i rozmaitych spółek, parę silnych branż, jak górnicy, jeszcze zachowu- je resztki dawnej potęgi, ale zdecydowana większość trzyma się teraz za...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — Prośba o pomoc, która czekała tysiąc lat, może poczekać jeszcze kilka godzin — albo dni — prychnęła Jonja...
- – Prędko skoczym? – Jeszcze czas! – odrzekł pan Michał...
- Mimo to w żyłach elfa płynęła adrenalina wywołana łowami – górskim szlakiem poniżej uciekał tuzin orków – a jeszcze bardziej...
- Aviendha ubrała się, ale upłynęło sporo czasu, zanim usiadła, i jeszcze więcej, zanim Elayne zdołała ją przekonać, że nie powinny zawiązywać spisku...
- było dosyć, bo oprócz dwojga głównie zainteresowanych trzeba było jeszcze mieć wzgląd na zdanie rodziców i na to, co świat powie...
- I CZELADNIK A on, wicie, jeszcze jedno, wicie, ma cierpienie, towarzyszu mistrzu: on się kocha w naszym tym perwersyjnym aniołku tylko temu, co ona jest...
- Nasza skóra była ciepła, mózg pracował, serce tłoczyło krew w żyły, byliśmy tacy jak dawniej, jak jeszcze wczoraj, nie utraciliśmy nagle ramienia, nie...
- — Co ty tam masz na ekranie? — zapytała Gale, za sprawą widocznej konsternacji Joanny jeszcze bardziej zaciekawiona...
- — Chce pan powiedzieć, że rurę założono, kiedy nie było jeszcze krateru ani tego wąwozu? — spytałem...
- — A czy było jeszcze co jeść na rzece? — zapytał szakal...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Nie szydzę z nich, bo to by było tak,
jak śmiać się z garbatego albo kulawego. Po prostu trzeba wreszcie
skończyć z tym komunistycznym postawieniem świata na głowie, że
kto macha łopatą jest lepszy i ważniejszy od tego, kto handluje, robi
biznes albo prowadzi badania naukowe. Z punktu widzenia pożytku,
jaki ma ze swych członków naród - a to dla mnie najważniejsze kry-
terium - jest bowiem dokładnie odwrotnie.
*
Proszę zwrócić uwagę, że piszę o powojennej inwazji zbuntowa-
nej przez komunizm dziczy nie na niedobitki inteligencji czy elit, ale
wprost na niedobitki społeczeństwa. Komunizm, świadomie i z zało-
żenia stawiając świat na głowie, miał ambicję zniszczyć nie tylko wyż-
sze, ale wszystkie w ogóle warstwy społeczne. Wbrew najwyżej wznie-
sionym hasłom, komuna nie tolerowała proletariatu. Niszczyła go z
równą zajadłością, jak arystokrację czy starą inteligencję. Podobnie
nienawidziła tradycyjnego układu społecznego na wsi. Działacz ro-
botniczych związków czy starej daty majster albo brygadzista był dla
niej takim samym wrogiem, jak zamożny i samowystarczalny gospo-
darz, „kułak”. „By mogła zapanować równość, trzeba wpierw wszyst-
kich wdeptać w gówno”, jak arcytrafnie podsumował istotę socjali-
stycznej rewolucji mistrz Szpotański. Socjalizm wymagał, aby wszyst-
kie stare, nie poddające się władzy czerwonych bandytów struktury
zgnieść i zastąpić ugniecionym na jednolitą pulpę motłochem, utrzy-
mywanym w karbach przemocą i propagandą. W państwie z nazwy
robotniczo-chłopskim docelowo miało nie być ani robotników, ani
chłopów. Tylko i wyłącznie lumperka.
*
Gdyby nie było to bezczelnym podszywaniem się pod cudzą wiel-
kość, nie wspominając już o trudnościach wynikających z prawa au-
torskiego, to najchętniej załączyłbym do tej książki kasetę albo cedek z
dwoma filmami Stanisława Barei - „Misiem” i zmasakrowanym przez
komunistyczną cenzurę „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”. Mam bo-
wiem głębokie przekonanie, że choćbym zarył się w temacie po uszy,
przegryzł parę ton badań socjologicznych i w wielkim trudzie wy-
szył grube tomiszcze upstrzone tabelami, i tak nie powiem o polac-
twie więcej, niż mówią te dwie komedie. Nikt w ogóle nie powiedział
o peerelu tak wiele, jak Bareja właśnie w tych dwóch filmach. Może
to i prawda, że roją się one od różnych podstawowych uthybień prze-
ciwko zasadom filmowego rzemiosła, że, jak mówił mi przyjaciel po
filmówce, nie zgadzają się tam jakieś „kąty kamer” czy co tam, że w
ogóle widać, iż Bareja nie miał taśmy na duble, kręcił w najtańszym
kosztem zaadaptowanych dekoracjach i jako statystów obsadzał ro-
dzinę i ekipę filmową, a czasem nawet występował sam w kobiecej
kiecy i peruce.
Nie to jest ważne. I wbrew temu, o czym najczęściej się pisze, gdy
kto chce jego twórczość pochwalić, nie było w tych filmach najważ-
niejsze demaskowanie „absurdów peerelu”. To, że krany przy każdym
poruszeniu kurków wydają z siebie charakterystyczne kichnięcie i po-
puszczają rdzawą breję, że w kiosku sprzedaje się mięso, baleron moż-
na pokazać dziecku tylko w teatrze, w telewizyjnym turnieju miast
zespoły chirurgów z dwóch miejscowości kroją pacjentów przed ka-
merami w studiu który szybciej, na postoju taksówek zatrzymuje się
polewaczka, szoferak wożący elementy budowlane zwala je na środku
ulicy, bo ktoś dał mu w łapę, żeby mu zawiózł na prywatną budowę
deski... To wszystko, oczywiście, było trafione bezbłędnie, do bólu cha-
rakterystyczne dla czasów, o których rzesze głupich staruchów opo-
wiadają dziś wnukom bajki. Ale to był tylko sztafaż.
Co było najważniejsze, to że Bareja, jak nikt inny, stworzył studium
obywatela peerelu, różnych jego typów i podwariantów. Począwszy od
superchama, ucieleśnienia partyjnej mentalności, prezesa Ochódzkie-
go (który, wedle wiedzy pozascenariuszowej, pierwotnie zwał się „No-
wohuckim”, bo tak sobie zmienił nazwisko na cześć wielkiej budowy
socjalizmu; „wyobrażasz sobie, co za chuj?”, opowiadał o tej posta-
ci sam Bareja jednemu z przyjaciół) - bezbłędnego prototypu człon-
ków dzisiejszej „grupy trzymającej władzę”, z którą mogli się widzo-
wie TVP pobieżnie zapoznać dzięki pracom komisji śledczej ds. afery
Rywina. A kończąc na robolu Stuwale, w wyświnionym waciaku, który
temuż Ochódzkiemu wygraża, rozmawiając ze sprzątaczkami w kiblu,
że nie oddaje mu pieniędzy („pięćset złotych dla mnie nie ma, a sam
forsą sra!”), by zaraz potem nagrywać cotygodniową porcję lizusow-
skich pochwał dla prezesa na specjalnie do tego przeznaczonym ma-
gnetofonie w jego gabinecie („ja to chciałem powiedzieć, że nasz pre-
zes wszystkie rozliczenia finansowe bardzo porządnie prowadzi”).
„Co mi zrobisz...”, jak większość filmów Barei, opowiada o człowie-
ku porządnym - granym przez Bronisława Pawlika fotografie Ryszar-
dzie Ferde - otoczonym, szarpanym i wykorzystywanym przez cha-
mów. Warto o tym wspomnieć, bo w psychologicznej sytuacji peere-
lu była to sytuacja nośna i charakterystyczna; jeszcze do niej wróci-