do hotelu...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Kolejności zwiedzania miasta oczywiście nie pamiętam i nie ma ona wielkiego znaczenia, w każdym razie wieczorem, wykończona doszczętnie, jechałam do hotelu...
- latarni, po powrocie do hotelu była wyczerpana...
- 187możemy przyjąć jako zasadę, że każdy kraj wymieniony wśród owych affines leżał na zewnątrz granic tego państwa, jako jego bok" (tatuś] Kierując się tą zasadą,...
- Do mleczarni przychodzili zwykle po obiedzie, pijąc chętnie kwaśne mleko, które gasiło chwilowo pożar trawiący ich wnętrznościami...
- Podał mi kartkę papieru...
- Widziałem też ludzi, którzy jedli glinę - jakiś specjalny gatunek, która podobno robiła dobrze na krwawą biegunkę...
- Bambaren przenosił wzrok między trzynastkami...
- Bitwę można było uważać za wygraną, lecz do jej końca było daleko...
- - Ze mną tak nie było...
- - Co masz zamiar zrobić z tym Rosjaninem, Sanji? Czy jego też zabijemy, żeby im dać nauczkę?- Nie...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Postronny obserwator mógłby wyciągnąć wniosek, że nie po raz pierwszy ze
sobą pracują — przez cały czas zamienili ledwie kilka słów. Jeden z nich ubrany był z amerykańska, drugi trzymał w ręku czarny neseser.
* * *
Tego samego ranka doktor Henri Goldschmidt przyleciał do Kopenhagi sa-
molotem z Brukseli. Na lotnisku czekała na niego limuzyna z szoferem, który
zawiózł go do hotelu d’Angleterre.
Kiedy bawił w stolicy Danii, zawsze zatrzymywał się w tym właśnie hotelu;
kierownik czekał już w recepcji, by powitać znakomitego gościa i odprowadzić go do jego apartamentu. Sprawdziwszy, czy gościowi niczego nie brakuje, kierownik przekazał recepcji tę samą co zawsze instrukcję: gdyby ktokolwiek dopytywał się o doktora Goldschmidta, to nikt o takim nazwisku się u nich nie zatrzymał.
Numizmatyk z Brugii doskonale zdawał sobie sprawę, że Jules Beaurain i Lu-
iza Hamilton przebywają w tym samym mieście. Po ich ostatniej wizycie wezwał
natychmiast do siebie Fritza Dewulfa, Flamanda, który obsługiwał aparat foto-
graficzny w kamieniczce naprzeciwko Hoogste van Brugge 285.
— Fritz — powiedział — pojedziesz zaraz na lotnisko w Brukseli i znajdziesz
sobie, że tak powiem, odpowiednie lokum.
— Na kogo czekam?
114
— Na Julesa Beauraina i, być może, Luizę Hamilton. Znajdziesz ich fotografie w naszych aktach.
Za jedno z najważniejszych narzędzi w swoim fachu Pośrednik uważał ob-
szerną kolekcję zdjęć ludzi, którzy byli absolutnie pewni, że nigdy i nikomu nie udało się ich sfotografować. Zaopatrzony w odbitki Dewulf pojechał na lotnisko w Brukseli.
Musiał czekać wiele godzin. W tym czasie mógł sobie pozwolić tylko na kró-
ciutką przekąskę w bufecie i pod wieczór powieki szczypały go od nieustannego
wpatrywania się w ludzkie twarze. Wreszcie dostrzegł ich oboje, odprawiających się na samolot do Kopenhagi.
— Kopenhaga? — powtórzył Goldschmidt, kiedy Dewulf zadzwonił do niego
z tą informacją. — To naprawdę piękne miasto. Chyba pora znów je odwiedzić.
* * *
Beaurain zamówił duże śniadanie dla dwóch osób, po czym wezwał do siebie
Kellermana. Promienie słońca wlewały się przez szerokie panoramiczne okna do
zawieszonego wysoko ponad miastem pokoju, gdy obaj szybko pochłaniali posi-
łek i pili filiżanka za filiżanką parującą kawę. Ogrody Tivoli zdawały się rozciągać tuż pod nimi, choć w rzeczywistości zaczynały się dopiero kilka ulic dalej.
— Rozmawiałem z Monique — Beaurain poinformował Kellermana natych-
miast po jego wejściu. — Potwierdziła, że Henderson rozmawiał z nią przez ra-
diostację „Burzy Ognia”. Znaleźli Luizę na brzegu i zabrali szczęśliwie na pokład.
Wysadzą ją z powrotem jeszcze dzisiaj rano po skontaktowaniu się ze mną. Naj-
pierw jednak odwiedzimy nadinspektora Bodela Markera w komendzie głównej
policji.
— Nie bardzo rozumiem, co ma jedno z drugim wspólnego — powiedział
Kellerman z ustami pełnymi jajecznicy na bekonie.
— Nie mogę się zdecydować, czy Luiza ma czekać na nas w Helsingorze, czy
też wracać do Kopenhagi i dołączyć tutaj. Ten Helsingor może służyć wyłącznie
do odwrócenia naszej uwagi, odciągnięcia od miejsca, gdzie rzeczywiście coś się dzieje.
— Nie wydaje mi się — odparł Kellerman. — Kiedy Luiza dzwoniła wczoraj
wieczorem, powiedziała, że dojechała do Helsingoru tropem tamtej dziewczyny
sprzed recepcji. Wspomniała także o pasażerze, którym z powodzeniem mógł być
doktor Benny Horn, Duńczyk wymieniony przez Goldschmidta wśród trzech osób
kierujących Syndykatem. Już chyba tylko tych dwojga wystarczy, żeby tam poje-
chać.
115
Beaurain wytarł usta serwetką, rzucił ją na stolik i podszedł do okna.
— Furgonetka, Max — powiedział po chwili, przesuwając wzrokiem po pano-
ramie miasta. — Furgonetka z wielkim napisem Helsingor na bokach. Nic więcej, tylko nazwa miasta. To zbyt oczywiste, jak palec wskazujący nam drogę. W złym
kierunku.