Dobe zbliżył się do tamtych i odpiął trzy pasy; Murzyn nie był uzbrojony...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Trzy dni wcześniej Besenval wydał zresztą polecenie, aby carych budowa rozpoczęła się z rozkazu przełożonego kupców ły proch — 215 baryłek —...
- — Trzy czwarte personelu medycznego i techników wie coś, co mogłoby się przydać wrogowi — przerwał mu ostro O’Mara...
- Tego dnia wrócił z wędrówki po mieście mnich, który doniósł, że trzy kilometry w dół autostrady urządzony został obóz dla uchodźców...
- - Nuria Monfort powiedziała mi, że pracownik kostnicy zadzwonił do wydawnictwa trzy dni później, kiedy ciało zostało już pogrzebane w zbiorowym grobie...
- UG Ze zbiorów „Wirtualnej Biblioteki Literatury Polskiej” Instytutu Filologii Polskiej UG 89 się podobno zbliżyć; nie zrozumiałem albowiem...
- 168Oprcz witaminy E, podawanej pacjentom trzy razy dziennie, drHaeger poleci im uprawia gimnastyk i zdecydowanie zabronipalenia...
- długopis Bic, trzy dziesięciocentówki, kwit parkingowy z LAX, żółtąsamoprzylepną karteczkę z adresem na Washington Boulevard...
- Przyszła odpowiedź z Infortechu, gdzie przez ostatnie trzy lata pracowała Kathy Voskuhl...
- uśmierzyć bizony, gdy klatki przez dłuższy czas pozostaną odkryte?Tymczasem orszak zbliżył się do pierwszej klatki, przy której trzymało...
- «Dlaczego więc ośmiela się podejść do kapłana za pierwszym razem, kiedy jest całkiem nieczysty, a za drugim razem – zbliżyć się nawet do...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Przewiesił je przez ramię i wrócił.
- Niech pan podejdzie do mnie tyłem.
Dobe posłuchał i ostrożnie obszedł konia. Kelland sięgnął wolną ręką po pasy i przerzucił je przez siodło. Potem wyciągnął Hyde'owi rewolwer z olstra i cisnął gdzieś daleko, w ciemność. Spojrzał na dwa konie, stojące przez cały czas obok domu.
- Niech pan wsiada na jednego z nich! - polecił. - Podjedzie pan na podwórze i zatrzyma się tam.
Wsunął karabin do olstra, a Dobe podszedł do konia i dosiadł go. Kelland zbliżył się do drugiego wierzchowca i przeciął nożem popręg. Dobe zatrzymał się właśnie, odwrócił w siodle i przesłał swoim ludziom jakiś sygnał. Kelland podszedł do gniadego i wskoczył na siodło, ściskając nogami zdobyte pasy. Następnie rozwinął lasso i zarzucił pętlę na Hyde'a.
- Niech pan wyciągnie ręce! - polecił, po czym zacisnął pętlę.
W ten sposób miał go na linie, zostawiając wolne ręce.
- Cofnąć się, pięćdziesiąt kroków w tył! - polecił pozostałym.
Powoli oddalili się od domu, stapiając się niemal z mrokiem. Majaczyli teraz jako niewyraźne cienie.
- Pognamy galopem, Dobe! - powiedział ostro Kelland. - Jeżeli pan zostanie w tyle, zawlekę pana na tej linie aż do Reservation.
Z siodła dostrzegł lampę stojącą na stole w środkowej izbie domu. Wyciągnął rewolwer i strzelił. Lampa eksplodowała jaskrawosinym snopem płomieni, a rozlana nafta, zostawiając za sobą ognisty ślad, spłynęła po stole na podłogę. Kelland odczekał chwilę, aż płomienie dojdą do leżących w kącie rupieci, po czym zawołał do Dobe'a:
- Jazda!
Od razu pomknął pełnym galopem, pociągając na lassie Hyde'a, który jeszcze się ociągał.
- Niech to diabli! Czekaj pan! - zawołał Hyde.
Przynaglił konia i pędzili teraz ramię w ramię wąską kotliną w stronę drogi. Ludzie Dobe'a rzucili się ku domowi, a potem wypadli z powrotem na zewnątrz.
Sekundę później rozległ się huk wystrzału, ale kula świsnęła gdzieś dalej, nie wyrządzając nikomu krzywdy. Byli już na drodze i mknęli dalej, aż dotarli do jakiegoś grzbietu. Tu wjechali w kanion. Tętent kopyt odbijał się głuchym echem od mrocznych ścian skalnych. Przed nimi błyskały dalekie światła rancza Sultana.
Koń Hyde'a został nieco w tyle i jeździec jęknął, pociągnięty gwałtownie przez lasso. Kelland zatrzymał się; Hyde przemknął obok niego, napinając linę.
- Mnie nie można chwycić na lasso! - zawołał porywczo i z nie tłumioną pasją. - Na Boga, przyjacielu Kelland! Zrobię wszystko, żeby ujrzeć pana wijącego się na ziemi!
Konie goniły resztkami sił, dyszały ciężko, a w ciszy nocy rozbrzmiewał wyraźnie tętent pogoni. Ludzie Hyde'a byli już w kanionie. Kelland rozmyślał gorączkowo. Nie mógł przecież ciągnąć Hyde'a w ten sposób aż do miasta. Mógł jeszcze ukryć się wśród przybrzeżnych wierzb albo udać się na grzbiet górski za ranczem Sultana, aby zmylić trop.
- Jazda! - krzyknął, przynaglając konia do galopu.
Ale koń Hyde'a przysiadł nagle na zadzie - rzecz rzadko spotykana u zajeżdżonego zwierzęcia! - i lina wyrzuciła Dobe'a z siodła. Runął na ziemię, potoczył się po piachu i wstał z trudem, próbując rozluźnić oburącz pętlę lassa.
- Zabiję pana za to! - krzyknął ochrypłym głosem.
- Jazda, Dobe! - polecił Kelland.
- Idź pan do diabła! - wrzasnął Hyde, walcząc nadal z liną.
Kelland dobył rewolwer, natarł koniem na Hyde'a i uderzył go lufą w głowę. Dobe zaczął osuwać się na ziemię, ale Kelland szarpnął za lasso, zeskoczył z konia i przerzucił Hyde'a przez siodło. Pasy potoczyły się na ziemię, nie było już jednak czasu, by je pozbierać. Dudnienie kopyt pogoni narastało coraz bardziej. Kelland wskoczył na siodło za Dobem i spojrzał za siebie: prześladowcy majaczyli w mroku, zbliżając się nieustannie. Zwrócił wzrok przed siebie, na światła rancza Sultana, i w tym momencie przypomniał sobie słowa Edith. Znowu przynaglił wałacha do galopu.
Odległość od ścigających wynosiła najwyżej pięćset metrów i zmniejszała się z każdą chwilą. Kelland pędził co tchu w stronę rancza. Byli już tuż przy werandzie, kiedy Hyde odzyskał przytomność i zaczął się opierać. W tym momencie otworzyły się drzwi i wysoka postać Buffa zasłoniła częściowo blask światła. Ktoś inny nadbiegł zza rogu, krzycząc:
- Kto to?
Kelland zeskoczył z siodła i pociągnął Dobe'a za sobą. Tamten bronił się i Kelland musiał uspokoić go ciosem w skroń. Kiedy wbiegał do domu, rozległ się huk wystrzału. Buff zatrzasnął za nim drzwi, a Hyde opadł na podłogę, usiłując poczołgać się na czworakach pod ścianę. Z nosa ciekła mu krew, ale kiedy odwrócił głowę, oczy zalśniły mu niesamowitym blaskiem; zgrzytnął zębami, krzycząc:
- I tak nie dotrze pan do miasta, przyjacielu!
Edith stała w jednym kącie, Buff przy stole. Właśnie gasił lampę, kiedy z drugiego pokoju wtargnął jeden z jego ludzi z karabinem w dłoni, a dziedziniec wypełnił się gwarem. Kula przebiła drzwi, ominęła Kellanda o szerokość dłoni i w tej samej chwili Buff odrzucił głowę do tyłu i jęknął boleśnie.