smarowano miodem i rozstawiano po kniei...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Pani Krystyna uczyniła przypuszczenie, że obrożę ktoś ukradł...
- różnice związane z płcią stają się jeszcze wyraźniejsze wśród 75-latków i starszych osób...
- Uduchowienie, głęboka moralność, mądrość i wewnętrzne światło, a przede wszystkim miłość do świata i ludzi stanowią wzór i natchnienie dla tych,...
- Nie można reklamować usług poprzez tworzenie ich abstrakcyjnego image...
- Uran krytycznie aspektowany zapowiada w tym domu niepowodzenia w sprawach małżeńskich i współżyciu małżeńskim, brak tzw...
- dobrze, Âże nie tylko dla wezyra, ale nawet dla najpotĂŞÂżniejszego monarchy nie bĂŞdzie moÂżliwe obdarowaĂŚ go wspanialszym upominkiem, raczyÂł jednak w swej...
- Cenzura Pożądanie tego, co niedostępne i zakazane nie ogranicza się, rzecz jasna, do proszków piorących...
- – Ta kwestia...
- — Dokąd tym razem?— Fort Bragg...
- - Potrzebne mi są niezaprzeczalne dowody - mówił prezydent, chudą ręką uderzając w dokumenty walające się na pościeli...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Łakome niedźwiedzie, liżąc coraz dalej, same się
nadziewały tak, że koniec dyszla drugą stroną wychodził. Wtedy ukryci chłopi wyskakiwali z
zasadzki, porywali za owe końce i przywozili do dworu niedźwiedzia. Zapewniał mnie sam
Panie Kochanku, że jednego roku, co był w miód ubogi, 2000 niedźwiedzi przywieźli chłopi.
Skóry z nich uładował na okręcie i sam z nimi ruszył, ale burza zagnała go na nieznane i
odległe morze. Wiatry chwiały nawą, już ją miały przewalić, wtedy ja, Panie Kochanku, sko-
czywszy w rozhukane bałwany, uchwyciłem oburącz okręt i przez całą dobę płynąc pod za-
grożoną nawą, podpierając własnymi barkami przyprowadziłem do bezpiecznego portu.
– Pan starosta – rzekł gospodarz – przypomni sobie zapewne, co opowiadał także o swoich
zaślubinach tajemnych z syreną na jakimsiś morzu.
– Przypominam! przypominam! Borowski najuroczyściej mnie zapewniał o tym, dodając,
jak dobrze wyszedł na tym małżeństwie, albowiem Panie Kochanku potomstwo swoje całe,
jakie miał z syreny, złożone ze stu tysięcy śledzi, darował mu, za co niemało pieniędzy za-
garnął.
– Za pozwoleniem wielmożnego starosty – odezwał się pan Jan z Szczuczyna – pomnę
dobrze, jak wielu niedźwiedzi trzymał na swoim dworze. Kiedy jakiego Miemca z Zamorza82
spodziewał się u siebie, zaraz w oznaczonym czasie, gdy wiedziano, że się zbliża, służba
dworska i czeladź znikała. W bronie stało dwóch niedźwiedzi, ogromnych białoszyjków83 z
wielkimi pałkami, na ganku i w sieniach toż samo.
82 Drobna nasza szlachta w ogóle cudzoziemców nazywała Miemcami z Zamorza.
83 Gatunek największych litewskich niedźwiedzi.
132
Zdarzyło się wonczas, że zaprosił do siebie sławnego Włocha doktora, boć to od dawna
jak w przypowieści: „Co Włoch to doktor, co Niemiec to kupiec.” Włoszysko, co nigdy nie
widziało naszych niedźwiedzi, nie mógł wjechać w bronę, aż tu zamrukną niedźwiedziska,
podniosą się na dwóch łapach z pałkami. Pan Włoch mało nie umarł.
Idą dalej: nikogo z ludzi nie widno, doktór się żegna i modli. Wchodzą na wyniosły ganek,
stoją niedźwiedzie – do sieni – tu rzędem dwunastu stoi; to było dla Włocha za wiele. Zbladł
jak Piotrowin z grobu, a dworzanin prawie wniósł go do komnaty. – Panie Kochanku – rzekł
pan Wojewoda do Włocha – ja inszej służby nie mam, u mnie wszystko zastępują niedźwie-
dzie, służą za czeladź i jeżdżę nimi.
– Tak, zaprawdę – rzekł pan cześnik – mój ś.p. ojciec sam był obecny, jak w Warszawie
do jednego znacznego pana Panie Kochanku zajechał. Zjazd był wielki, nagle powstaje roz-
ruch, krzyk i wrzawa. Rozhukane konie przewracają pojazdy, zrywają zaprzęgi. Pan domu
posyła marszałka, ażeby wybadał powód rozruchu. Marszałek wraca i donosi, że Panie Ko-
chanku zajechał czterema ogromnymi niedźwiedziami i wszystkie rozhukał konie.
– O, lubił ci, lubił te zwierzęta – zaczął znowu pan Jan z Szczuczyna – onemu Włochowi
jeszcze nie tu koniec. Zaledwie ochłonął nieco i otrzeźwił dobrym winem [...], dano do stołu.
Pan Wojewoda zasadził doktora przy sobie, po pierwszym daniu radzi mu Panie Kochanku
odmienić talerz. Włoch obraca się z nim i widzi wielkiego niedźwiedzia stojącego na dwóch
łapach za krzesłem z talerzem czystym pod pachą.
To go dobiło, zbladł i zemglał, długo mu nos kręcono, nim przyszedł do siebie. Od onej
doby już więcej tam nie zajrzał.
58. [RADZIWIŁŁ PANIE KOCHANKU]
[...] Panie Kochanku, Karol, książę Radziwiłł [...], jak nalał w pałkę, strzelał do ludzi i
psoty niewiastom wyrządzał. Pomnę, jak go pisarz litewski Pac wyzwał w czasie pijatyki na
pojedynek. Radziwiłł go nawzajem dla postrachu w śmiertelnej koszuli między księdzem i
katem na plac wyprowadzić kazał, potem go poił na zgodę i Pac trzeciego dnia umarł. Nie
dlatego zrobił, żeby się bał szabli, bo z panem Tryzną bił się i uciął mu demeszkę.
Lubił wielce zbytek i wystawę. Pomnę, kiedy go serenissimus Stanislaus Augustus raczył
odwiedzić, z jaką go pompą przyjmował. Najprzód od pierwszego swego kopca granicznego
dóbr ustawił chłopów blisko jeden drugiego tak, aby jak pierwszy zawołał, drugi dosłyszał.