- Jakkolwiek będzie - powiedział do Kathi Logan i do każdego, kto go słuchał - zamierzam stanąć w słońcu tak, aby to przeszkadzało tym ludziom w odszukaniu mnie...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- – Nie masz powodu, by kochać którekolwiek ze swych rodziców, Gwydionie – powiedziała Morgiana i jej dłoń zacisnęła się na jego ręce, ale zadziwił...
- — Siadaj, chłopaku — powiedział dowódca...
- – Zgadzam się – powiedziała nie ociągając się Colette...
- — Tego kuśnierza mogłabyś lepiej pamiętać, skoro zetknęłaś się z nim osobiście — powiedziałam z niezadowoleniem i naganą...
- — Chce pan powiedzieć, że rurę założono, kiedy nie było jeszcze krateru ani tego wąwozu? — spytałem...
- Zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, w wieży nad nimi zadzwonił dzwon; brzmiał przeraźliwie głośno i nisko - jak żaden inny, które słyszała Miriamele...
- — To jest możliwe, ale raczej nieprawdopodobne — powiedział Ulath...
- – Nie masz mi nic do powiedzenia – odparł, nie potrafiąc ukryć pobrzmiewającej w jego głosie konsternacji...
- – Powinniśmy się stąd wynosić, nim orki zaczną przetrząsać te ruiny – powiedziała Isaan...
- „Tak, Panie — powiedziałem — lecz z całą pewnością cierpienie jest złe”...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Robiliśmy tak w czasie drugiej wojny światowej. Z tego miejsca będę widział drzwi wychodzące na dach i drzwi do szybu windowego. Od kiedy tu przybyłem, poznałem ten budynek lepiej niż większość ludzi.
- Joe, chcę żebyś żył.
- Mówiłaś już to.
Zebrał wszystkie pasy od toreb. Tym razem zamierzał przyczepić je do swoich szelek od kabury. Jego nogi były zupełnie do niczego. Musi to zrobić w takim stanie, w jakim był. Szczur w pułapce odgryzłby sobie nogę, gdyby to pozwoliło mu się uwolnić.
Zdjął pasy od kabury i rzucił je na dach. Nic z tego nie wyjdzie. Jeśli nie wyliczy wszystkiego dokładnie, to zginie. Zginie też, jeżeli zostanie na dachu. Jednak nie mógł ponownie zaufać zanikom od pasów, zwłaszcza że tym razem musiałyby przyjąć jego ciężar nagle. Miał mniej niż pół godziny, żeby znaleźć rozwiązanie.
- Al, jesteś tam jeszcze?
- Tam, gdzie zawsze.
- Kathi, zostań na linii. Al, chcę mówić z Vince'em Crane'em.
- Przykro mi, ale to niemożliwe.
- Czemu, u diabła, niemożliwe?
- Nie ma go tutaj. Nie denerwuj się, dobrze?
Leland potrzebował kilku chwil, żeby zrozumieć, że Crane nie żyje. Policją znowu dowodził Dwayne Robinson. To on wymyślił lądowanie na dachu - i jeśli Leland zginie przy tym, nie zmartwi to szczególnie Robinsona. Włączył guzik nadawania.
- Al, jak się nazywa oficer dowodzący teraz tą operacją? Chcę, żeby to zostało nagrane.
- Joe, nie musisz nam więcej pomagać. Dosyć już zrobiłeś.
- Podaj to nazwisko.
- Kapitan Dwayne T. Robinson. Słuchaj, Joe, znajdujemy się tu pod okropnym naciskiem.
- Nie kiwaj mnie, dobra? Cały czas urządzasz pogawędki, a Vince Crane nie żyje. Powiedz mi, jaka jest sytuacja na ulicy.
Ruszył w stronę wieży z szybem windowym. Jego lewa noga kompletnie zdrętwiała, a krzyż rwał od bólu. Jeśli na dachu są węże strażackie, to powinny być mniej więcej w tym samym miejscu, co na dole.
- Al, powiesz mi jaka jest sytuacja na dole, czy nie?
- Panie Leland? - Jakiś nowy głos, wyjątkowo wyraźny i czysty.
- Kto mówi?
- Nieważne. Mam tutaj taką małą stację o wystarczająco dużej mocy, żeby nagłośnić całą Kanadę. Pokazywali ulicę w telewizji. Garaż jest pokryty materiałami wy6uchowynii.
Leland miał pewien pomysł.
- Chcesz się do tego przyłączyć?
- Z przyjemnością.
- Słyszysz mnie wyraźnie?
- Kurczę, mam pana w stereo. Gdyby faceci z Federalnej Komisji Telekomunikacyjnej zobaczyli mój sprzęt, to kazaliby mi go zjeść.
Leland uśmiechnął się.
- Nie są wcale tacy wszechpotężni.
- Joe, tu mówi Dwayne Robinson. Chcę, żebyś się z tego wycofał, i to już! Zajmujesz się tym całą noc i masz już dosyć.
- Mam zamiar spełnić mój obowiązek - odparł Leland.
- Joe, znajdź sobie jakąś kryjówkę. - Znowu Al Powell. - Zrobiłeś więcej, niż do ciebie należało. Postaw się choć na chwilę w naszej sytuacji.
- Właśnie to mam na myśli.
Znalazł wąż strażacki w metalowym pudełku, ale był on zbyt ciężki, żeby go przenieść. Musiał go rozwinąć i dostać się do tulei łączącej wąż z dopływem wody. Jaką długość miał wąż? Czterdzieści stóp? Był tak gruby, że Leland nie zdołałby go przeciąć, nawet gdyby chciał.
- Kathi?
- Tak, Joe?
- Powiedz mi, jeśli nie możesz już tego znieść.
- Powiedzieli, że lecą tam z kamerami. Już ruszyli.
Rozciągnął wąż na całą długość.
- Hej, ty, z za dużym nadajnikiem. Jak się nazywasz?
- Taco Bili, Powiedziałbym ci, co to znaczy, ale słuchają nas dzieciaki.
Jakiś nowy głos.
- Joe, tu mówi Scott Bryan z wiadomości KXAG. Myślę, że chciałbyś wiedzieć, że kościoły na całym wschodzie są wypełnione.
Tuleja łącząca była zaciśnięta i musiał kilka razy uderzyć w nią kolbą karabinu.
- Och, Bryan. Będę ci wdzięczny, jeśli zostaniesz zdala od tego kanału.
- Trzymamy za ciebie kciuki.
- Trzymaj się, kurwa, z dala od tego.
Musiał przejść dwa razy, żeby przeciągnąć wąż na .krawędź dachu. Za kwadrans szósta. Nie ułatwi życia Małemu Tony'emu. Gdyby przesunął się o jakieś dziesięć, piętnaście, stopni w stronę północną, mógłby łatwo kryć obie pary drzwi. Wystarczy, że wyciągnie ich trochę bardziej na zewnątrz - chociaż nie mógł mieć żadnej pewności, czy to się uda. Siedzieli zbyt cicho. Przejrzeli jego grę.
Leland musiał sprawdzić coś jeszcze, a to wymagało wejścia na konstrukcję podtrzymującą napis KLAXON. Od pół godziny starał się o tym nie myśleć i teraz, gdy nie mógł już tego dłużej odwlekać, czuł narastającą wściekłość. Nie był pewien, czy w ogóle
uda mu się wejść na napis, a to, co zaplanował, wymagało dwu- albo i trzykrotnego wdrapania się na konstrukcję.
Podciągnął się na rękach. Czterysta stóp. Nad ulicą unosił się dym. Uprzątnięto ciało oficera, ale pobojowisko przypominało wojnę. Wysunął się jeszcze bardziej - jego głowa i ramiona zawisły nad ulicą. Kiedy ostatnim razem starał się skalkulować odległość, pomylił się o sześć, osiem stóp. Warunki były inne, ale wcale nie łatwiejsze. Musiał obliczyć odległość, łuk, po jakim będzie leciał, i odmierzyć odpowiednią długość węża. Jeśli umocuje go porządnie, to na pewno nie spadnie. Może jedynie zawisnąć nad ulicą, jak nagroda na strzelnicy za trafny strzał.
Najważniejsze będą pierwsze chwile. W tych warunkach powinien stoczyć się z dachu. Będzie przypuszczalnie wirował na wężu. Miał jedynie nadzieję, że rozpęd poniesie go z powrotem w stronę budynku. Aha, powinien jeszcze zastanowić się nad sytuacją, gdy wyląduje na czterdziestym piętrze. Jak tylko zacznie się akcja, będzie tam bezpieczny. Chyba że ktoś się połapie, co się z nim stało, i znowu zmusi do walki o życie.