Bogacze tacy jak Brad Dowd?Kto?Siwowłosy facet, czterdzieści kilka lat, jeździ drogimi samochodami...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Już dawniej kilka razy udało mi się wślizgnąć między Żydów pracujących we dnie poza gettem; kontrola nie była ścisła, chyba tylko wariat pchałby...
- — Prośba o pomoc, która czekała tysiąc lat, może poczekać jeszcze kilka godzin — albo dni — prychnęła Jonja...
- Źródła w Antibes podają, że Jordana zatłuczono na śmierć zaledwie w kilka dni po jego weselu i po tym, jak wydostał pijaną bratową ze szponów portowego opryszka...
- - Moim zdaniem - mówił Jan z namysłem - należy dokumentu strzec jak oka w głowie przez te kilka dni, które nas dzielą od wielkiej premiery...
- - A onirofilm?- Onirofilm w swej formie definitywnej pojawił się kilka lat później...
- bione kilka tygodni temu, w ramach rutynowych działań mających na celu kom- pletowanie danych o wszystkich amerykańskich stacjach arktycznych...
- - Tak, wykorzystałem myśliwską pasję pana Giscarda d'Estaing i kilka razy podejmowałem go w imieniu władz państwowych w Łańsku w Olsztyńskiem i Arłamowie w...
- Śledzili oni również kilka czynników, z którymi ich nastrój mógł być skorelowany, na przykład ilość snu ostatniej nocy oraz pogodę...
- wiszącej u sufitu żarówki, jednak w kilka lat później już prawie wszystkie mieszkania w domach przy Stalowej korzystały z oświetlenia elektrycznego...
- - Gdyby tam miała stale zamieszkać, Poppea pogadałaby o niej z Lokustą, ale przez kilka dni nic jej nie grozi...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Ach tak, on - przypomniał sobie Bondurant. - Za dużo daje gazu, jak zjeżdża z góry. Nosi hawajskie koszule.
- Często tu bywa?
Raz na jakiś czas. Widzę tylko przemykające sportowe wozy. Sporo z nich to kabriolety, stąd wiem o koszulach.
Zatrzymał się kiedyś, żeby porozmawiać?
Nie słuchał mnie pan? - prychnął Bondurant. - Przemyka, o tak. - Sękata dłoń przecięła powietrze.
Raz na jakiś czas, czyli jak często? - spytał Milo. Bondurant odwrócił się do połowy.
Mam policzyć?
Jeśli zrobił pan wykresy i słupki, chętnie je wezmę, panie Bondurant. Starzec dokończył obrót.
- To on ją zabił?
Nie wiem.
Ale myśli pan, że mógł. Milo milczał.
Cichy z pana gość - zauważył złośliwie Bondurant. - A może pan ode mnie czegoś chce? Co prawda, władza nigdy nie zrobiła nic dla rodziny Bondurantów. Mieliśmy problemy, a władza nam nie pomogła.
Jakie problemy?
- Z kojotami, ze świstakami, z suszą, z bezdomnymi hipisami. Z cholernymi rusałkami żałobnikami. Ja mówię „motyle”, a pan sobie myśli
„uroczo”, bo jest pan chłopakiem z miasta. A ja widzę problem. Jednego roku przyleciały rojem, naskładały jaj na drzewach, zniszczyły pół tuzina wiązów, zeżarły prawie całą dwudziestometrową płaczącą wierzbę. Wie pan, co zrobiliśmy? Załatwiliśmy je DDT. - Skrzyżował ramiona na piersi. - To nielegalne. Człowiek pyta władz, czy może użyć DDT; nie, to wbrew prawu. Człowiek pyta, co zrobić, żeby chronić swoje wiązy, a oni: „niech pan coś wymyśli”.- Morderstwa motyli to nie moja działka - poinformował grzecznie Milo.
- Wszędzie pełno gąsienic; były całkiem szybkie, jak na robaki - wspominał dalej Bondurant. - Miałem ubaw, kiedy je rozdeptywałem. Facet od samochodów zabił tę dziewczynę?
- Interesujemy się nim. W języku władz znaczy to: „nic więcej nie powiemy”. Bondurant pozwolił sobie na lekki uśmiech.
Kiedy widział go pan po raz ostatni? - spytał Milo.
Może dwa tygodnie temu. Ale kładę się spać o ósmej trzydzieści, gdyby ktoś przejeżdżał, nie zobaczyłbym go ani nie usłyszał.
- Bywał z nim jeszcze ktoś?- Nie.
- A może inna osoba wchodziła na tę działkę?- Niby jak? - spytał Bondurant. - Jest ze trzy kilometry nad moją, nie chodzę tam. Nawet kiedy ziemia należała jeszcze do Waltera Maclntyre’a, nie łaziłem tam, bo wszyscy wiedzieli, że Walt był czubkiem i szybko wpadał w gniew.- Jak to?
Stare dzieje, detektywie.
Zawsze warto się czegoś dowiedzieć.
Walter Maclntyre nie zabił żadnej dziewczyny, nie żyje od trzydziestu lat. Ten od samochodów pewnie kupił ziemię od syna Waltera, dentysty. Walter też był dentystą, miał praktykę w Santa Monica, nabył tę ziemię w latach pięćdziesiątych. Pierwszy człowiek z miasta, który tu się pojawił na stałe. Mój ojciec powiedział: „Patrz, co się będzie działo”, i miał rację. Na początku wydawało się, że Walter się wpasuje w otoczenie. Zbudował olbrzymią stajnię, w której nigdy nie trzymał koni. Przyjeżdżał tu w każdy weekend, ciężarówką, ale nikt nie wiedział po co. Pewnie patrzył na ocean i rozmawiał sam ze sobą o Rosjanach.
Jakich Rosjanach?
-Tych z Rosji - wyjaśnił bystrze Bondurant. - Komunistach. Na tym punkcie właśnie Walter miał fioła. Wmówił sobie, że lada chwila zaleją nas i zamienią w ziemniakożernych komunistów. Mój ojciec nie przepadał za komunistami, ale uważał, że Walter przesadził. Trochę, wie pan... - Zakręcił palcem w okolicach lewego ucha.
Miał obsesję.
Skoro tak chce pan to nazwać. - Bondurant znów podciągnął spodnie i na kabłąkowatych nogach wrócił do samochodu. Położył płyn na fotel pasażera, palnął dłonią w maskę. Dym zamienił się w rzadkie pasemka. - Można jechać - stwierdził. - Mam nadzieję, że znajdziecie tego, kto zabił dziewczynę. Piękna sztuka, cholerna szkoda.
*
Wjazd na posesję był nieoznaczony. Minąłem go i musiałem przejechać jeszcze prawie kilometr, zanim znalazłem dość miejsca, żeby zawrócić. Kiedy zawracałem, zaledwie centymetry dzieliły opony seville’a od bezmiaru nieba. Wyczuwałem napięcie Mila.Pojechałem wolno z powrotem, a on patrzył na mapę. W końcu znalazł wjazd, niezagrodzony, ocieniony przez pokręcone sykomory. Ubita, gruntowa droga prowadziła wysoko nad kanion.Dwa ostre skręty i nawierzchnia zmieniła się w asfaltową, dalej prowadząc pod górę.
- Jedź wolno - polecił Milo. Rozglądał się laserowymi oczami gliniarza. Nie było tu do oglądania nic poza litą ścianą dębów i sykomor; mały trójkącik światła na horyzoncie zwiastował koniec lasu.
Tam, hektar w głąb posesji, ziemia zamieniała się w płaskowyż osłonięty górami i przykryty niebem usianym cumulusami. Dzikie ary ustąpiły miejsca wysokiej trawie, szałwii nadbrzeżnej, żółtej gorczycy i kilku samotnym dębom w oddali. Asfaltowa droga przecinała łąkę, prosta i czarna jak kreska kreślarza. W trzech czwartych długości działki stała olbrzymia stodoła. Sekwojowe deski posrebrzałe ze starości. Surowe ściany bez okien, dach kryty gontem, stępionym na krawędziach przez wiatr. Zabawnie małe drzwi.Chłodny powiew niósł w naszą stronę zapach gorczycy.
Nie wydano żadnych pozwoleń na budowę - przypomniał Milo.
Ludzie w tych okolicach nie certolą się z władzami.
Nie znaleźliśmy miejsca, w którym seville’a można by ukryć całkowicie. Zjechałem z asfaltu i zostawiłem go pod konarami drzew. Dalej poszliśmy na piechotę. Ręka Mila kołysała się nad jego kieszenią.
Kiedy zbliżyliśmy się na piętnaście metrów, potwierdziła się nasza wstępna ocena rozmiarów budynku. Dwa piętra w górę, kilkadziesiąt metrów szerokości.
- Stodoła taka wielka, ale drzwi za małe, żeby wprowadzić do środka samochód - powiedział Milo. - Zaczekaj tu, zajrzę z tyłu.
Wyjął pistolet, zaszedł stodołę od północnej strony, zniknął na kilka minut, wrócił z bronią w kaburze.
- Pora odkryć karty.