem), ale nic ponadto. Działa jak zwykły automat, nie ma świadomości. Kiedyś chciałem załomotać w tę ścianę i krzyknąć: “Jest tam kto?". Teraz już wiem. Nikogo tam nie ma. Tylko Dave i HAL...
Co gorsza, niektóre systemy monolitu zaczynają zawodzić. Dave sugeruje wręcz, że superkomputer idiocieje. Pewnie zbyt długo działał bez dozoru, pora na przegląd gwarancyjny.
Uważa też, że monolit co najmniej raz się pomylił. Może nawet nie tyle pomylił, ile celowo zadziałał niewłaściwie...
Tak czy inaczej, jest to dziw aż przerażający w skutkach swojego działania. Zresztą sami osądzicie. Tak, chodzi o tę chwilę sprzed tysięcy lat, kiedy Leonów poleciał ku Jowiszowi! Nikt przez ten czas nawet się nie domyślił...
Czapa przydaje mi się teraz jak nigdy. Jest bezcenna, nie wyobrażam sobie już życia bez niej, chociaż nie do takich rzeczy ją projektowano. Ale sprawia się świetnie.