Podał mi kartkę papieru...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Podniosła papierosa do ust i przypaliła go, ufając, że ten gest zaświadczy przed obydwoma mężczyznami o jej spokoju...
- Junowi Kato najdotkliwiej dokuczało wydzielanie papierosów...
- w rządowych papierach wartościowych, pozostaną nieopodatkowane...
- picópier-papier piegi opierwiastkowac´ pienia˛z˙ki opiórkowac´ pieprzycópowiadac´ bajki (ja)...
- Leia sięgnęła po kartkę z wynikami głosowania i skrzywiła się, kiedy poczuła ból wszyscy nowi senatorowie się z nim zapoznali...
- Otworzył szklane drzwi i podał legioniście przepustkę wejściową...
- nie powrotu do Kościoła po podpisaniu stosownych dokumentów...
- - Stregobor moze i sprawia wrazenie pomylonego, ale nie do tego stopnia...
- Zaczynamy zatem od wejrzenia w swoje serce i umysł...
- Gaudeamus igitur, juvenes dum sumus!Stosunek naszych chłopców do ich służbowych samochodów jest typowo lotniczy, to znaczymają oni w pogardzie...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Treść jej była następująca: „Tak jest. Doktor Sheppard prosił zostawić kartkę do pacjenta. Potem zadzwonić ze stacji z odpowiedzią. Odpowiedź brzmiała: «Bez odpowiedzi»".
- Bardzo sprytny pomysł - zauważył Poirot. - Rzeczywiście otrzymał pan telefon. Pana siostra mogła to poświadczyć. Ale treść rozmowy, jaką pan przeprowadził? Ba! na to mieliśmy tylko pańskie słowo.
ZiewnÄ…Å‚em.
- Wszystko to jest bardzo interesujące - odezwałem się - ale nie da się absolutnie udowodnić.
- Sądzi pan, że nie? Niech pan sobie przypomni, co powiedziałem: rano inspektor Raglan dowie się prawdy. Jednakże z sympatii dla pańskiej siostry jestem gotów dać panu inną drogę wyjścia. Może nastąpić na przykład wypadek. Nadmierna dawka środka nasennego. Pan mnie rozumie? Ale kapitan Ralf Paton musi być oczyszczony, ca va sans dire.[ To się rozumie samo przez się (franc.)] Proponuję, aby pan ukończył ten niezmiernie ciekawy rękopis, nie stosując jednak poprzedniej zasady zbytniej skromności.
- Widzę, że jest pan niesłychanie płodny, jeśli idzie o propozycje - zauważyłem. - Czy pan już skończył?
- Nie, skoro mi pan o tym przypomniał, to w istocie jeszcze jedna drobna sprawa. Byłoby z pańskiej strony wielką nieostrożnością próbować mnie uciszyć tak, jak pan uciszył Rogera Ackroyda. Ten sposób zupełnie zawodzi wobec Herkulesa Poirota, rozumie pan?
- Mój drogi panie Poirot - powiedziałem, uśmiechając się lekko. - Może mnie pan nazwać wszystkim, ale nie szaleńcem. - Wstałem. - Tak, tak - powiedziałem, lekko ziewając. - Muszę już iść do domu. Dziękuję za bardzo pouczający i interesujący wieczór.
Poirot również wstał i gdy wychodziłem z pokoju, skłonił mi się jak zwykle niezmiernie grzecznie.
XXVII
RozwiÄ…zanie
Godzina piąta rano. Jestem bardzo zmęczony. Właśnie skończyłem robotę. Ręka mnie boli od pisania.
Dziwne zakończenie mojego rękopisu. Któregoś dnia miałem zamiar ogłosić go drukiem jako opowieść o jednym z niepowodzeń Poirota. Dziwne, jak układają się wypadki.
Przez cały czas przeczuwałem jakieś nieszczęście. Od chwili gdy zobaczyłem panią Ferrars i Ralfa z nisko pochylonymi ku sobie głowami. Wtedy myślałem, że ona mu się zwierza. Myliłem się, teraz wiem, ale wówczas myśl o tym towarzyszyła mi nawet wtedy, gdy owego wieczoru szedłem z Ackroydem do jego gabinetu, do momentu, kiedy Ackroyd powiedział mi całą prawdę.
Biedny stary Ackroyd. Jestem szczęśliwy, że dałem mu szansę. Prosiłem, by przeczytał ten list, zanim okaże się za późno. Nie, może lepiej będę uczciwy wobec siebie: czyż podświadomie nie zdawałem sobie sprawy, że z takim uparciuchem jak on postępuję najlepiej? To był jedyny sposób, by nie odczytał tego listu. Zdenerwowanie Ackroyda było patologiczne i niesłychanie interesujące. A mimo to nie podejrzewał mnie ani na chwilę.
Myśl o sztylecie przyszła później. Miałem przy sobie inny bardzo poręczny instrument. Kiedy jednak zobaczyłem sztylet w gablotce srebrnego stołu, natychmiast przyszło mi do głowy, że znacznie lepiej użyć przedmiotu, którego nikt nie skojarzy z moją osobą.
Chyba od samego początku miałem zamiar go zamordować. Gdy tylko dowiedziałem się o śmierci pani Ferrars, nabrałem przekonania, że przedtem zwierzyła się ze wszystkiego Ackroydowi. Wtedy na ulicy wydawał się niesłychanie
podniecony. Pomyślałem sobie, że być może już poznał prawdę, ale trudno mu w nią uwierzyć, i zaprasza mnie, aby mi dać szansę udzielenia wyjaśnień.
Po powrocie do domu przedsięwziąłem więc środki ostrożności. Jeśli podniecenie Ackroyda spowodował jakiś wybryk Ralfa, to moje przygotowania nic by nikomu nie zaszkodziły. Dyktafon otrzymałem przed dwoma dniami do podregulowania. Coś się w nim zacięło i powiedziałem Ackroydowi, że spróbuję go zreperować. Zabrałem dyktafon do domu w mojej lekarskiej torbie.
Jestem zadowolony z siebie jako pisarza. Czyż można było na przykład lepiej to opisać: „List przyniesiono za dwadzieścia dziewiąta. Opuściłem gabinet za dziesięć dziewiąta - list jeszcze nie został odczytany. Zawahałem się chwilę, trzymając rękę na klamce, obróciłem się i zastanowiłem, czy powinienem był jeszcze coś uczynić".
Wszystko to odpowiada prawdzie. Ale przypuśćmy, że po pierwszym zdaniu wstawiłem szereg kropek! Czy ktoś by się zastanowił, co zdarzyło się w ciągu tych dziesięciu minut?
Stojąc potem w drzwiach, obrzuciłem wzrokiem gabinet. Byłem zadowolony. O niczym nie zapomniałem. Na stoliku pod oknem stał dyktafon nastawiony na godzinę dziewiątą trzydzieści (mechanizm tego małego urządzenia był bardzo sprytnie skonstruowany na zasadzie budzika), fotel odsunąłem, by przesłonić stolik od strony drzwi.