Nieco przed sobą Kalam dostrzegł na tle ochrowej chmury plamę szarości, która zmierzała w jego stronę...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Jeśli rodzice nie dadzą dziecku doświadczyć miłości, jeśli nie ujawnią swoim zachowaniem, że samo jego istnienie jest dla nich radością, dziecko odwróci od...
- 187mo¿emy przyj¹æ jako zasadê, ¿e ka¿dy kraj wymieniony wœród owych affines le¿a³ na zewn¹trz granic tego pañstwa, jako jego „bok" (tatuœ] Kieruj¹c siê t¹ zasad¹,...
- się krew we mnie rozgrzeje, zapomnę, żeś kobietą i piękną! Zaprawdę, mogę ujrzeć tylko szpiega, co tym dla mnie wstrętniejszy, że jego panem Rzymianin!...
- – Nie masz powodu, by kochać którekolwiek ze swych rodziców, Gwydionie – powiedziaÅ‚a Morgiana i jej dÅ‚oÅ„ zacisnęła siÄ™ na jego rÄ™ce, ale zadziwiÅ‚...
- I nagle, jakby zmysły postradał, porwał się z siedzenia i chwyciwszy w obie ręce chudego dryblasa, co kawę roznosił i węgle do fajek, począł głową jego tłuc o...
- Popatrzył na mnie, niemal widziałem trybiki obracające się pod jego czaszką i nagle twarz mu pobielała, oko rozwarło się szeroko, a czoło zrosiły krople potu...
- klientów spośród ogółu klientów jego sklepu...
- Pomijaj¹c bardziej szczegó³ow¹ analizê procesu sekularyzacji, omówiony zostanie sam pluralizm, a tak¿e proces jego nasilania siê...
- 9 W książce tej termin „hitlerowski holokaust" odnosi się do wydarzeń historycznych, natomiast termin „holokaust" oznacza jego ideologiczne...
- WIANO ŒWIÊTEJ KINGI28Zaledwie trzynaœcie lat mia³ ksi¹¿ê Boles³aw, zwany póŸniej Wstydliwym, gdy panowie w jego imieniu rz¹dy sprawuj¹cy, postanowili mu ¿onê...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Rzucił się w siodle do tyłu, ciągnąc z całej siły za wodze. Ogier zakwiczał przeraźliwie, zgubił rytm i przystanął, ślizgając się kopytami po ziemi.
– GdybyÅ› miaÅ‚ choć krztÄ™ mózgu, podziÄ™kowaÅ‚byÅ› mi – warknÄ…Å‚ Kalam.
Szara plama była rojem pcheł piaskowych. Żarłoczne owady czekały na burze podobne do tej, by pomknąć z wiatrem na poszukiwanie ofiar. Najgorsze było to, że nie dostrzegało się ich, patrząc na wprost, a jedynie z boku.
Gdy rój przemknął przed nimi, jeźdźca i wierzchowca dopadła burza.
Fala przetoczyła się nad ich głowami, aż ogier zachwiał się na nogach. Świat zniknął w wyjącej, wirującej mgle koloru ochry. Uderzały w nich kamienie i żwir. Koń wzdrygał się z bólu, a jeździec stękał głośno. Skrytobójca skulił skrytą pod kapturem głowę i zwrócił się twarzą pod wiatr. Wyglądając przez szparę w chuście telaby, nakazał ogierowi ruszyć stępa naprzód. Pochylił się nad końską szyją, wyciągnął urękawicznioną dłoń i zasłonił lewe oko zwierzęcia, starając się uchronić je przed kamieniami i żwirem. Był mu winien przynajmniej tyle.
Jechali tak przez następne dziesięć minut, nie widząc nic poza unoszącym się w powietrzu piaskiem. Potem koń parsknął i stanął dęba. Za ich plecami słychać było jakieś stuki i chrzęsty. Kalam rozejrzał się wokół. Ze wszystkich stron otaczały go kości. Wichura odsłoniła cmentarz, co zdarzało się dosyć często. Skrytobójca zapanował nad rumakiem, po czym wpatrzył się w ochrowy półmrok. Przystań Ladro była niedaleko, on jednak nic nie widział. Trącił lekko ogiera, nakazując mu ruszyć naprzód. Zwierzę ostrożnie omijało stosy kości.
Przed nimi pojawił się przybrzeżny gościniec. Po obu stronach czegoś, co z pewnością było mostem, stały stróżówki. Po prawej stronie musiała być wioska, jeśli nie zmiótł jej ten cholerny huragan. Za mostem znajdzie Twierdzę Ladro.
Obie jednoosobowe stróżówki ziały pustką, niczym oczodoły w olbrzymiej czaszce o geometrycznych kształtach.
Umieściwszy konia w stajni, Kalam ruszył pod wiatr ku wejściu do twierdzy, krzywiąc się z powodu bólu w nogach. Kiedy dotarł do niszy, po raz pierwszy od wielu godzin znalazł się poza zasięgiem wyjącej wichury. W kątach stróżówki gromadził się przyniesiony przez wiatr piasek, lecz wypełnione pyłem powietrze było nieruchome. Nie dostrzegł wartownika, a na kamiennej ławie nikt nie siedział.
Kalam uniósł ciężki żelazny pierścień u drewnianych drzwi i zastukał w nie mocno. Po dłuższej chwili rozległ się szczęk zasuw. Wrota otworzyły się, skrzypiąc głośno. Stary kuchenny sługa przyjrzał mu się jedynym zdrowym okiem.
– WÅ‚aź do Å›rodka – wymamrotaÅ‚. – Jest tu kupa ludzi.
Kalam przepchnął się obok staruszka i wszedł do dużego pomieszczenia. Wszystkie twarze zwróciły się w jego stronę. Przy końcu głównego stołu, który zajmował całą długość prostokątnej sali, siedziało czterech żołnierzy z twierdzy. Byli Malazańczykami i sprawiali wrażenie, że mają paskudny nastrój. Na blacie stały trzy dzbany, otoczone kałużami wina. Z boku siedziała żylasta kobieta o zapadniętych oczach. Jej twarz pokrywał makijaż odpowiedni raczej tylko dla młodych dziewcząt. Obok zasiadał ehrlijski kupiec, zapewne jej mąż.
Kalam pokÅ‚oniÅ‚ siÄ™ caÅ‚ej grupie i podszedÅ‚ do stoÅ‚u. Natychmiast pojawiÅ‚ siÄ™ drugi sÅ‚uga, tylko kilka lat mÅ‚odszy od odźwiernego, niosÄ…c nowy dzban i puchar. ZaczekaÅ‚, aż skrytobójca zdecyduje, gdzie usiÄ…dzie – naprzeciw pary kupców – po czym postawiÅ‚ kielich przed Kalamem, napeÅ‚niÅ‚ go do poÅ‚owy i odsunÄ…Å‚ siÄ™ nieco.
Kupiec odsłonił w miłym uśmiechu zabarwione durhangiem zęby.
– Przybywasz z północy?
Wino okazało się jakąś ziołową mieszanką, zbyt słodką i mdłą jak na tutejszy klimat. Kalam odstawił z zasępioną miną kielich.
– Nie ma tu piwa?
Kupiec pokiwał głową.
– Jest, i to schÅ‚odzone. Niestety, tylko wino jest za darmo. Komendant stawia.
– WiÄ™cej nie jest warte – mruknÄ…Å‚ skrytobójca. SkinÄ…Å‚ na sÅ‚ugÄ™. – Kufel piwa, jeÅ›li Å‚aska.
– To bÄ™dzie kosztowaÅ‚o obrzynka – ostrzegÅ‚ go sÅ‚uga.
– Rozbój w biaÅ‚y dzieÅ„, ale muszÄ™ usÅ‚uchać gÅ‚osu pragnienia.
Wyjął obcięte jakata i położył je na stole.
– Czy wioskÄ™ pochÅ‚onęło morze? – dopytywaÅ‚ siÄ™ kupiec. – Jak wyglÄ…da most na drodze do Ehrlitanu?
Kalam zobaczył na blacie przed żoną kupca mały, aksamitny woreczek. Podnosząc wzrok, zwrócił uwagę na jej głęboko zapadnięte oczy. Mrugnęła do niego. Wyglądało to makabrycznie.
– On nie powiÄ™kszy twej skarbnicy pogÅ‚osek, Berkru. To nieznajomy, który ukryÅ‚ siÄ™ tu przed burzÄ…. Nie usÅ‚yszysz od niego nic wiÄ™cej.
Jeden z żołnierzy uniósł głowę.
– Masz coÅ› do ukrycia, tak? Nie eskortujesz karawany, tylko podróżujesz samotnie? JesteÅ› dezerterem z Gwardii EhrlitaÅ„skiej czy niesiesz ludziom sÅ‚owo Dryjhny? A może i jedno, i drugie? I oczekujesz goÅ›cinnoÅ›ci od naszego dowódcy, rodowitego MalazaÅ„czyka?
Kalam przyjrzał się żołnierzom. Cztery twarze z wojowniczymi minami. Jeśli spróbuje zaprzeczyć oskarżeniom sierżanta, z pewnością mu nie uwierzą. Doszli już do wniosku, że należy go wtrącić do lochu, choćby na jedną noc, dla rozrywki. Nie miał jednak ochoty przelewać krwi. Oparł płasko dłonie na blacie i wstał powoli.
– ChcÄ™ zamienić z tobÄ… słówko na osobnoÅ›ci, sierżancie.
Ciemna twarz podoficera nabrała złowrogiego wyrazu.
– Å»ebyÅ› mógÅ‚ mi poderżnąć gardÅ‚o?