Zjadł dwie parówki i wypił karafkę wina w kawiarni na rynku...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- W pewien sposób cieszyła się, że Egwene oraz jej przyjaciółek tu nie ma, cieszyła się, że nie może widzieć ich twarzy, a na nich, być może, piętna...
- Komnata znajdowała się na samym szczycie najwyższej wieży fortecy Przeoczenie na południe od Pułapki Cienia, miasta położonego na południowym krańcu...
- - Niedobitki Shaido wycofują się na północ - oznajmiła ponuro Amys - a coraz ich więcej przekracza Mur Smoka, jednak Rand al'Thor najwyraźniej o nich...
- Chociaż trenowałem i trenowałem godzinami, nie przypuszczałem, że dwanaście zaledwie minut walki może trwać tak bardzo długo...
- Nie miał czasu myśleć teraz o więźniu, bo gdy kilku ludzi zabrało się do rozbierania martwych kompanów, kłócąc się przy tym o łupy, reszta zaczęła...
- Przez cały dzień odpoczywał po ostatniej misji, zanim wezwano go już nie do małego gabinetu kapitana Dumery'ego, ale na spotkanie z samym generałem Gorem...
- Nałgała mu coś o jednym jedynym weekendzie w łóżku z narzeczonym, który poszedł do wojska i zginął, co potem okazało się szczerą prawdą, gdyż...
- Brezovsky wstał i zwrócił się do adwokata: - Niestety, będziemy zmuszeni zatrzymać pana Lebovitza, bo może okazać się bardzo ważnym świadkiem...
- Wyniki te przeczą dosyć silnie zakorzenionemu w psychologii przekonaniu, że albo stosujemy racjonalne, czyli zaradcze sposoby przezwyciężania...
- Zresztą Rena i tak wolała słuchać o smokach, które były tematem dostatecznie bezpiecznym, nawet gdyby ktoś podsłuchiwał...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Wino poprawiło mu nastrój, toteż po drodze do domu wstąpił do winiarni na jeszcze jedną karafkę.
Wynajmował umeblowany pokój w domu niedaleko rynku. Za domem znajdowało się spore podwórko z kępą gołych o tej porze bzów, za którymi stały niczym już nie osłonięte trzy ustępy. Vanini miał nie tylko wyłączne prawo do korzystania z pierwszego, ale i własny do niego klucz, który często gdzieś zapodziewał. Będąc już blisko domu spostrzegł ku swemu zdziwieniu, że w jego pokoju pali się światło, a u drzwi stoi na straży dwóch żołnierzy z bagnetami na karabinach. Zatrzymał się oniemiały. - Co u diabła... Żołnierze poderwali się na baczność, zachowując jednak milczenie. Vanini otworzył drzwi i wkroczył do pokoju. Jakiś mężczyzna w mundurze kapitana z dystynkcjami Korpusu Sądowniczego siedział na szkaradnej, obitej tkaniną kanapie. Podniósł się z wolna i zrobił krok w jego stronę.
- Porucznik Xavier Vanini?
Vanini przyglądał mu się zdumiony i mrugał oczyma.
- Tak jest - odpowiedział. Był tak zaskoczony, że ani nie zasalutował, ani nie podał swego nazwiska w sposób przepisowy.
- Kapitan Emil Kunze, sędzia śledczy sądu wojskowego z wiedeńskiego garnizonu.
Żar z kaflowego pieca i wino sprawiły, że Vaniniemu zakręciło się w głowie.
- Jest pan aresztowany, poruczniku - powiedział kapitan spokojnym tonem.
Parę sekund minęło, nim Vanini pojął znaczenie tych słów.
- Jak to?! Na jakiej podstawie? - spytał.
- Na razie będzie to areszt prewencyjny, chyba że wypłynie w tej sprawie coś poważniejszego. Mam nadzieję, że nie.
Kunze stał naprzeciw smagłego mężczyzny średniego wzrostu, o jedwabistych czarnych włosach i piwnych oczach. Młodzieńczy Vanini nie wyglądał na swe dwadzieścia siedem lat i był w danej chwili lekko podchmielony, co nie uszło uwagi kapitana.
Zdobycie nakazu aresztowania Vaniniego było, z czego Kunze dobrze zdawał sobie sprawę, bardzo śmiałym posunięciem. Generał Wencel z początku odmawiał zgody, ustępując dopiero wtedy, kiedy Kunze przyrzekł, że nie będzie trzymał porucznika dłużej w areszcie niż dobę, i zwolni go, jeśli nic poważniejszego w tej sprawie nie wypłynie.
Podczas jazdy fiakrem do koszar Vanini usiłował nawiązać rozmowę z kapitanem, ale spotkał się jedynie z lodowatym milczeniem.
W niewielkiej kancelarii światło z wiszącej lampy padało na Vaniniego, gdy tymczasem Kunze siedział za biurkiem pogrążony w mroku.
- Zeszłego roku, w grudniu, przepytywany był pan przez dowództwo pułku w związku z usiłowaniem kupna cyjanku potasu w aptece Ritzbergera w Linzu. Posłał pan do tej apteki ordynansa, ale mu odmówiono sprzedaży. Chciałby pan może uzupełnić czymś uprzednio złożone zeznanie?
Vanini słuchał z szeroko otwartymi oczyma. W głowie już mu się trochę przejaśniło, za to serce biło tak mocno, iż się bał, że kapitan może usłyszeć dudnienie. „Znowu ten przeklęty cyjanek” - pomyślał zastanawiając się, gdzie się znajduje zastawiona na niego pułapka.
- Nie rozumiem, o czym pan chciałby usłyszeć - odrzekł ostrożnie.
- Pan dobrze wie, o czym - warknął Kunze. Szczerze zdziwione spojrzenie młodego oficera sprawiło, że Kunze począł się zastanawiać, czy nie idzie fałszywym tropem.
- Co pan zrobił z tym cyjankiem?
- Z jakim cyjankiem, panie kapitanie? Mój ordynans wcale go nie dostał.
Kunze wyciągnął kartkę papieru z kieszeni i pochylił się ku kręgowi światła padającego z lampy.
- Chodzi o dwie pałeczki cyjanku, które nabył pan w garnizonowej aptece w Sarajewie, piętnastego sierpnia 1908 roku. Do jakiego celu był panu potrzebny?
Vanini zamrugał parokrotnie, jakby go oślepiło światło.
- Piętnastego sierpnia 1908 roku? Już wiem. kupiłem cyjanek, bo miałem zamiar robić zdjęcia na przyjęciu ogrodowym u generała von Weigla z okazji urodzin cesarza.
- I zrobił pan te zdjęcia?
- Nie.
- Dlaczego?
- Nie pamiętam.