Lecz Gardel ponad wszystko lubił bawić się na swój sposób, między swymi, w swoim kółku...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Bóg to radość, Bóg to szczęśliwość, Bóg to zdrowie, Bóg to swoboda, Bóg to przyjemność, Bóg to wygoda i wszystko, co najlepsze...
- Ulice Mardecin wybrukowane były granitowymi płytami, wytartymi przez całe pokolenia stóp i kół wozów, wszystkie zaś budynki zbudowano albo z cegły, albo z...
- Od strony ulicy prawie wszystkie bary oraz mniejsze sklepy zamiast ścian miały różnego rodzaju żaluzje, które usuwano całkowicie lub rolowano na czas otwarcia...
- Wszystko zaczyna się bardzo prosto, bo system liczbowy Majów jest całkiem prosty: jedynkę oznaczali kropką, dwójkę dwiema kropkami- i tak dalej...
- Wszystkie typy pracy wymagają od człowieka umiejętności współpracy z innymi, organizowania własnej pracy, radzenia sobie ze stresem, nawiązywania kontaktu,...
- Kramy po obu stronach ulic by³y zbudowane wszystkie wed³ug wzoru i nieomal tej samej wielkoœci, a przed ka¿dym sklepem rozpiêty by³ parasol z p³ótna ¿aglowego,...
- „Jakie to miłe, że wszystko, na co tylko mamy ochotę, możemy zanieczyścić pewnymi substancjami, takimi jak: tlen, ozon, azot, argon albo parą czy jakąś biotą...
- Jest to przede wszystkim wyraz błagania… a jednak czai się w nim podejrzenie! Ach, do licha z tymi podejrzeniami! Gdybym chciał o nim rozpowiadać, zrobiłbym to już...
- Grobstein Ruth, Wszystko o raku piersi FAKTY, KTÓRE POWINNAÂ ZNAå, I PYTANIA, KTÓRE MO˚ESZ ZADAå 37 • Skoro us∏ysza∏aÊ takà diagnoz´,...
- W przypadku zabjstw pod wpywem silnego wzburzenia, usprawiedliwionego okolicznociami, zabjstwo ma przede wszystkim charakter agresji emocjonalnej -i czsto w...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
W owym czasie istniał w Paryżu kabaret pod nazwą «Palermo» na rue de Clichy, do którego uczęszczali prawie wyłącznie południowi Amerykanie... Tam go poznałam. Wprawdzie Gardeł interesował się wszystkimi kobietami, lecz mnie nie interesowało nic poza kokainą... i szampanem. Zapewne, że mile łaskotało mą kobiecą próżność pokazywanie się w Paryżu z człowiekiem dnia - ale nie mówiło to nic memu sercu.
Nastąpiły inne noce, inne przechadzki, inne zwierzenia pod bladym paryskim księżycem, pośród kwitnących łąk; wzmocniły one naszą przyjaźń; nastał okres romantycznego zainteresowania. Mężczyzna ów zaczął wkraczać do mej duszy. Jego słowa były z jedwabiu, jego zdania powoli wykuwały szczerbę w skale obojętności. Oszalałam dla niego. Moje mieszkanie, luksusowe, lecz smutne, nagle napełniło się światłem. Przestałam chodzić do lokali. W moim pięknym popielatym salonie, przy blasku elektrycznych lamp, złotowłosa główka z ufnością tuliła się do stanowczej, ciemnej twarzy. Błękitna alkowa, która znała wszystkie tęsknoty mojej zagubionej duszy, zmieniła się w prawdziwe gniazdeczko miłości. Była to moja pierwsza miłość.
Czas frunął, szybki i ulotny. Nie wiem, ile minęło dni czy tygodni. Egzotyczna blondyna, która zdumiewała Paryż swoimi ekstrawagancjami, swoimi toaletami derničre cri (sic!), swoimi przyjęciami składającymi się wyłącznie z kawioru i szampana - zniknęła.
W wiele miesięcy później odwieczni bywalcy «Palerma», «Floridy» i «Garonu» dowiedzieli się z łamów prasy, że jasnowłosa dwudziestoletnia tancerka o błękitnych oczach doprowadza do szału paniczyków argentyńskiej stolicy swoimi zwiewnymi tańcami, swą wyuzdaną rozpustą i niebywałą gracją swojej zaledwie rozkwitającej młodości.
Była to Yvonne Guitry.”
(Etc.)
La Escuela Gardeleanta Wydawnictwo „Cisplatina”, Montevideo
(49)
112
MORELLIANA
Poprawiam właśnie opowiadanie, które chciałbym uprościć tak, aby było możliwie jak najmniej literackie. Jest to przedsięwzięcie od samego początku rozpaczliwe. Przy powtórnej lekturze od razu wyskakują niedopuszczalne zdania. Ktoś znajduje się na piętrze: „Raymond zaczął schodzenie”. Przekreślam i piszę: „Raymond zaczął schodzić”. Porzucam czytanie, aby po raz nie wiem który zastanowić się nad moją niechęcią do „literackiego” języka. „Przystępowanie do schodzenia” nie ma samo w sobie nic złego, poza napuszonością. Przecież „zacząć schodzić” oznacza zupełnie to samo, tyle że surowiej, bardziej prozaicznie (ograniczając się do samej informacji), podczas gdy tamta forma usiłuje połączyć przyjemne z pożytecznym. Właściwie w tym pierwszym sformułowaniu drażni mnie dekoracyjne połączenie czasownika z rzeczownikiem; czyli że razi mnie literacki język (oczywiście dotyczy to tylko moich utworów). Dlaczego?
Jeżeli wytrwam w tym postanowieniu, które zresztą straszliwie zubaża wszystko, co piszę w ostatnich czasach, niezadługo poczuję się niezdolny do sformułowania najprostszej myśli, do stworzenia najprymitywniejszego opisu. Gdybym robił to wszystko z tych samych przyczyn co lord Chandos u Hofmannsthala, nie byłoby powodu do skarg, jeżeli jednak niechęć do retoryki (bo w gruncie rzeczy o to idzie) spowodowana jest jakimś słownym wyjałowieniem idącym w parze z wysuszeniem organicznym, wtedy z pewnością należałoby raz na zawsze skończyć z pisaniem. Odczytywanie tego, co ostatnio napisałem, nudzi mnie. Równocześnie jednak za tym ' dobrowolnym ubóstwem, za tym „zaczęciem schodzenia”, które zastępuje „przystąpienie do schodzenia”, miga coś, co mi dodaje odwagi. Piszę bardzo źle, ale coś przez to prześwieca. Dawny mój „styl” był lusterkiem dla czytelnika-skowronka. Patrzył w nie, bawił się nim, jak publiczność, która czeka i poznaje repliki Salacrou albo Anouilha i bawi się nimi. O ileż łatwiej jest tak pisać, niż pisać (prawie nie-pisać) tak, jak chciałbym teraz, bez dialogu ze zwykłym czytelnikiem i bez spotkania, a tylko z nadzieją na pewien dialog z pewnym określonym i odległym czytelnikiem. Rzecz oczywista, że jest to problem natury moralnej.