– Będziemy się trzymać samego środka – krzyczał na całe gardło Amos...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- «Och! Wielkie szczęście i wielkie nieszczęście w tym domu! Niebiosa dały syna bezpłodnej, niech będzie błogosławiony Najwyższy! Lecz siedem miesięcy temu...
- Ustalenie zakresu pojcia zwykych potrzeb rodziny zaley od kryterium, ktre stanowi bdzie podstaw zdefiniowania tego pojcia...
- ponieważ dopóki nie będziemy wiedzieli więcej o tkwiących w człowieku siłach, nie możemy mieć nadziei, iż dowiemy się czegoś więcej o przyszłości i...
- jaki zwiedzać będzie Paryż, gdy z jednej strony Sekwany zostaną tylko szczątki z Tuileriów, brama Saint-Denis, Magdalena, pałac Inwalidów etc...
- — Wszyscy będziemy sobie potrzebni, i to już niedługo — odparł tonem prze- powiedni Amerykanin...
- sność drugiej ćwierci; suma wniesiona do wspólnoty stanowić będzie jedną czwartą właści- wego wkładu, pozostałym zaś przy życiu małżonkom...
- Brezovsky wstał i zwrócił się do adwokata: - Niestety, będziemy zmuszeni zatrzymać pana Lebovitza, bo może okazać się bardzo ważnym świadkiem...
- - Jakie będzie zatem twoje następne posunięcie?- Myślę, że w celu uzyskania pozostałych informacji posłużę się numerami ubezpieczeń społecznych -...
- Oni usłyszawszy to poczęli się naradzać, myśląc z radością o zwycięstwie swej nauki i o znaczeniu, jakie dla pogańskiego świata mieć będzie nawrócenie...
- wymienionemu mężowi, jak długo będzie w Rzymie, szesnaście bo- chenków dobrego chleba żołnierskiego, czterdzieści bochenków żoł- nierskiego...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
– Jeśli zejdziemy z kursu w prawo czy lewo albo jeśli nas obróci, jak nic roztrzaskamy kadłub o skały.
Arutha kiwnął głową, a kapitan zaczął wydawać odpowiednie komendy załodze.
Arutha, przygięty do pokładu podmuchami wichury, dotarł z trudem do dziobowego relingu górnego pokładu i zawołał Martina. Wielki Łowczy odkrzyknął z dołu, że wszystko w porządku, tylko jest przemoczony do suchej nitki. Przód statku począł się osuwać w głąb bruzdy pomiędzy falami. Arutha chwycił się z całej siły relingu. Po chwili, napotkawszy przeciwległą ścianę wody, dziób zaczął wznosić się ku górze. Wydawało się, że przez całe wieki statek wspina się i wspina na grzbiet gigantycznej fali. W końcu przelała się ponad dziobem w fontannie piany i okręt runął znowu w dół. Śliska powierzchnia relingu stała się dla Aruthy jedynym kontaktem z namacalnym, rzeczywistym światem pośród lodowatego, mokrego chaosu. Od kurczowego trzymania się barierki mięśnie i ścięgna piekły żywym ogniem.
I tak, w kakofonii rozpętanej furii żywiołów, mijała godzina za godziną. Amos ani na chwilę nie zszedł z posterunku, komenderując załogą, by sprostać każdemu wyzwaniu rzuconemu przez wiatr i fale. Co jakiś czas atramentowe ciemności przeszywał oślepiający zygzak światła, ukazując wszystko dookoła z zadziwiającą ostrością. Po chwili zapadał jeszcze czarniejszy mrok, a pod powiekami długo wirowały żółto-szkarłatne obrazy-wizje.
Szarpnęło gwałtownie. Kadłub ześlizgnął się w bok. Arutha poczuł, jak traci grunt pod nogami, kiedy statek przechylił się gwałtownie na bok. Chwycił się z całej siły poręczy relingu. W uszy wdzierał się przeciągły, ogłuszający zgrzyt. Kadłub wyprostował się raptownie. Arutha podciągnął się na rękach i stanął niepewnie na nogi. Rozejrzał się dookoła w rozświetlonym, tańczącym plamami światła mroku. Rumpel miotał się jak szalony to w lewo, to w prawo. Sternik leżał bezwładnie na deskach pokładu. Z otwartych ust płynęła strużka krwi. Amos gramolił się rozpaczliwie na nogi, wyciągając ręce w stronę drzewca rumpla. Ryzykując połamaniem żeber, chwycił się go kurczowo i przywarł do niego, starając się odzyskać kontrolę nad statkiem.
Arutha, potykając się o własne nogi i zataczając jak pijany, dotarł wreszcie do rumpla i rzucił się w jego kierunku całym ciężarem ciała. Od prawej burty rozległ się niski, przeciągły zgrzyt. Kadłub zadrżał gwałtownie.
– Rusz się! Skręcaj, do stu tysięcy zdechłych wielorybów! – wrzeszczał Amos, wpierając się w ramię rumpla resztką sił. Arutha poczuł w mięśniach rozdzierający ból, kiedy z całej siły pchał z pozoru nieruchomy rumpel. Ruszył. Z początku przerażająco powoli, milimetr po milimetrze. Centymetr, dwa, trzy. Zgrzyt narastał upiornie w uszach. Kręciło mu się w głowie.
Nagle rumpel ożył. Arutha wychylił się zbyt daleko i poleciał przyczepiony do ramienia na drugą stronę. Uderzył całym ciałem w coś ciężko. Upadł i leciał przed siebie, ślizgając się po mokrych deskach przechylonego pokładu. Rąbnął z rozpędu w parapet. Otwartymi szeroko ustami łapał z trudem powietrze. Na moment przykryła go fala wdzierająca się na pokład. Gwałtownie kaszlał i pluł dookoła, wyrzucając z płuc całe litry wody. Wstał chwiejnie na nogi i zataczając się ruszył z powrotem w stronę steru.
W słabej poświacie rzucanej przez rozhuśtane latarnie dostrzegł białą jak płótno z wyczerpania twarz Amosa. Oczy miał wytrzeszczone, a na ustach igrał szaleńczy uśmiech.
– Przez chwilę myślałem, że cię zmyło za burtę. Arutha wparł się znowu w rumpel i wspólnymi siłami sprawili, że ten ożył. Ponad pokładem poniósł się nagle wariacki śmiech Amosa.
– Co cię tak, do cholery, śmieszy?
– Tam! Patrz!
Dysząc ciężko z wysiłku, Książę spojrzał we wskazanym kierunku. Ujrzał w mroku, wznoszące się przy burtach ku górze gigantyczne, czarniejsze od otaczającej czerni, zarysy.
– Mijamy Wielkie Skały Południowe! Ciągnij! Ciągnij, książę Crydee, jeśli ci życie miłe i chcesz jeszcze zobaczyć suchy ląd!
Arutha rzucił się na rumpel, zmuszając bezwładną masę statku do ruchu. Przemknęli obok potwornych, kamiennych objęć w odległości zaledwie paru metrów. Kolejny wstrząs i donośny zgrzyt z dołu. Amos zawył z radości jak szalony.
– Jeśli ta krypa będzie miała dno, kiedy przejdziemy cieśniny, to potem uwierzę już we wszystko!
Arutha poczuł, jak lodowate kleszcze paniki ściskają mu żołądek. Po chwili zalała go niespodziewanie fala przedziwnej, irracjonalnej radości. Walcząc o utrzymanie statku na kursie, czuł się lekki i szczęśliwy. W opętańczej kakofonii dźwięków usłyszał jeszcze jeden, obcy. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że sam wtóruje Amosowi, śmiejąc się w nos szalejącej dookoła nich furii. Nie było się już czego bać. Albo wytrzyma i przetrwa, albo nie. Nie miało to już teraz żadnego znaczenia. Jedyne, co mógł zrobić, to skupić całą uwagę i siły na jednym zadaniu: utrzymać statek na kursie pomiędzy ostrymi złomami skalnymi. Każda komórka jego ciała śmiała się ze zgrozy radując się, że jest zredukowana do najniższego poziomu egzystencji, do stanu pierwotnego. Poza tą jedną czynnością, jedną rzeczą, od której zależało wszystko inne, nie istniało absolutnie nic.