- Co jeśli, Andrea? Dalej, możesz to powiedzieć...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- – Nie masz powodu, by kochać którekolwiek ze swych rodziców, Gwydionie – powiedziała Morgiana i jej dłoń zacisnęła się na jego ręce, ale zadziwił...
- — Siadaj, chłopaku — powiedział dowódca...
- – Zgadzam się – powiedziała nie ociągając się Colette...
- — Tego kuśnierza mogłabyś lepiej pamiętać, skoro zetknęłaś się z nim osobiście — powiedziałam z niezadowoleniem i naganą...
- — Chce pan powiedzieć, że rurę założono, kiedy nie było jeszcze krateru ani tego wąwozu? — spytałem...
- Zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, w wieży nad nimi zadzwonił dzwon; brzmiał przeraźliwie głośno i nisko - jak żaden inny, które słyszała Miriamele...
- — To jest możliwe, ale raczej nieprawdopodobne — powiedział Ulath...
- – Nie masz mi nic do powiedzenia – odparł, nie potrafiąc ukryć pobrzmiewającej w jego głosie konsternacji...
- – Powinniśmy się stąd wynosić, nim orki zaczną przetrząsać te ruiny – powiedziała Isaan...
- „Tak, Panie — powiedziałem — lecz z całą pewnością cierpienie jest złe”...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Nie bój się. Byliśmy kiedyś mężem i żoną, pamiętasz? Nawet teraz nie powinno być między nami sekretów.
Był przerażony, lecz podszedł bliżej, ledwie na stopę od Andrei. Nie zdejmowała z niego spojrzenia, oczy jej były teraz mroczne i lśniące niczym ślepia jakiejś drapieżnej bestii. Czuł chłód wyciekający z niej jak płynny tlen. Chłód, który pamiętają wszyscy, którzy kiedykolwiek zetknęli się z diabłem, chłód, który wszystko obraca w zmarzniętą powłokę.
- Siedem pytań Abrahela jest jego i tylko jego - powiedziała cicho i szybko Andrea. - A teraz idźcie już i nie pokazujcie mi się więcej, rozumiecie?
Henry położył dłoń na ramieniu Andrei. Zwróciła ku niej z wolna głowę, lecz nie uczyniła nic, by ją zepchnąć.
- Andrea - powiedział. - Wiem wszystko o twoim śnie tej nocy. Wiem, co cię spotkało. Przybyłem ci pomóc.
Spojrzała znów na niego.
- Wiesz... jak możesz wiedzieć?
Henry uśmiechnął się. Dość jeszcze zostało w jego ciele energii, by ją ogrzać, rozproszyć chłód niedorostka Yaomauitla. Diabeł mógł się dobrać do jej sennej osobowości, lecz nie ogarnął jeszcze jej ziemskiego ciała, chrześcijańskiej duszy.
- Trudno to wyjaśnić - powiedział, wciąż się uśmiechając. - W każdym razie rozumiem naturę tego, co się stało i mogę ci pomóc.
- Kłamiesz - powiedziała. - Zwariowałeś.
- Pamiętasz Maroko? Zaplecze sklepu?
Andrea zamarła. Złapała dłoń Henry'ego i zrzuciła ją ze swego ramienia jak coś martwego. Henry widział, jak walczą w niej dwie przeciwstawne siły, przewracając się w zażartej bójce. Jej niezdecydowanie było katastrofalne. Odwróciła się i zaczęła odchodzić, potem znów się cofnęła.
- Nie możesz... To niemożliwe...
Wówczas jednak pojawił się nadchodzący od strony laboratorium Andrei porucznik Salvador Ortega. Był dziś ubrany w zielonożółtą sportową marynarkę i zielone spodnie. Całość uzupełniał dobrany krawat. Podszedł do Andrei i nie zauważając jej poruszenia, wziął ją pod ramię.
- Zaczynam być zazdrosny, pani doktor. Mieliśmy zająć się tymi testami z patologii. A co znajduję? Jest pani tutaj i ucina sobie pogawędki z eks-małżonkiem.
Andrea znów zamarła i wycofała ramię. Po raz pierwszy Salvador zauważył, ze coś jest nie tak.
- Doktor Caulfield? - powtórzył. Ale Andrea odeszła już ku swojemu laboratorium, zostawiając go z Henrym, Gilem i własnym zakłopotaniem.
- Co ja takiego zrobiłem? - spytał Henry'ego.
- To nie ty - usłyszał.
- No to co jej zrobiłeś? Wszystko było w porządku, gdy przyszła rano. A proszę spojrzeć na nią teraz.
- Salvador - powiedział Henry. - Bardzo bym chciał, żebyś chociaż raz w swej karierze zaczął myśleć. Chcę, byś uwierzył, że to stworzenie, które tu macie, wywarło już poważny wpływ na umysł mojej byłej żony. Jeżeli go nie zniszczycie, będzie mogło nawet ją zabić. Salvador spojrzał w stronę laboratorium.
- Czy masz na to jakiś dowód, Henry?
- O jakich dowodach myślisz?
- O konkretnych, Henry. Coś czarno na białym, co mógłbym pokazać szefowi detektywów.
- Wiesz, że to niemożliwe.
Salvador złożył ręce ciasno na piersi i rzucił Henry'emu i Gilowi krótki, zrezygnowany uśmiech.
- John Belli też tam jest. Dopracowujemy szczegóły sprawozdania sądowego, starając się wynaleźć jakieś wyjaśnienie pojawienia się tego stwora, które usatysfakcjonowałoby opinię publiczną, a przede wszystkim nas.
- Błagam cię, Salvador, zabijcie to coś przed mrokiem. Słyszysz? Błagam cię. W przeciwnym razie Andrea z pewnością umrze.
- On mówi prawdę, poruczniku - dodał Gil.
- Wierzę wam. Rozumiecie to? Ja wam wierzę. Nie wiem dlaczego, lecz wierzę. Muszę jednak coś mieć, nie mogę nic zrobić bez dowodu. Mam związane ręce.
Henry przeczesał dłonią włosy.
- To twoje ostatnie słowo?
- Przykro mi, ale tak, to jest moje ostatnie słowo. Nie mam wyboru.
- Dobrze - powiedział Henry i ujął ramię Gila. - Chodźmy, Gil. Mamy coś jeszcze do zrobienia.
Salvador patrzył za nimi, gdy wychodzili.
- Przykro mi, rozumiecie to? - zawołał jeszcze, gdy dochodzili do obrotowych drzwi.
Henry nie odezwał się, przytaknął jedynie ruchem głowy i wyszli obaj na słońce.
- Co teraz robimy? - spytał Gil.
- Na razie nic. Przynajmniej jeśli chodzi o tego diabła tutaj. - Sprawdził godzinę. - Chcę jednak tu wrócić, nim zamkną drzwi o szóstej. Zajmiemy się tym stworem w nocy. Nic innego nam nie zostało.
- Chcesz włamać się do laboratorium?
- Jeśli będę musiał.
- No dobrze. Będę z tobą. Może mi odbija, ale pójdę z tobą.
- Jedźmy teraz na Prospect Street. Znasz ten mały sklepik z muszelkami nad zatoczką? Chcę tam z kimś porozmawiać.