— Ty cholerny bawełniany łbie — rzekł z pogardą Buck...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — Proszę pani, jeśli pojedzie pani do siedziby detektywów Dystryktu Zachodniego przy Pięćdziesiątej Piątej i Pine, gdzie podpisze pani dokument...
- Tak więc nie można też ustalić, czy pewne rodzaje literackie ukształtowały się raczej pod naciskiem zjawisk realnych, czy raczej — norm kulturowych jako...
- dobiegł do jej wytężonego słuchu — cichy jak brzęczenie komara daleki dzwonek, za chwilę ponowny • dzwonek, już bliżej, potem stukot...
- - Reszta może uciekać, zanim doliczę do dziesięciu - rzekł, znacząco wywijając dwoma tasakami...
- Niemniej obawiałem się wyjść z lasu — choć skądinąd było oczywiste, że prędzej albo później wyjść muszę...
- par³ margraf — ale nie jeno przeto, jeno ¿e przez Odrê³acniej siê przeprawiæ, w górnym biegu...
- ciekawe i co mnie osobiście bardzo zaskoczyło — zdałem sobie spra- wę, że czasami pracując mniej i krócej, można było zrobić więcej, niż...
- le jest potrzebny), niedostępnej dla użytkowników i przeznaczonej wy- łącznie na potrzeby administratora, — skonfigurowanie portów...
- - Możesz nie mieć na to czasu, Jamesie - rzekł poważnie sir Brian...
- wyreperował dach i ściany, wybił otwory i wstawił okna, żeby był przewiew — zmienił całe pomieszczenie tak, że wyglądało prawie jak mieszkanie...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Shaw, mrugając oczami, dźwignął się na czworaki. Rozejrzał się za jakąś bronią, ale nic nie było pod ręką. Jego łopata leżała za Willem.
— Bawełniany łeb — powtórzył szyderczo Buck.
— No, chodźcie tu, sukinsyny! — krzyknął Will. — Będziecie leżeli obaj naraz. Ja nie z tych, co się boją parobków.
Buck podniósł łopatę, ale Will wyrwał mu ją z ręki i cisnął daleko za siebie. Celnym ciosem wyrżnął Bucka w szczękę, a ten zwalił się jak długi na wznak. Shaw podbiegł i przykucnął nad nim. Will łupnął go kolejno jedną i drugą pięścią. Pod Shawem ugięły się kolana i upadł u stóp Willa.
Tymczasem Buck już się podniósł. Skoczył na Willa, przewrócił go i wykręcił mu ręce. Zanim Will zdołał się wyrwać, Buck zaczął go grzmocić po głowie i plecach. Wszyscy byli już teraz mocno rozeźleni.
Z góry zakrzyknął na nich Tay Tay. Zbiegł na dno dołu i wskoczył w sam środek kotłowaniny pięści i kopniaków. Rozdzielił Bucka i Willa i cisnął ich na obie strony. Był równie barczysty jak oni i zawsze umiał dać sobie radę, gdy się pobili. Teraz stał, dysząc i sapiąc, i patrzał na leżących.
— Dosyć tego — powiedział, wciąż oddychając ciężko. — I o co, u diabła starego, wy, chłopaki, tak się ciągle lejecie? To nie jest odkopywanie żyły. Bijatyką się jej nie znajdzie.
Buck siadł i pomacał napuchniętą szczękę. Łypnął na Willa; nie czuł się pokonany.
— To go ojciec odeślij, skąd przyszedł — powiedział. — Sukinsyn nie ma tu nic do roboty. U nas nie miejsce dla bawełnianych łbów.
— Wyjadę, kiedy mi się spodoba i ani minuty wcześniej. Spróbuj mnie zmusić. No, tylko spróbuj!
— I po kiego diabła takeście narozrabiali, chłopaki, co? — zapytał Shawa ojciec, oglądając się na niego, aby sprawdzić, czy nic mu nie jest. — Nie macie o co się bić. Jak natrafimy na żyłę, to wszystko się podzieli równo i sprawiedliwie i nikt nie dostanie więcej niż inny. Już ja tego dopilnuję. No i od czego to się zaczęło, żeście tak tłukli jeden drugiego?
— Od niczego się nie zaczęło, tato — powiedział Shaw. — Wcale nie poszło o złoto ani o nic takiego. Ot, stało się, i już. Ile razy ten sukinsyn tu przyjedzie, to aż się prosi, żeby go lać. Przez to, co gada i co robi. Tak tu wyprawia, jakby był lepszy od nas albo co. Dlatego, że pracuje w przędzalni. Zawsze przezywa mnie i Bucka od parobków.
— No, to jeszcze nie powód, żeby tak się gorączkować — powiedział Tay Tay. — Wstyd, że nie potrafimy zachować spokoju w rodzinie. Przez całe życie o to jedno mi chodziło.
— To niech się odczepi od Gryzeldy — rzekł Buck.
— A, to o Gryzeldę poszło? — spytał zdumiony Tay Tay. — Proszę, wcale nie wiedziałem, że ona jest zamieszana w tę bitkę.
— Łżesz jak cholera! — krzyknął Will. — Nie powiedziałem o niej ani słowa!
— Słuchajcie no, chłopaki — rzekł Tay Tay. — Nie zaczynajcie na nowo. Co Gryzelda ma z tym wspólnego?
— Ano, nic o niej nie gadał — odparł Buck — ale to przez to, jak patrzy i co wyprawia. Tak się zachowuje, jakby zaraz chciał jej coś zrobić.
— Łgarstwo! — wykrzyknął Will.
— Słuchajże, Buck, może ci się tylko tak przywidziało. Ja przecież wiem, że to niemożliwe, bo Will jest mężem Rozamundy i żyją z sobą pierwszorzędnie. On wcale nie leci na Gryzeldę. Dajże spokój.
Will spojrzał na Bucka, ale nic nie powiedział. Był zły, że ich rozdzielono, nim zdążył zadać ostateczny cios.
— Wszystko byłoby w porządku, gdyby siedział, gdzie jego miejsce, i nie przyjeżdżał tu robić piekła — oświadczył Buck. — Tak czy owak, ten sukinsyn jest bawełniany łeb. Niech siedzi między takimi jak on sam. Nie chcemy się z nim zadawać.
Will znowu zerwał się i począł rozglądać się za łopatą.
Tay Tay podbiegł i popchnął go na drugą stronę dołu. Przytrzymał Willa obiema rękami, przyciskając go do ściany wykopu.
— Will — powiedział spokojnie. — Nie zwracaj uwagi na Bucka. Ten upał go rozeźlił bez żadnego powodu. No, zostań tutaj i daj mu spokój.
Przebiegł na drugą stronę i przytrzymał Bucka. Tymczasem Shaw wylazł już z dołu i nie zdradzał ochoty do zejścia na powrót.
— Wyjdźcie na górę i ostygnijcie, chłopaki — rozkazał Tay Tay. — Zagrzaliście się w tej dziurze i nie ma jak świeże powietrze, żeby wam przeszło. Wyłaźcie i ochłodźcie się trochę.
Zaczekał, póki Buck i Shaw nie zniknęli mu z oczu. Kiedy już dał im dość czasu, począł przynaglać Willa, żeby wydrapał się na powietrze. Sam wspiął się tuż za nim, na wypadek, gdyby Shaw i Buck czekali w ukryciu, by skoczyć na Willa i znowu zacząć bijatykę. Jednakże wylazłszy na wierzch, nie dostrzegli ich nigdzie.
— Nie myśl o nich, Willu — powiedział Tay Tay. — Tylko siądź sobie w cieniu i ostygnij.
Podeszli pod dom i zasiedli w cieniu. Will nadal był zły, ale już gotów dać spokój, chociaż ostatni cios należał do Bucka. Im prędzej wróci do Scottsville, tym bardziej będzie zadowolony. W ogóle by tu nie przyjeżdżał, gdyby Rozamunda i Jill tak go nie prosiły. Teraz zapragnął wrócić do Doliny i pogadać z kolegami przed piątkowym zebraniem miejscowej organizacji związkowej. Zawsze robiło mu się trochę mdło na widok gołej ziemi, uprawnych czy leżących odłogiem pól, na których nie można było wypatrzeć ani śladu fabryki czy przędzalni.
— Chyba nie chcesz zaraz wyjeżdżać, prawda, Willu? — zapytał Tay Tay. — Mam nadzieję, że ci to nie w głowie?