Mitch patrzył na jego wargi, ale niewiele słyszał...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Jeśli rodzice nie dadzą dziecku doświadczyć miłości, jeśli nie ujawnią swoim zachowaniem, że samo jego istnienie jest dla nich radością, dziecko odwróci od...
- 187moemy przyj jako zasad, e kady kraj wymieniony wrd owych affines lea na zewntrz granic tego pastwa, jako jego bok" (tatu] Kierujc si t zasad,...
- się krew we mnie rozgrzeje, zapomnę, żeś kobietą i piękną! Zaprawdę, mogę ujrzeć tylko szpiega, co tym dla mnie wstrętniejszy, że jego panem Rzymianin!...
- – Nie masz powodu, by kochać którekolwiek ze swych rodziców, Gwydionie – powiedziała Morgiana i jej dłoń zacisnęła się na jego ręce, ale zadziwił...
- I nagle, jakby zmysły postradał, porwał się z siedzenia i chwyciwszy w obie ręce chudego dryblasa, co kawę roznosił i węgle do fajek, począł głową jego tłuc o...
- Popatrzył na mnie, niemal widziałem trybiki obracające się pod jego czaszką i nagle twarz mu pobielała, oko rozwarło się szeroko, a czoło zrosiły krople potu...
- klientów spośród ogółu klientów jego sklepu...
- Pomijajc bardziej szczegow analiz procesu sekularyzacji, omwiony zostanie sam pluralizm, a take proces jego nasilania si...
- 9 W książce tej termin „hitlerowski holokaust" odnosi się do wydarzeń historycznych, natomiast termin „holokaust" oznacza jego ideologiczne...
- WIANO WITEJ KINGI28Zaledwie trzynacie lat mia ksi Bolesaw, zwany pniej Wstydliwym, gdy panowie w jego imieniu rzdy sprawujcy, postanowili mu on...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Kiedy tamten mówił, on myślał o Kozinskim i Hodge’u, o młodych ładnych wdowach i dzieciach, które widział podczas pogrzebów.
Czarne Oczy odchrząknął.
- To poważna sprawa, Mitch. Ale my nie mamy nic do ukrycia. Jeżeli podejrzewają jakieś brudne sprawy, lepiej wykorzystaliby swój czas śledząc naszych klientów. My jesteśmy prawnikami. Możemy reprezentować ludzi, którzy igrają sobie z prawem, ale sami nie zrobiliśmy nic złego. To dla nas bardzo przykre i uciążliwe.
Mitch uśmiechnął się i rozłożył ręce.
- Co chcecie, abym zrobił? - zapytał z nutą oddania w głosie.
- Nic nie możesz zrobić, Mitch - powiedział Lambert. - Po prostu trzymaj się z daleka od tego faceta i uciekaj natychmiast, gdy tylko go zobaczysz. Choćby tylko spojrzał na ciebie, daj nam o tym od razu znać.
- Tak właśnie zrobił - zauważył lojalnie Avery.
Mitch sprawiał wrażenie bardzo zasmuconego.
- Możesz odejść, Mitch - powiedział Lambert - I pamiętaj, zawiadom nas niezwłocznie, gdyby znów próbowali.
DeVasher przechadzał się za swoim biurkiem, nie zwracając uwagi na wspólników.
- Kłamie. Mówię wam, że on kłamie. Ten skurwysyn kłamie. Wiem, że kłamie.
- Co widział twój człowiek? - zapytał Locke.
- Mój człowiek zobaczył coś innego. Troszeczkę innego. Powiedział, że McDeere i Tarrance weszli do sklepu z pewnego rodzaju nonszalancją. Nie było żadnej fizycznej przemocy ze strony Tarrance’a. Żadnej. Tarrance podszedł do McDeere’a, porozmawiali i obaj tak jakby dali nura do sklepu. Mój człowiek powiedział, że zniknęli gdzieś na tyłach sklepu i przebywali tam przez trzy, może cztery minuty. Wtedy drugi z naszych ludzi przeszedł obok sklepu, spojrzał i nic nie zobaczył. Musieli go na pewno zauważyć, bo w parę sekund później obaj wypadli ze sklepu, a McDeere zaczął pchać Tarrance’a i krzyczeć. Mówię wam, coś tu nie gra.
- Czy Tarrance złapał go za rękę i zmusił do wejścia do sklepu? - powoli, z naciskiem zapytał Locke.
- Do diabła, nie. I tu mamy problem. McDeere wszedł dobrowolnie. Kłamał mówiąc, że ten facet wciągnął go za rękę. Mój człowiek twierdzi, że zostaliby w środku dłużej, gdyby nie spostrzegli tamtego drugiego.
- Ale nie jesteś tego pewien - powiedział Nathan Locke.
- Nie jestem pewien, cholera. Nie zaprosili mnie do wnętrza sklepu.
Wspólnicy wpatrywali się w podłogę, DeVasher tymczasem wciąż chodził wielkimi krokami po pokoju. Wyjął z paczki papierosa i wsunął go między grube wargi.
Oliver Lambert przerwał wreszcie milczenie.
- Słuchaj, DeVasher, to bardzo prawdopodobne, że McDeere mówi prawdę, a twój człowiek się pomylił. To całkiem możliwe. Uważam, że McDeere pozostaje poza wszelkimi podejrzeniami.
DeVasher chrząknął i zignorował jego wypowiedź.
- Czy wiesz o jakichś spotkaniach od czasu tamtego w sierpniu? - zapytał Royce McKnight.
- Nie wiem o żadnych, co nie znaczy, że nie rozmawiali ze sobą, prawda? Nie wiedzieliśmy przecież także o tamtej dwójce, dopóki nie zrobiło się prawie za późno. Jest rzeczą niemożliwą, żeby obserwować każde ich posunięcie.
Spacerował tam i z powrotem wzdłuż swojego biurka i najwyraźniej myślał o czymś intensywnie.
- Muszę z nim porozmawiać - powiedział w końcu.
- Z kim?
- Z McDeere’em. Nadszedł już czas, abyśmy odbyli małą pogawędkę.
- O czym? - zapytał nerwowo Lambert.
- Pozwól, że ja się tym zajmę, dobrze? Nie wchodźcie mi w drogę.
- Myślę, że to trochę za wcześnie - zauważył Locke.
- A mnie to gówno, cholera, obchodzi, co ty myślisz. Gdyby takie błazny jak wy zajmowały się ochroną, to wszyscy dawno siedzielibyście w więzieniu.
Mitch siedział w swoim biurze i gapił się w ścianę. Czuł, że zaczyna go dręczyć migrena i było mu niedobrze. Ktoś zapukał do drzwi.
- Proszę wejść - powiedział cicho.
Avery zajrzał do środka i podszedł do biurka.
- Nie poszedłbyś na lunch?
- Nie, dzięki. Nie jestem głodny.
Wspólnik wsunął ręce do kieszeni spodni i uśmiechnął się ciepło.
- Słuchaj, Mitch, wiem, że się martwisz. Zróbmy sobie przerwę. Muszę jechać do centrum, mam coś ważnego do załatwienia. Może spotkalibyśmy się w klubie “Manhattan” o pierwszej. Zjemy razem lunch i pogadamy o wszystkim. Zarezerwuję dla ciebie limuzynę. Będzie czekała przed Gmachem za piętnaście pierwsza.
Mitch zdobył się na słaby uśmiech, tak jakby go to wzruszyło.
- Pewnie, Avery. Czemu nie.
- W porządku. Do zobaczenia o pierwszej.
Za piętnaście pierwsza Mitch wyszedł z budynku i podszedł do limuzyny. Kierowca otworzył drzwi i Mitch wsiadł do środka. W samochodzie ktoś na niego czekał.
Przysadzisty mężczyzna o łysej czaszce i obwisłej szyi siedział rozparty na tylnym siedzeniu. Wyciągnął rękę.
- Nazywam się DeVasher. Miło mi cię poznać, Mitch.
- Czy wsiadłem na pewno do właściwej limuzyny? - zapytał Mitch.
- Oczywiście, oczywiście. Odpręż się.
Auto wjechało na jezdnię i włączyło się w ruch uliczny.
- Czym mogę panu służyć? - zapytał Mitch.
- Możesz posłuchać przez chwilę. Musimy porozmawiać.