Czytali, notowali, coś tam szeptali i mamrotali...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Sączyłam drinka i czytałam dalej...
- Na podstawie wywiadu w 86'°/a przypadków ustalono działanie czynników patogennych, które mogły uszkodzić c...
- Z mieczem Gawaina natarł na Gwydiona, który natychmiast upadł w poprzek łoża, wyjąc i strasznie krwawiąc z wielkiej rany na plecach; po chwili, gdy do przodu...
- Postawiłem chłopca na ziemi, a on złapał mnie mocno za rękę...
- smarowano miodem i rozstawiano po kniei...
- <menubar name="Main Window" id="DWMainWindow"> <menu name="_File" id="DWMenu_File"> <menuitem name="_New" key="Cmd+N"...
- - Chcecie mnie opuścić? - spytał Winicjusz...
- Zresztą Rena i tak wolała słuchać o smokach, które były tematem dostatecznie bezpiecznym, nawet gdyby ktoś podsłuchiwał...
- wiadu Armii Krajowej na obszar Podhala...
- byłem bardziej przekonujący niż wobec sędziów, dobrze by to było...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- A wasz klient? - spytał Quince. - Ile mu wysłał?
Wes zrobił jeszcze bardziej posępną minę.
- Tego nie możemy powiedzieć.
No jasne. Ci gangsterzy nie mieli poczucia humoru.
Usiedli dopiero godzinę później. Quince wrócił za biurko i opadł na swój bankierski fotel.
- Jeszcze tylko kilka pytań - powiedział Chap.
No tak, pomyślał Quince. Czekała go kolejna godzina męczarni.
- Jak zarezerwował pan bilety na ten gejowski rejs?
- Wszystko jest w liście. Ricky podał mi nazwę i numer telefonu biura podróży w Nowym Jorku. Zadzwoniłem tam i wysłałem pieniądze. To było łatwe.
- Łatwe? Robił pan to już przedtem?
- Czy tematem tej rozmowy jest moje życie seksualne?
- Nie.
- W takim razie nie odbiegajmy od meritum. - Dobra, stanowcza odpowiedź. Odezwał się w nim prawdziwy bankier, bankier rozsierdzony. Nagle przyszła mu do głowy myśl, której po prostu nie mógł się oprzeć. - Rejs jest już opłacony - dodał z kamienną twarzą. - Może popłyniecie?
Na szczęście się roześmiali. Krótki przebłysk humoru i do rzeczy, panowie, do rzeczy.
- Nie chciał pan przybrać pseudonimu? - spytał Chap.
- Oczywiście, że chciałem, nie jestem głupi. Ale nigdy przedtem tego nie robiłem. Poza tym myślałem, że to uczciwy facet. On mieszka na Florydzie, ja w Pcimiu Dolnym w Iowie. Nie przyszło mi do głowy, że to oszust.
- Musimy to wszystko skserować - oznajmił Wes.
- No to mamy problem.
- Dlaczego?
- Gdzie z tym pójdziemy?
- Nie macie tu kserografu?
- Mamy, ale tutaj tego nie zrobicie, wykluczone.
- W takim razie może gdzie indziej, w jakimś zakładzie poligraficznym.
- Jesteśmy w Bakers, panowie. Tu nie ma zakładu poligraficznego.
- A sklep z artykułami biurowymi?
- Sklep jest, ale jego właściciel wisi bankowi osiemdziesiąt tysięcy dolarów i siedzi obok mnie na zebraniach Klubu Rotariańskiego. Odpada. Nie chcę, żeby mnie z tym zobaczył.
Agenci ponownie wymienili spojrzenia i popatrzyli na Quince’a.
- Dobra - zaproponował Wes. - Zrobimy tak: ja zostanę z panem, a Chap weźmie listy i pójdzie poszukać kserokopiarki.
- Niby dokąd?
- Do drogerii.
- Wiecie, że jest tu drogeria?
- Oczywiście. Przecież musieliśmy kupić pęsetę.
- Mają tam starego grata sprzed dwudziestu lat.
- Nie, kupili nową.
- Tylko ostrożnie, panowie, zgoda? Właściciel jest kuzynem mojej sekretarki. To bardzo małe miasto.
Chap wziął teczkę i podszedł do drzwi. Otworzył je z głośnym kliknięciem, a gdy przekroczył próg, natychmiast spojrzało na niego kilka par ciekawskich oczu. W sekretariacie tłoczyły się kobiety - starsze kobiety, które nie robiły nic, dopóki nie wyszedł z gabinetu. Wówczas zastygły bez ruchu, wbijając w niego wzrok. Nieco dalej stał Garbe senior z wielką księgą w ręku. Udawał, że coś w niej sprawdza, choć było widać, że zżera go ciekawość. Chap skinął im głową i ruszył do wyjścia, mijając po drodze dosłownie wszystkich pracowników banku.
Klik! Quince czym prędzej zamknął drzwi, żeby nikt nie zdążył wtargnąć do gabinetu. Przez klika minut gawędzili z Wesem o tym i owym, czyli o niczym. Rozmowa się nie kleiła, a chwilami niemal zupełnie zamierała, ponieważ nie mieli żadnych wspólnych tematów. Połączyła ich sprawa zakazanego seksu, a tego tematu woleli unikać. Życie w Pcimiu Dolnym Wesa nie interesowało, a Quince nie mógł go o nic wypytywać.
Lecz w końcu musiał coś powiedzieć.
- Co mam napisać w liście do Ricky’ego?
Wes natychmiast się ożywił.
- Po pierwsze, musi pan trochę odczekać. Powiedzmy miesiąc. Niech się facet podenerwuje. Jeśli odpowie pan od razu i wyśle pieniądze, Ricky dojdzie do wniosku, że za łatwo mu poszło.
- A jeśli się wścieknie?
- Mało prawdopodobne. On ma mnóstwo czasu i chce pieniędzy.
- Przeglądacie jego wszystkie listy?
- Przypuszczamy, że większość.
Quince’a zżerała coraz większa ciekawość. Siedząc naprzeciwko człowieka, który poznał jego największą tajemnicę, uznał, że może pozwolić sobie na odrobinę wścibstwa.
- Jak zamierzacie go powstrzymać?
A Wes - z powodów, których nigdy potem nie mógł zrozumieć - odrzekł po prostu:
- Prawdopodobnie go zabijemy.
W oczach Quince’a Garbe’a zagościł promienny spokój, który niczym miękka, złocista poświata powoli ogarnął całą twarz. Zmarszczki prawie zniknęły. Usta wykrzywił w leciutkim uśmiechu. A jednak. Jego spadek był bezpieczny. Ojciec umrze, on odziedziczy wszystkie pieniądze i będzie używał życia, ile wlezie.
- Cudownie - szepnął. - Cudownie...
Chap zaniósł teczkę do motelowego pokoju, w którym czekali pozostali członkowie zespołu i wypożyczona kopiarka. Sporządzono trzy komplety kopii i pół godziny później Chap wrócił do banku.
Quince przejrzał oryginały - niczego nie brakowało. Schował teczkę do sejfu i spojrzał na gości.
- Myślę, że pora już, żebyśmy się rozstali.
Nie uścisnęli sobie ręki, nie powiedzieli ani słowa. Bo niby co mieli powiedzieć?
Na miejscowym lotnisku o przykrótkim pasie startowym czekał na nich prywatny odrzutowiec. Trzy godziny po wyjściu z gabinetu Quince’a Chap i Wes byli już w Langley. Ich misja zakończyła się wielkim sukcesem.
W zamian za czterdzieści tysięcy dolarów łapówki jeden z urzędników banku Geneva Trust na Bahamach przygotował dla nich wyciąg z odpowiednich kont. Na rachunku Boomer Realty spoczywało sto osiemdziesiąt dziewięć tysięcy dolarów, a na rachunku Carsona sześćdziesiąt osiem tysięcy. Wyciąg zawierał również zestawienie wszystkich transakcji, przekazów oraz przelewów. Ludzie Deville’a gorączkowo próbowali namierzyć ich źródło. Wiedzieli, że Garbe przysłał pieniądze za pośrednictwem banku w Des Moines, wiedzieli również o banku w Dallas, który przelał na konto Bractwa kolejne sto tysięcy dolarów. Nie wiedzieli jednak, z czyjego polecenia.
Właśnie nad tym pracowali, gdy Deville’a wezwał do siebie Teddy Maynard. W bunkrze towarzyszył mu York. Stół był zasłany kopiami listów z teczki Garbe’a i bankowymi wyciągami.
Teddy robił wrażenie przybitego. Deville jeszcze go takim nie widział. York też był przygaszony i milczący. Miał wyrzuty sumienia w związku ze sprawą Lake’a, chociaż Maynard twierdził, że to jego wina.
- Co nowego? - rzucił cicho Teddy.
Deville stał. W bunkrze nigdy nie siadał.