mundury
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- - Ale nikt nie wspominał o poprzednich badaniach geologicznych...
- Quo Vadis-Henryk Sienkiewicz, quovadis56warstwą świeżego piasku...
- doznanego uszczerbku, zob...
- 7
- Nie była wielką artystką, miała jednak w sobie to coś, co od wieków inspiruje twórców...
- xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxc
- \par chrze\'9ccija\'f1skich w Egipcie...
- File 100KB long...
- uśmiechu
- Nie mogłem pojąć, jak to się stało, gdy nagle z przeciwnej strony wypadł na mnie mój ordynans i zasypawszy mnie gradem płynących z serca powinszowań wyłożył mi...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Większość obowiązków wykonywali przy domowych terminalach. Nie
zaniedbywali mnie jednak. Matka była bardzo miła i do wielu rzeczy można ją było nakłonić
podstępem. Ojca rzadziej udawało mi się oszukać, ale więcej było z nim zabawy. Któreś z
nich zawsze było w domu i po szkole spędzali ze mną wiele czasu. Ja jednak chciałem, by
było go więcej. Może jakoś przeczuwałem, że stracę ich i niedługo już będziemy razem.
Bardzo mi ich potem brakowało. Nadal brakuje. Ale tak czy owak - rzekł, potrząsając głową
w daremnej próbie odpędzenia wspomnień - pańscy koledzy po fachu uznawali mnie za
samolubnego, skłonnego do podstępów czterolatka. Poniekąd normalne dziecko.
Braithwaite pokiwał głową.
- Trauma wywołana utratą rodziców w tak wczesnym dzieciństwie potrafi wracać
przez długie lata. Zginęli w katastrofie ślizgacza, którą pan zdołał przeżyć. Ile pan pamięta z
tego wypadku? I jakie były pańskie odczucia, wtedy i teraz?
- Pamiętam wszystko - odparł Hewlitt, pragnąc, żeby porucznik zmienił temat na
mniej bolesny. - Wówczas nie wiedziałem, co się dzieje, ale później ustaliłem, że byliśmy nad
wielkim obszarem dżungli. Rodzice udawali się na tygodniową konferencję w mieście po
drugiej stronie Etli. Lecieliśmy niewielką maszyną, na wysokości pięciu tysięcy stóp, gdy
nagle doszło do rozległej awarii. Ślizgacz zaczął spadać, ale upłynęło kilka minut, zanim
uderzył w drzewa. Matka przeszła na tylne siedzenie, gdzie było moje miejsce, i niemal
owinęła się dokoła mnie. Ojciec próbował odzyskać kontrolę nad sterami. Uderzyliśmy na
tyle mocno, że konary przebiły spód maszyny. Wtedy zemdlałem. Gdy znaleziono nas
następnego dnia, rodzice nie żyli, ja zaś byłem cały i zdrowy.
- Miał pan szczęście - rzekł cicho psycholog. - O ile można nazwać tak sytuację, w
której dziecko traci rodziców.
Hewlitt nie odpowiedział i po chwili porucznik znowu się odezwał.
- Wróćmy do tego drzewa, na które pan się wspiął, albo uważa, że to zrobił, i do
owocu, którego zjedzenie miało pana przyprawić o ból żołądka. Czy podobne objawy wróciły
jeszcze, przed katastrofÄ… lub po niej?
- Po co mam odpowiadać, skoro i tak uważa pan, że sobie to wymyśliłem?
- Jeśli to panu pomoże, mogę powiedzieć, że nie zdecydowałem jeszcze, co o panu
myśleć - odparł Braithwaite.
- No dobrze - mruknął Hewlitt, czując, że i tak traci tylko czas. - Przez pierwsze dni
po upadku do rozpadliny mdłości wracały, ilekroć coś zjadłem. Nie było to jednak dotkliwe.
Z czasem nawroty osłabły i stały się bardzo rzadkie, w końcu zaś całkiem ustały. Pojawiły się
ponownie na krótko po przylocie na Ziemię, ale to akurat mogło mieć związek ze zmianą
pożywienia i sposobów jego przyrządzania. Ani na Etli, ani na Ziemi nie udało się ustalić
przyczyn tych nudności. Wtedy właśnie po raz pierwszy usłyszałem o problemach
psychosomatycznych. Potem przez lata był spokój aż do chwili, gdy po raz pierwszy
spróbowałem syntetycznego jedzenia na Treevendarze. Zdarzyło się to wszakże tylko raz i
bez wątpienia wiązało z moją bujną wyobraźnią.
Braithwaite ponownie zignorował sarkazm.
- Jest pan pewien, że to była gra wyobraźni czy może jednak niekoniecznie? Proszę się
zastanowić nad odpowiedzią.
- Jeśli wyobraźnia mnie zwodzi, nie chciałbym być jedynym, który o tym nie wie.
- Rozsądnie - rzekł Braithwaite. - Pamięta pan, jak wyglądało to drzewo, na które
wspiął się pan na Etli? I owoc, który pan zjadł?
- Wystarczająco, aby je narysować, chociaż nie jestem w tym dobry - powiedział
Hewlitt. - Chce pan, abym spróbował?
- Nie. - Psycholog pochylił się do komunikatora i jedną ręką wystukał krótki ciąg cyfr.
Na ekranie pojawił się emblemat Szpitala Kosmicznego. - Biblioteka, zasoby niemedyczne,
sterowanie głosowe, wynik na wizji i głosowo. Temat: byłe Imperium Etli, planeta Etla,
zwana ChorÄ….
- Proszę czekać - odezwał się bezosobowo biblioteczny komputer.
- Nie wiedziałem, że można w ten sposób połączyć się z biblioteką - powiedział ze
zdumieniem Hewlitt. - Myślałem, że to urządzenie daje dostęp tylko do kanałów
rozrywkowych i pielęgniarek w dyżurce.
- Bez odpowiednich kodów dostępu rzeczywiście nie można - wyjaśnił porucznik. -
Gdyby jednak zaczął się pan nudzić i miał ochotę coś poczytać, zdołałam załatwić panu