i osiem paryskich denarów każda, iż dukat z półksiężycem wart jest trzydzieści sześć jedynek po dwadzieścia sześć solidów i sześć turskich...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Kazda z nas po trochu: ta, ktra lubi kuchnie, i ta, ktra jej nie lubi...
- Każda służba jest wyborem pomiędzy zagarnianiem ku sobie, a darzeniem, dawaniem ze siebie, a więc uczy miłości wedle podobieństwa do miłości Boga, czyli...
- Przed trzema laty, w wieku trzydziestu trzech lat, zanim zupełnie wypaliłem się jako psycholog, uciekłem na wcześniejszą emeryturę...
- Wyobraź sobie, że siedzisz w klasie z trzydziestoma innymi uczniami i nauczyciel zapyta, który z kolorów tęczy jest najładniejszy...
- ile e kada ydowi wyrzdzona krzywda albo obraza cigaa tam kar ustanowion przeciwobrazie szlachcica...
- Na obudowie modułu znajduje się osiem diod informujących o stanie modułu, pracy serwonapędów i komunikacji z nimi, port RS232 służący do aktualizacji...
- )' Kada goska ma swoj metodyk wywoania i logopeda-nauczyciel od--wiednio do moliwoci dziecka j stosuje...
- - Jestem tu od jakichś trzydziestu lat - powiedział cicho czarnoskóry mężczyzna...
- Już osiem dni panuję, czas rychło umyka – I ciągle sława niczym, wszystkim Bereniką...
- Gabriel, rozczarowany, uważał, że Aristos wart jest przynajmniej wzmianki...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Ubierał się dalej, bardzo zasmucony. Kiedy sznurował trzewiki, nawiedziła go pewna myśl,
lecz odsunął ją z początku, wróciła jednakże, aż włożył kamizelkę podszewką na wierzch, co
bywa niechybną oznaką gwałtownej wewnętrznej walki. Wreszcie cisnął stanowczym ruchem
czapkę o podłogę i zawołał:
– Trudno! Co będzie, to będzie! Pójdę do brata. Nie ominie mnie kazanie, ale i dukacik nie
ominie.
Przywdział spiesznie swój kaftan z szerokimi, podbitymi futrem rękawami, podniósł czapkę i
jak szalony wybiegł z domu.
Poszedł ulicą Harfy ku Cité. Kiedy mijał ulicę Huchette, cudowny zapach pieczeni z rożnów,
które się tam obracały bez ustanku, podrażnił jego węch, posłał więc miłosne spojrzenie
buchającej żarem i dymem niczym jaskinia Cyklopa gospodzie, która pewnego dnia wyrwała taki
oto patetyczny okrzyk z gardła franciszkanina Calatagirone: „Veramente, queste rotisserie sono
cosa stupenda”. Lecz Jan nie miał za co zjeść śniadania, z głębokim westchnieniem znikł więc
pod bramą Małego Châtelet – tej ogromnej podwójnej koniczyny z wież, która strzeże wejścia do
Cité.
Nie zatrzymał się nawet, by – jak to było we zwyczaju – cisnąć kamieniem w nieszczęsny
posąg owego Perineta Leclerc, który za Karola VI oddał Anglikom Paryż. Wizerunek jego z
obliczem zmiażdżonym kamieniami i umazanym błotem pokutował przez trzy stulecia za tę
zbrodnię na rogu ulicy Harfy i Buci, niby na wieczystym pręgierzu.
Jan Molendino przeszedł przez Mały Most, minął ulicę Św. Genowefy i znalazł się przed
katedrą Marii Panny.
A wówczas znów go ogarnęły wątpliwości i zaczął spacerować dokoła figury Szarego
Jegomości powtarzając z niepokojem w sercu:
– Kazanie pewne, dukat na wodzie pisany.
Zaczepił kościelnego, który wychodził z klasztoru:
– Gdzie jest wielebny archidiakon jozajski?
153
– Zdaje mi się, że jest w swojej skrytce w wieży – rzekł kościelny – i nie radziłbym wam go
niepokoić, chyba że przychodzicie od kogoś takiego jak papież albo nasz król miłościwy.
Jan klasnął w dłonie:
– Do stu czartów! Wspaniała okazja, żeby zobaczyć tę słynną czarnoksięską celę.
I tą myślą przekonany wszedł śmiało pod ciemne sklepienie niewielkich drzwi i zaczął piąć się
w górę po krętych schodach Św. Idziego, prowadzących na górne piętra wieży.
– Zobaczę! – powtarzał sobie po drodze. – Na wyprawkę Przenajświętszej Panienki, ciekawą
rzeczą musi być ta cela, której mój wielebny brat strzeże jak swojego pudendum. Powiadają, że
rozpala tam ogromny ogień pod piekielną kuchnią i gotuje na nim kamień filozoficzny. Na
czarcie pazurki! Tyleż mnie obchodzi kamień filozoficzny co i każdy kamyk przy drodze, i
wolałbym znaleźć w jego piecyku jajecznicę z wielkanocnych jajek ze słoninką niż największy
kamień filozoficzny, jaki tylko jest na świecie.
Wszedłszy na galerię kolumienek wytchnął nieco i wysłał nie kończące się schody do iluś tam
milionów fur diabłów; po czym powędrował wyżej przez wąskie drzwiczki w północnej wieży,
dziś zamknięte dla publiczności. Przeszedł obok klatki dzwonów i w kilka chwil później napotkał
niewielki podest umieszczony we wklęsłości bocznej ściany i niskie, ostrołukowe drzwi tuż pod
sklepieniem. Okrągłe okienko przebite po przeciwległej stronie w kolistej ścianie klatki
schodowej pozwoliło mu dostrzec ogromny zamek i potężne żelazne rygle. Osoby, które by dziś
znęciła ciekawość do obejrzenia tych drzwi, rozpoznają je po napisie wyskrobanym białymi
literami w czarnym murze: „UBÓSTWIAM KORALIĘ 1823 – PODPISANO: GENIO”,
„podpisano” znajduje się w tekście.
– Uff! – rzekł żak – to pewnie tu.