- My się nie targujemy - rzekł cicho - ani nie kradniemy...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — Re Alide to kupa gruzów — rzekÅ‚ krótko; zdaÅ‚o mi siÄ™, iż temat nie byÅ‚ dlaÅ„ przyjemny — ale o tym na pewno pan wie...
- — Aha! — rzekÅ‚ Adiutant...
- — Ty cholerny baweÅ‚niany Å‚bie — rzekÅ‚ z pogardÄ… Buck...
- – ZwariowaÅ‚em na twoim punkcie – przyznaÅ‚ cicho...
- — Nie możecie, czy nie chcecie, Strażniczko? — podchwyciÅ‚a cicho lodowatym tonem Åšnieżynka...
- - Reszta może uciekać, zanim doliczę do dziesięciu - rzekł, znacząco wywijając dwoma tasakami...
- - Możesz nie mieć na to czasu, Jamesie - rzekł poważnie sir Brian...
- - Dziękuję, mistrzu Kiosie - rzekł Gundabyr...
- - Jestem tu od jakichś trzydziestu lat - powiedział cicho czarnoskóry mężczyzna...
- - Mademoiselle Madeline d'O1eron - powiedział cicho...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
My przyjmujemy dary. Zaproponuj nam dar, kupcze. - PoruÂszyÅ‚ lekko mieczem. Baerd czuÅ‚, jak ostrze muska jego twarz.
- Przyjmij, proszÄ™... przyjmij, proszÄ™, od nas to piwo jako dar dla żoÅ‚nierzy Trzeciej Drużyny - powiedziaÅ‚. Wzrok miaÅ‚ odwrócony od twarzy dowódcy, co przychodziÅ‚o mu z wysiÅ‚Âkiem.
- Ach, dziÄ™ki ci, kupcze - odparÅ‚ Barbadiorczyk z sarkaÂzmem w gÅ‚osie. CofnÄ…Å‚ powoli miecz, ocierajÄ…c go o policzek Baerda, jakby to byÅ‚a pieszczota. - A ponieważ daÅ‚eÅ› nam te baryÅ‚ki, to chyba nie pożaÅ‚ujesz nam konia i wozu, na którym je wieziesz?
- Weź też i wóz - usÅ‚yszaÅ‚ wÅ‚asne sÅ‚owa Baerd. Nagle poÂczuÅ‚ siÄ™ tak, jakby opuÅ›ciÅ‚ swoje ciaÅ‚o. Jakby unosiÅ‚ siÄ™ nad tÄ… scenÄ…, patrzÄ…c w dół.
I jakby z tego wysoko poÅ‚ożonego, oderwanego punktu obÂserwacyjnego widziaÅ‚, że Barbadiorczycy zabierajÄ… im wóz. ZaprzÄ™gli konia. Jeden z nich, mÅ‚odszy od innych, zrzuciÅ‚ na ziemiÄ™ ich toboÅ‚ki i żywność. ObejrzaÅ‚ siÄ™ nieÅ›miaÅ‚o na CatriaÂnÄ™, lekko speszony, po czym szybko wspiÄ…Å‚ siÄ™ na kozioÅ‚ i cmokÂnÄ…Å‚ na konia. Wóz potoczyÅ‚ siÄ™ powoli, doÅ‚Ä…czajÄ…c do wolno suÂnÄ…cego koÅ„ca barbadiorskiej kolumny.
PozostaÅ‚ych piÄ™ciu żoÅ‚nierzy pojechaÅ‚o za nim, prowadzÄ…c konia powożącego żoÅ‚nierza. Åšmiali siÄ™ swobodnym, dźwiÄ™czÂnym Å›miechem mężczyzn czujÄ…cych siÄ™ dobrze w swoim towaÂrzystwie, pewnych swego miejsca w życiu i jego biegu. Baerd znów rzuciÅ‚ okiem na swój Å‚uk. ByÅ‚ pewien, że zanim ktoÅ› poÂtrafi go powstrzymać, może zabić wszystkich szeÅ›ciu, poczynaÂjÄ…c od dowódcy.
Nie poruszyÅ‚ siÄ™. Nie poruszyÅ‚ siÄ™ nikt z nich, dopóki kolumÂna wojska nie zniknęła im z oczu, a wraz z niÄ… jadÄ…cy za niÄ… wóz. Baerd odwróciÅ‚ siÄ™ wtedy i spojrzaÅ‚ na CatrianÄ™. DrżaÅ‚a, ale znaÅ‚ jÄ… na tyle dobrze, by wiedzieć, że powodem tego jest tyleż strach, co gniew.
- Przepraszam - powiedział, sięgając ręką do jej ramienia.
- Mogłabym cię zabić za to, że tak mnie przeraziłeś.
- Wiem. A ja zasłużyłbym na śmierć. Nie doceniłem ich.
- Mogło być gorzej - rzekł prozaicznie Sandre.
- Owszem - odparła cierpko Catriana. - Mogliśmy wszyscy tu leżeć martwi.
- To rzeczywiÅ›cie byÅ‚oby gorsze poÅ‚ożenie - zgodziÅ‚ siÄ™ z poÂwagÄ… Sandre. ChwilÄ™ trwaÅ‚o, zanim pojęła, że siÄ™ z niÄ… droczy. Ku swemu zdumieniu wybuchnęła Å›miechem, choć pobrzmieÂwaÅ‚a w nim nuta histerii.
Sandre powiedział wtedy coś zupełnie nieoczekiwanego:
- Nie masz pojÄ™cia - mruknÄ…Å‚ - jak bardzo chciaÅ‚bym, żebyÅ› pochodziÅ‚a z mojej krwi. Å»ebyÅ› byÅ‚a mojÄ… córkÄ…, wnuczkÄ…. PoÂzwolisz mi być dumnym z ciebie?
ByÅ‚a tak zaskoczona, że nie potrafiÅ‚a wymyÅ›lić żadnej odpoÂwiedzi. Po chwili, gÅ‚Ä™boko wzruszona, podeszÅ‚a do niego i poÂcaÅ‚owaÅ‚a go w policzek. Sandre objÄ…Å‚ jÄ… swym dÅ‚ugim, koÅ›ciÂstym ramieniem i na chwilÄ™ przytuliÅ‚ do piersi. ZrobiÅ‚ to ostrożÂnie, jakby byÅ‚a krucha albo bardzo cenna, albo i jedno, i druÂgie. Nie pamiÄ™taÅ‚a, kiedy ostatnio ktoÅ› jÄ… tak obejmowaÅ‚.
Sandre cofnął się, chrząkając z zakłopotaniem. Catriana spostrzegła, że Baerd patrzy na nich niezwykłym u niego, miękkim wzrokiem.
- Wszystko to jest bardzo piękne - powiedziała rozmyślnie oschłym tonem. - Czy spędzimy tu resztę dnia, mówiąc sobie nawzajem, jak wspaniałymi ludźmi się sobie wydajemy?
Baerd pokazał w uśmiechu zęby.
- Niezły pomysł, ale nie najlepszy. Chyba będziemy musieli wrócić tam, gdzie kupiliśmy piwo. Potrzebujemy wozu i konia.
- Dobrze. PrzydaÅ‚aby mi siÄ™ flaszka piwa - powiedziaÅ‚ SanÂdre. Catriana szybko obejrzaÅ‚a siÄ™, uchwyciÅ‚a bÅ‚ysk w jego oku i rozeÅ›miaÅ‚a siÄ™. WiedziaÅ‚a, co robi Sandre, ale nigdy nie sÄ…ÂdziÅ‚a, że bÄ™dzie siÄ™ mogÅ‚a Å›miać tak szybko po przeżyciu widoÂku miecza przytkniÄ™tego do twarzy Baerda.
Baerd podniósÅ‚ z trawy swój Å‚uk i koÅ‚czan. Zarzucili sobie toboÅ‚ki na plecy i zmusili jÄ… do pojechania na koniu - Sandre powiedziaÅ‚, że tylko to bÄ™dzie wyglÄ…daÅ‚o naturalnie. ChciaÅ‚a siÄ™ o to sprzeczać, ale nie miaÅ‚a siÅ‚. ByÅ‚a też w duchu wdziÄ™czÂna za możliwość jechania na koniu - wciąż miaÅ‚a miÄ™kkie nogi.
Po przejÅ›ciu armii droga byÅ‚a bardzo zakurzona na odcinku kilku mil, wiÄ™c trzymali siÄ™ trawy na poboczu. KoÅ„ przestraÂszyÅ‚ królika i zanim Catriana zdążyÅ‚a siÄ™ zorientować, co siÄ™ dzieje, Baerd ustrzeliÅ‚ go z Å‚uku. Wkrótce wymienili go w goÂspodarstwie po drodze na dzbanek piwa, trochÄ™ chleba i sera, po czym znów ruszyli w drogÄ™.
Pod koniec dnia, zanim powoli wrócili do wioski, Catriana przekonała samą siebie, że wypadek ten był niefortunny, ale właściwie zupełnie nieważny.
W osiem dni później znaleźli siÄ™ w mieÅ›cie Tregea. Przez ten caÅ‚y tydzieÅ„ nie widzieli już wiÄ™cej żoÅ‚nierzy, bo ich trasa wiodÅ‚a z dala od głównych dróg. Zostawili nowy wóz z towaÂrem jak zwykle w zaprzyjaźnionej gospodzie i poszli na główne targowisko. ByÅ‚o późne popoÅ‚udnie ciepÅ‚ego jak na wiosnÄ™ dnia. PatrzÄ…c na północ miÄ™dzy budynkami w kierunku doków, Catriana widziaÅ‚a maszty pierwszych statków, które po zimie wpÅ‚ynęły rzekÄ… do portu. Sandre zatrzymaÅ‚ siÄ™ przy straganie rymarza, żeby oddać do naprawy pas od miecza. IdÄ…cÄ… te Baerdem przez zatÅ‚oczony plac CatrianÄ™ zobaczyÅ‚ starszy barbadiorski najemnik, lekko kulejÄ…cy i prawdopodobnie pijaÂny wiosennym winem. WytoczyÅ‚ siÄ™ z zajazdu i rzuciÅ‚ siÄ™ na dziewczynÄ™, siÄ™gajÄ…c niezdarnymi Å‚apskami do jej piersi i miÄ™Âdzy jej nogi.