Blade, fosforyzujące światełko tarczy trzymanego w obu rękach namiernika...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- uśmierzyć bizony, gdy klatki przez dłuższy czas pozostaną odkryte?Tymczasem orszak zbliżył się do pierwszej klatki, przy której trzymało...
- – BÄ™dziemy siÄ™ trzymać samego Å›rodka – krzyczaÅ‚ na caÅ‚e gardÅ‚o Amos...
- - Nie zniosłabym - powiedziała pewnej nocy, kiedy leżeli spoceni, a Patsy trzymała mu rękę na piersi - gdybyś robił to z kimś innym...
- i rozmaitych spółek, parę silnych branż, jak górnicy, jeszcze zachowu- je resztki dawnej potęgi, ale zdecydowana większość trzyma się teraz za...
- cej żony, próbując z nią rozmawiać, ale nie chciała się doń odezwać ani też pozwolić, żeby ją trzymał za rękę, a kiedy już na niego patrzyła, to z...
- 8 Persowie mieli zwyczaj trzymaæ zwierzêta, na które chcieli polowaæ, w zamkniêtych parkach (paradeisos)...
- Obrzuca mnie przelotnym spojrzeniem, potem zagląda do skrzynki, w której trzyma cebulki przeznaczone do selekcji...
- Przenocowaliśmy spokojnie, choć oczywiście nie omieszkałem rozkazać chłopcom, by na zmianę trzymali straż...
- Nadeszła Sophie w plażowych spodenkach i bluzeczce z nadrukiem, w ręku trzymała gitarę...
- trzymaæ siê; pf...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Od czasu do czasu ciche brzęczenie, sygnalizujące, że natężenie fali przestaje narastać. Wtedy cofał się tyłem, drąc spodnie na byle jak zanitowanych blachach tunelu. Kanał robił się coraz węższy i coraz wyraźniej opadał w dół. Z trudem obrócił się w nim i zaczął powoli schodzić, ślizgając się na omszałych blachach. Silny powiew szarpał go za włosy. Znowu brzęczenie, ale tym razem w porządku. Teraz ma prawo brzęczeć. Przecież schodzi w dół. Wszystko w porządku, Kensicz, wszystko w porządku, w porządku, to tylko kurtka zahaczyła się na jakimś nicie. Głęboki oddech.
Poruszał się teraz znacznie wolniej. Pierwsze kilkadziesiąt metrów niemal przebiegł przez szeroki, gładki tunel, w który zsunął się z pionowego wylotu wywietrznika. Byle się tylko nie pogubić za pierwszą kratą, gdzie zaczną się rozgałęzienia i coraz węższe szyby, wychodzące jedne z drugich.
Znowu krata. Ugięła się lekko pod jego stopami. Oderwał lewą rękę od namiernika, wyciągając z kieszeni nóż. Przycisnął kciuk do zimnego blaszanego krążka i z chropawej rękojeści wykwitła nagle płomienista klinga. Trzema cięciami rozchlastał kratę pod sobą. Huk, ciemność, nóż wypadł mu z ręki. Rąbnął ciężko w coś twardego kilka metrów poniżej. Rozpaczliwie macał dłonią dookoła, wreszcie znalazł nóż. Schylił się i wczołgał w wąską, ciemną sztolnię. Namiernik znowu zabrzęczał. Czyli idzie w dobrą stronę. Szybciej, na Boga! Szybciej. Dyszał ciężko, pot lał się na oczy. Jeszcze jakieś sto metrów poziomo, do głównego filtru, rozwalić go, i paręnaście pięter w górę. To nic. Wytrzyma, choćby się miał zesrać. Tamci otrzymali trudniejsze zadania i na pewno sobie poradzą.
Boże, ależ Sayen wymyślił z tym namiernikiem. Zabłądziłby bez tego, mimo wielokrotnego przejścia całej trasy na symulatorze. Pełznął długo, dysząc. Przytroczony do prawej nogi karabinek ciążył potwornie, wzbudzone nagle zwały wieloletniego kurzu drapały w gardle. Prawda, miał założyć na gębę tę maskę z pochłaniaczem. Zapomniał, została w kieszeni. Cholera z tym. Przelezie.
Na wysokoÅ›ci szesnastego piÄ™tra zawisÅ‚ nieruchomo, dokÅ‚adnie nad Å›rodkiem parkingu. ÅšledziÅ‚ ruchy przeciwników. Spokojnie, pewnie. Nadal otaczali go pierÅ›cieniem. GdzieÅ›, z daleka, na estakadach, balkonach, ulicach – drobne figurki, zastygÅ‚e z zadartymi gÅ‚owami i dÅ‚oÅ„mi zwiniÄ™tymi wokół oczu. Dobrze, bÄ™dÄ… mieli zabawÄ™.
– …nych szans! – zaskrzeczaÅ‚o w gÅ‚oÅ›niku radia. – Wiem, że mnie sÅ‚yszysz. Dajemy ci dziesięć sekund na zejÅ›cie na parking. Inaczej zostaniesz zestrzelony.
Pewnie, co za problem. Niemal czuł na plecach wszystkie te lufy, które w tej chwili kierowały się w jego stronę.
– Spokojnie – rzuciÅ‚, wÅ‚Ä…czajÄ…c radio. – Mam tutaj kupÄ™ Å‚adunków wybuchowych. Nie radzÄ™ strzelać. Ze mnie zrobi proszek, ale was też poszczerbi.
Otaczające go flajtery odskoczyły, niemal jednocześnie, o kilkanaście metrów.
– Nie strzelajcie – powtórzyÅ‚. – SchodzÄ™ do lÄ…dowania. PoddajÄ™ siÄ™. W porzÄ…dku.
– Równo i spokojnie, na Å›rodku parkingu – oznajmiÅ‚ gÅ‚oÅ›nik. – Twoi kumple zostali zestrzeleni, Hornen. Nie masz najmniejszych szans. Od poczÄ…tku nie miaÅ‚eÅ›.
– Dobra – wysyczaÅ‚ przez zÄ™by. – Może byÅ› siÄ™ przynajmniej przedstawiÅ‚, facet? Bo mnie, jak sÅ‚yszÄ™, znasz?
Mówiąc to, obejrzał się przez ramię. Zdawało mu się, że dostrzegł w oddali, na skraju miasta, cienki słupek smolistoczarnego dymu. Do rychłego zobaczenia, Sayen. Chyba za wcześnie, czy to już tyle czasu? Sukinsyny, może przypieprzyli po prostu z udarowca, ot, tak, na wszelki wypadek?
– Gadać bÄ™dziemy, jak wyjdziesz z flajtera. Wolno, z rÄ™kami do góry.
Dwadzieścia minut. Może Kensicz już zdążył? Nie, nie da rady. Skąd tu wykręcić jeszcze te pięć minut, tylko tyle? Pośpiesz się, gówniarzu.
Stęknięcie amortyzatorów. Dookoła czysto, dopiero dalej, zza pancerzy wozów wystawione groźnie lufy miotaczy. Ciemne sylwetki w owadzich pancerzach. Zabrać ze sobą choć kilku…
– WyÅ‚aź, prÄ™dzej. Mamy ciÄ™ na celowniku.
– No to, kurwa, strzelajcie. BÄ™dzie dziura w ziemi na pięćdziesiÄ…t metrów.