Do jego specjalnie faworyzowanych klientów należał ogniomistrz Werktreu, pan na magazynie mundurowym...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Jeśli rodzice nie dadzą dziecku doświadczyć miłości, jeśli nie ujawnią swoim zachowaniem, że samo jego istnienie jest dla nich radością, dziecko odwróci od...
- 187mo¿emy przyj¹æ jako zasadê, ¿e ka¿dy kraj wymieniony wœród owych affines le¿a³ na zewn¹trz granic tego pañstwa, jako jego „bok" (tatuœ] Kieruj¹c siê t¹ zasad¹,...
- się krew we mnie rozgrzeje, zapomnę, żeś kobietą i piękną! Zaprawdę, mogę ujrzeć tylko szpiega, co tym dla mnie wstrętniejszy, że jego panem Rzymianin!...
- – Nie masz powodu, by kochać którekolwiek ze swych rodziców, Gwydionie – powiedziaÅ‚a Morgiana i jej dÅ‚oÅ„ zacisnęła siÄ™ na jego rÄ™ce, ale zadziwiÅ‚...
- I nagle, jakby zmysły postradał, porwał się z siedzenia i chwyciwszy w obie ręce chudego dryblasa, co kawę roznosił i węgle do fajek, począł głową jego tłuc o...
- Popatrzył na mnie, niemal widziałem trybiki obracające się pod jego czaszką i nagle twarz mu pobielała, oko rozwarło się szeroko, a czoło zrosiły krople potu...
- Pomijaj¹c bardziej szczegó³ow¹ analizê procesu sekularyzacji, omówiony zostanie sam pluralizm, a tak¿e proces jego nasilania siê...
- 9 W książce tej termin „hitlerowski holokaust" odnosi się do wydarzeń historycznych, natomiast termin „holokaust" oznacza jego ideologiczne...
- WIANO ŒWIÊTEJ KINGI28Zaledwie trzynaœcie lat mia³ ksi¹¿ê Boles³aw, zwany póŸniej Wstydliwym, gdy panowie w jego imieniu rz¹dy sprawuj¹cy, postanowili mu ¿onê...
- Źródła w Antibes podają, że Jordana zatłuczono na śmierć zaledwie w kilka dni po jego weselu i po tym, jak wydostał pijaną bratową ze szponów portowego opryszka...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Za stale okazywaną mu wielkoduszność rewanżował się w ten sposób, że regularnie żądał przydzielania Ascha do pracy w magazynie mundurowym. Obaj zwykli byli zamykać się, żeby tygodniami w czasie oficjalnych godzin służby lekko pracować albo ciężko spać. W sobotę na naleganie Werktreua grywali przeważnie w "oczko".
Przy tej okazji bombardier Asch szachrował w bezwstydny sposób. Podawał fałszywe liczby, sumował prędko, ale za to błędnie, kładł na spód wysokie karty i gdyby tylko chciał, doprowadziłby Werktreua do ruiny. Ale nie chciał tego. Zdarzało się nawet nierzadko, że szachrował na korzyść ogniomistrza, chcąc sztucznie utrzymać jego dobry nastrój. Zanim przystąpili do gry, bombardier Asch zwykł był zastanawiać się, jak wysoka ma być wygrana, którą chciał obdarzyć ogniomistrza. Suma ta, zależnie od ilości spokojnych godzin, których Werktreu dostarczył mu w minionym tygodniu, wahała się między dwiema a pięcioma markami.
Ogniomistrzowi Werktreu nie wpadłoby nigdy w życiu do głowy, że ktoś, i to w dodatku jego podwładny, mógłby próbować oszukiwać go przy grze w karty. Po pierwsze, uważał siebie za niedoścignionego we wszystkich fintach, które ulubiona gra nastręczała, czego dowodem był fakt, że prawie zawsze wygrywał. Po drugie, był głęboko przekonany, że jest dzieckiem szczęścia; jego kariera wojskowa, która bez uciekania się do okrężnych dróg wysunęła go na króla magazynu mundurowego, była pasmem wyjątkowych sukcesów. Po trzecie, szachrował sam. Również bezwstydnie i nawet niezbyt zręcznie.
Bombardier Asch znosił to z łagodnym uśmiechem. Podał ogniomistrzowi czwartą kartę, wiedząc dokładnie, jaka to karta. Wedle jego obliczeń Werktreu musiał mieć teraz więcej niż dwadzieścia jeden, dokładnie - dwadzieścia pięć, więc partię przegrał.
Mrużąc oczki ogniomistrz pociągnął hałaśliwie nosem i splunął wielkim łukiem do stojącej w odległości trzech metrów skrzyni z piaskiem, umieszczonej tu na wypadek pożaru. Zastanawiał się głęboko, czy ma po prostu uznać się za pobitego, czy też jedną kartę jakoś ukryć.
Bombardier zapalił papierosa i przyglądał się z zainteresowaniem jednemu z napisów, który głosił: "palenie wzbronione". Pozostawił ogniomistrzowi chwilę czasu. Kiedy zauważył, że ten zamierza ukryć jedną kartę, zapytał przyjaznym tonem: - Czy pan ogniomistrz potrzebuje więcej niż cztery karty?
Werktreu nie miał teraz wątpliwości, że bombardier policzył rozdane karty; wściekało go to, ale nie mógł sobie pozwolić na okazanie swej wściekłości. Głowił się usilnie nad innymi możliwościami szachrajstw, ale w danej chwili nie mógł nic wymyślić. Nie chciał jednak jeszcze przyznać otwarcie, że partię przegrał.
Nagle w drzwi obite blachą ktoś zaczął gwałtownie pukać.
Werktreu skorzystał z tej sposobności i rzucił wszystkie karty na jeden stos.
- Kto tam? - zawołał. - Nie mam teraz czasu, jestem w trakcie roboty.
- Otwórz!
Bombardier poznał od razu głos szefa, ale nawet mu na myśl nie przyszło zwrócić na to uwagę ogniomistrzowi.
- Kto z nas rozdaje? - zapytał rzeczowo.
- Człowieku, otwórzże! - ryczał szef.
Poznając po ryku głos Schulza ogniomistrz spiesznie położył kres tym wrzaskom. - Wejdź! - powiedział koleżeńskim tonem i otworzył drzwi. - Właśnie sortujemy skarpetki.
Szef Schulz skinął z uznaniem głową. Spojrzał z wysoka na bombardiera Ascha, który karty i wszystkie pieniądze wpakował do kieszeni i robił wrażenie, że naprawdę sortuje skarpetki. - No? - zapytał - i któż przy tym wygrywa?
- Oczywiście ja! - bez wahania, z dumą odpowiedział Werktreu.
- Partyjkę - oświadczył Schulz protekcjonalnie - mógłbym z wami zagrać. - Po tych słowach usiadł na stosie płaszczy tuż obok bombardiera Ascha, zacierając energicznie ręce.
Ogniomistrz zamknÄ…Å‚ znowu drzwi, bombardier wyciÄ…gnÄ…Å‚ z kieszeni karty, szef rozpoczÄ…Å‚ grÄ™.
- Jeżeli mnie obłupicie, Asch - powiedział dobrotliwie - przyjaźń nasza będzie należała do odległej przeszłości.
- Tak jest, panie szefie - odparł bombardier. Nie był tą wizytą bynajmniej uradowany, wiedział dobrze, że ta podejrzana, hałaśliwa życzliwość szefa będzie go kosztowała dwie marki, najmniej dwie.
Szef wygrał pierwszą partię, potem drugą. Po piątej miał już wygrane cztery marki. Jego przygniatająca życzliwość wzmagała się coraz bardziej. W szóstej partii Asch wymienił dwie karty i Schulz przegrał trzy marki. W mgnieniu oka stał się znowu normalnym przełożonym.
- Mój drogi Asch - zapytał z łagodną groźbą w głosie - czy macie już swoją niedzielną przepustkę?
- Nie, panie szefie! - oświadczył Asch zwięźle i szybko dał wygrać Schulzowi dwie marki.
- Co porabia twoja żona? - zapytał szefa ogniomistrz Werktreu. Wpadł w złość, bo karta zupełnie mu nie szła. Schulz wygrywał partię za partią. Werktreu był całkowicie zdecydowany wziąć w tej szczęśliwej passie udział i dostatecznie niedoświadczony, by wierzyć, że osiągnie to przez skierowanie rozmowy na żonę starszego ogniomistrza.