- Magrat?- Owszem...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Lecz przedsięwzięcie to przyniosło tak wielkie dochody, iż wkrótce sama Magrathea stała się najbogatszą planetą wszystkich czasów, a reszta Galaktyki...
- Magrat zerknęła na babcię...
- - Miałaś, owszem...
- doros z Chios (Diels, 70 A 19)...
- Należeli do partyi moich wujów, przeciwnej wielkiemu hetmanowi i dworowi...
- jako zakładnik, wszedł do miasta i postanowił go wykraść i zbiec do Judei; następnie korzystając z tego, że Kasjusz musiał spiesznie podążać przeciwko...
- z âźDziennika prywatnego Wiktora Nordmannaâ, materiał niepublikowany...
- N- ACETYLOCYSTEINAN-acetylocysteina (NAC) stanowi najczęstszą postać cysteiny i ma szczególne znaczenie w procesach odtruwania...
- 23 MyĹlaÂłem nie bez podstaw, Âże te okolicznoĹciowe pochlebstwa przeczytane na granicy zapewniÂłyby mi spokój na resztĂŞ podróÂży...
- Had just put pasta in bowl and poured jar of sauce on it when the phone rang again...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Coraz lepiej ci idzie z hipnotyzmem, trzeba przyznać.
***
Magrat machnęła wachlarzem i spojrzała na stojącego przy niej comte de Yoyo.
- La, sir - powiedziała. - Może mi pan przynieść jeszcze talerz jajek skowronka. Jeśli pan naprawdę musi.
- Natychmiast, dziecinko.
Staruszek pomknął w stronę bufetu.
Magrat zmierzyła wzrokiem armię swych admiratorów i leniwie wyciągnęła rękę w stronę kapitana de Vere z gwardii pałacowej. Kapitan stanął na baczność.
- Drogi kapitanie - powiedziała. - Owszem, mogę pana zaszczycić następnym tańcem.
***
- Zachowuje się rozpustnie - stwierdziła z dezaprobatą babcia.
Niania zerknęła na nią dziwnie.
- Wcale nie - odparła. - Zresztą odrobina rozpusty jeszcze nikomu nie zaszkodziła. A przynajmniej żaden z tych mężczyzn nie wygląda na Duca. Zaraz, co ty tu robisz?
Ostatnie zdanie skierowała do niskiego, łysego człowieczka, który usiłował dyskretnie rozstawić przed nią małe sztalugi.
- Tego... Czy panie zechciałyby nie ruszać się przez kilka minut? - spytał nieśmiało. - Do drzeworytu?
- Jakiego drzeworytu? - zdziwiła się babcia.
- No, wiecie panie - odparł, otwierając mały scyzoryk. - Po takim balu każdy lubi oglądać swoje drzeworyty w gazetach. „Lady Jakaś bawi się żartem lorda Jakmutam” i takie rzeczy?
Babcia Weatherwax otworzyła usta, by odpowiedzieć, ale niania Ogg delikatnie położyła jej dłoń na ramieniu. Babcia uspokoiła się trochę.
- Znam żart o alejgatorach - powiedziała i strząsnęła rękę niani. - Był taki lew i żaba, a kiedy lew wygłosił mowę, żaba mówi do aligatora „Słyszałeś? Lepiej stąd idź”.
Spojrzała tryumfalnie.
- Tak? - spytał rzeźbiarz, szybko wycinając klocek. - I co się działo potem?
Niania Ogg pospiesznie odciągnęła przyjaciółkę.
- Niektórzy ludzie zupełnie nie znają się na żartach - stwierdziła babcia.
Orkiestra zaczęła nową melodię. Niania Ogg sięgnęła do kieszonki i znalazła karnecik należący do właścicielki sukni, w tej chwili śpiącej spokojnie w dalekiej komnacie.
- Kto to jest... - odwróciła karnet, bezgłośnie poruszając ustami. - Kto to jest ten Kadryl?
- Madam...
Babcia obejrzała się. Za nią stał z pochyloną głową pulchny, wąsaty mężczyzna w mundurze. Wyglądał, jakby w swoim czasie bawił się całkiem licznymi żartami.
-Tak?
- Obiecała pani zaszczycić mnie tym tańcem.
- Nic podobnego. Mężczyzna zdziwił się.
- Ależ zapewniam panią, lady d’Arrangement... pani karnet... Jestem pułkownik Moutarde...
Babcia przyjrzała mu się podejrzliwie, po czym zajrzała do karnetu przywiązanego nitką do wachlarza.
- Och...
- Umiesz tańczyć? - szepnęła niania.
- Oczywiście.
- Nigdy nie widziałam, żebyś tańczyła. Babcia Weatherwax zamierzała właśnie odmówić pułkownikowi jak najuprzejmiej. Teraz jednak wyprostowała się dumnie.
- Czarownica potrafi wszystko, jeśli tylko się skupi, Gytho Ogg. Chodźmy, panie pułkowniku.
Niania obserwowała, jak znikają wśród tancerzy.
- Witaj, lisiczko - odezwał się jakiś głos za jej plecami. Obejrzała się. Nikogo nie było.
- Na dole.
Spojrzała w dół.
I zobaczyła bardzo małe ciało w mundurze kapitana gwardii pałacowej, w pudrowanej peruce i z przymilnym uśmiechem.
- Nazywam się Casanunda - powiedział. - Znany jako największy kochanek na świecie. Co ty na to?
Niania Ogg zmierzyła go wzrokiem, co w tym wypadku trwało całkiem krótko.
- Jesteś krasnoludem - zauważyła.
- Wielkość się nie liczy.
Niania Ogg rozważyła sytuację. Jedna z koleżanek, znana ze swej nieśmiałości i skromności, zachowywała się obecnie jak... jak jej było... ta pogańska królowa, która stale uwodziła mężczyzn, kąpała się w oślim mleku i w ogóle, a druga zachowywała się dziwnie i tańczyła z mężczyzną, choć nie odróżniała jednej stopy od drugiej. Niania Ogg uznała, że jej też się coś należy.
- A umiesz tańczyć? - zapytała.
- Oczywiście. Może randka?
- Myślisz, że ile mam lat? Casanunda zastanowił się.
- No dobrze. Więc może spacer? Niania westchnęła i podała mu rękę.
- Chodźmy.
***
Lady Volentia d’Arrangement szła chwiejnie korytarzem - smętna, chuda sylwetka w skomplikowanym gorsecie i długiej do kostek halce.
Nie była pewna, co się właściwie stało. Pamiętała tę straszną kobietę, potem uczucie absolutnej rozkoszy, a później... siedziała na dywanie bez sukni. Lady Volentia w swym nudnym życiu bywała na licznych balach i wiedziała, że czasem kobieta budzi się w obcym pokoju bez sukni. Ale zwykle działo się to wieczorem i przynajmniej miała pojęcie, skąd się tam wzięła...
Sunęła przed siebie, opierając się o ścianę. Stanowczo ktoś musi się o tym dowiedzieć.
Jakiś człowiek wyszedł zza rogu. Jedną ręką niedbale podrzucał w powietrze indyczą nogę, a drugą ją łapał.
- Chwileczkę! - zawołała lady Volentia. - Czy zechciałbyś uprzejmie... och...
Zobaczyła kogoś w czarnej skórze, z opaską na oku i z uśmiechem godnym korsarza.
- Mrrauu!
- Ojej!
***