- Co mam powiedzieć, jeśli ktoś tam będzie? - zapytał Harry, przeciskając się pod moim ramieniem...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- – Nie masz powodu, by kochać którekolwiek ze swych rodziców, Gwydionie – powiedziała Morgiana i jej dłoń zacisnęła się na jego ręce, ale zadziwił...
- — Siadaj, chłopaku — powiedział dowódca...
- – Zgadzam się – powiedziała nie ociągając się Colette...
- — Tego kuśnierza mogłabyś lepiej pamiętać, skoro zetknęłaś się z nim osobiście — powiedziałam z niezadowoleniem i naganą...
- — Chce pan powiedzieć, że rurę założono, kiedy nie było jeszcze krateru ani tego wąwozu? — spytałem...
- Zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, w wieży nad nimi zadzwonił dzwon; brzmiał przeraźliwie głośno i nisko - jak żaden inny, które słyszała Miriamele...
- — To jest możliwe, ale raczej nieprawdopodobne — powiedział Ulath...
- – Nie masz mi nic do powiedzenia – odparł, nie potrafiąc ukryć pobrzmiewającej w jego głosie konsternacji...
- – Powinniśmy się stąd wynosić, nim orki zaczną przetrząsać te ruiny – powiedziała Isaan...
- „Tak, Panie — powiedziałem — lecz z całą pewnością cierpienie jest złe”...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Zawołać, że mam pilny telefon i wskoczyć do was z powrotem?
- Nie bądź takim mądralą - poradził mu Brutal.
Harry uchylił lekko drzwi i wsadził głowę do szopy. Wydawało mi się, że stoi tak bardzo długo. W końcu cofnął się prawie z wesołą miną.
- Teren czysty. Nie słychać żadnych hałasów - oznajmił.
- Miejmy nadzieję, że tak już zostanie - stwierdził Brutal. - Chodź, Johnie Coffeyu, jesteśmy już prawie w domu.
John zdołał przejść o własnych siłach przez szopę, ale musieliśmy mu pomóc wejść po trzech schodkach, a potem prawie przepchaliśmy przez małe drzwi prowadzące do mojego gabinetu. Kiedy się z powrotem wyprostował, z trudem łapał powietrze i miał szkliste oczy. Poza tym - co zauważyłem z prawdziwym przerażeniem - opadł mu kącik ust z prawej strony i wyglądał teraz jak Melinda, kiedy weszliśmy do jej sypialni.
Siedzący przy biurku Dean usłyszał nas i przybiegł do gabinetu.
- Dzięki Bogu! Myślałem już, że nigdy nie wrócicie. Byłem pewien, że albo was złapali, albo przyskrzynił was dyrektor, albo... - Nagle przerwał i przyjrzał się uważniej Johnowi. - Do jasnej anielki, co się z nim dzieje? Wygląda, jakby umierał!
- On nie umiera... prawda, John? - powiedział Brutal, posyłając ostrzegawcze spojrzenie Deanowi.
- Oczywiście nie miałem na myśli, że naprawdę umiera... - Dean roześmiał się nerwowo. - Ale niech mnie kule biją, jeśli...
- Nieważne - przerwałem mu. - Pomóż nam zaprowadzić go z powrotem do celi.
Po raz kolejny przypominaliśmy wzgórza otaczające wielki szczyt, ale tym razem był to szczyt poddawany erozji przez miliony lat, skruszały i zniszczony. John Coffey ruszył powoli z miejsca, oddychając przez usta niczym człowiek, który pali za dużo papierosów - lecz jednak ruszył.
- Co z Percym? - zapytałem. - Bardzo rozrabiał?
- Trochę na początku - odparł Dean. - Próbował wrzeszczeć coś przez taśmę, którą okleiłeś mu usta. Chyba przeklinał.
-Jak to dobrze, że nie słyszały tego nasze wrażliwe uszy - mruknął Brutal.
- Potem kopał tylko co jakiś czas w drzwi.
Nasz powrót tak bardzo ucieszył Deana, że zaczynał bełkotać. Okulary zjechały mu na czubek lśniącego od potu nosa i wsunął je z powrotem. Minęliśmy celę Whartona. Bezwartościowy młody człowiek leżał płasko na plecach, chrapiąc jak smok. Tym razem miał zamknięte oczy.
Dean zobaczył, że przyglądam się Whartonowi, i wybuchnął śmiechem.
- Nie miałem z nim żadnych kłopotów! Nie poruszył się, odkąd padł na pryczę. Umarł dla świata. Co się tyczy tego kopania w drzwi, wcale się nim nie przejmowałem. Mówiąc szczerze, byłem nawet zadowolony. Gdyby Percy w ogóle nie hałasował, zacząłbym się martwić, czy nie zadusił się pod tą taśmą, którą zakleiłeś mu gębę. Ale nie to wcale jest najpiękniejsze. Wiecie, co jest najpiękniejsze? Panował tu taki spokój jak w środę popielcową w Nowym Orleanie. Nikt nie zajrzał do nas przez całą noc! - oznajmił triumfalnym, rozradowanym głosem. - Uszło nam to na sucho, chłopaki! Udało się!
To przypomniało mu, dlaczego w ogóle odegraliśmy tę komedię, i zapytał o Melindę.
- Czuje się dobrze - odparłem. Stanęliśmy przed celą Johna. Dopiero teraz zaczęło docierać do mnie to, co powiedział Dean. Uszło nam to na sucho, chłopaki! Udało się!
- Czy to wyglądało tak samo... jak z Panem Dzwoneczkiem? - zapytał Dean. Zerknął przez chwilę do pustej celi, którą zajmował Delacroix ze swoją myszą, a potem w stronę izolatki, która stanowiła najwyraźniej jej port macierzysty. - Czy to był... - podjął ściszonym tonem, jakiego używa się, wchodząc do dużego kościoła, gdzie nawet cisza wydaje się głośna. - Czy to był... - Przełknął ślinę. - No powiedz, wiesz, o co mi chodzi. Czy to był cud?
Wszyscy trzej popatrzyliśmy na siebie, potwierdzając wzrokiem to, z czego zdawaliśmy sobie sprawę już wcześniej.
- Facet uzdrowił ją, kiedy stała jedną nogą w grobie - powiedział Harry. - Tak, to był prawdziwy cud.
Brutal otworzył podwójny zamek celi i pchnął Johna lekko do środka.
- Wchodź, duży. Odpocznij trochę. Zasłużyłeś na to. Zajmiemy się tylko Percym...
- To zły człowiek - odezwał się niskim, mechanicznym głosem John.