Brezovsky wstał i zwrócił się do adwokata: - Niestety, będziemy zmuszeni zatrzymać pana Lebovitza, bo może okazać się bardzo ważnym świadkiem...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- W jakiej więc mierze obiektywny jest uzyskany przez nas opis świata, w szczególności - opis świata atomów? Fizyka klasyczna opierała się na przekonaniu (może...
- Byæ mo¿e, i¿ tu w³aœnie odkryjemy jeszcze dziedzinê naszego wynalazku, dziedzinê, w której zdobyæ siê mo¿emy jeszcze na oryginalnoœæ, naprzyk³ad [!] jako parodyœci...
- Statyczne pole magnetyczne może być wytwarzane przez sztabkowe magnesy trwale i przez elektromagnesy: Nie istnieją pojedyncze bieguny magnetyczne -...
- 08 Przynoœcie wiêc owoc godny nawrócenia,09 a nie wmawiajcie sobie: Abrahama mamy za ojca, bo powiadam wam: Z tych kamieni Bóg mo¿e wywieœæ synów Abrahamowi...
- — ProÅ›ba o pomoc, która czekaÅ‚a tysiÄ…c lat, może poczekać jeszcze kilka godzin — albo dni — prychnęła Jonja...
- - Boże, za jakąś chyba dopłatą, no nie wiem, ale to jest chyba świr trochę, co? A może wszyscy tak mają na starość? Kurcze, wiesz co? Musisz sama sobie kupić ten...
- Przez jakiś czas obserwowałem ich i może dlatego, że byli nowi, patrzenie na nich sprawiało mi przyjemność; przy nich czułem się bezpieczny...
- Z drugiej strony ciekawym przyk³adem ró¿norodnoœci motywacji, którymi kierowa³y siê „stare" i „nowe" si³y polityczne w ustalaniu ordynacji mo¿e byæ ordynacja...
- Moze w zwiazku z tym pozostaje notatka, która tu wypisuje z poznanskiej "Teczy" nr 43 z roku 1928: "W miasteczku Kuncewicze na pograniczu wschodnim powstala wsród Zydów...
- Aby współżyć w owocnej spółce z okrętem, trzeba poznać nie to, czego on dokonać nie może; trzeba raczej posiąść dokładną wiedzę o tym, na co się okręt...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Byłaby wielka szkoda, gdyby go zabrakło, dlatego też nie mogę ryzykować.
Kiedy Lebovitz jęczał z rozpaczy, szef policji poklepał go uspokajająco po plecach tym samym protekcyjnym gestem.
- Dopilnuję, aby się nim należycie zajęli - zapewnił adwokata. - Może pan załatwić, by mu przynoszono jedzenie z koszernej restauracji. Nie będziemy go trzymać ani godziny dłużej, niż to będzie konieczne. Chcę jeszcze raz podkreślić, że jest on świadkiem, a nie podejrzanym.
Szef policji i adwokat uścisnęli sobie ręce, Mojżesza Lebovitza zaś wyprowadzono z kancelarii. Tego samego wieczora, tak jak to było zaplanowane, grupa emigrantów z Gródka odjechała do Hamburga.
W trzy dni później puszczono na wolność Lebovitza, którego kapitan Kunze nawet nie przesłuchiwał. Wyglądało na to, że policja najwyraźniej zapomniała o Lebovitzu, bowiem pewne nowe wydarzenia w sprawie Charlesa Francisa zaprzątnęły całkowicie jej uwagę. Gdyby się adwokat o niego nie dowiadywał, być może nawet trzymano by Lebovitza w małej, niewygodnej celi jeszcze parę dni. Zakłopotany adwokat tłumaczył mu potem, że dużo gorzej jest być w Prezydium Policji gościem niż podejrzanym.
Po uwolnieniu, Lebovitz zapłacił adwokatowi należne honorarium, potem odebrał paszport i bilety, które dla niego zostawił młody rabin, i udał się na Dworzec Północny. Kilka godzin przesiedział w kącie poczekalni trzeciej klasy czekając na pociąg do Pragi. Kiedy pociąg nadjechał, Lebovitz wybiegł na peron. Był to pociąg pospieszny z wielką ilością pasażerskich, sypialnych i towarowych wagonów. Lebovitz szedł wzdłuż pociągu spoglądając na twarze ludzi za świeżo wymytymi szybami. Nie znalazł nikogo ze swych ziomków, a wszystkie twarze nawet w wagonach trzeciej klasy były mu przerażająco obce. Kiedy rozległ się gwizdek oznajmiający odjazd, Lebovitz ciągle leszcze stał bez ruchu na peronie, patrząc, jak wyładowany ludźmi, drzewem i żelazem pociąg zaczyna nabierać rozpędu i znika mu sprzed oczu hen w dali.
Wrócił do miasta, wstąpił do biura podróży, które organizowało wyjazd całej grupy, aby oddać niewykorzystane bilety. Zwrócono mu pieniądze tylko za bilet do Hamburga. Agent powiedział, że należało powziąć decyzję, zanim jeszcze statek odpłynął, na co Lebovitz wziął bilet okrętowy z kontuaru i spokojnie podarł go na kawałki.
Wieczorem wsiadł do pociągu jadącego z Wiednia do Gródka. Nawet wytarte do cna ławki drewniane miały w sobie coś swojskiego. Staruszka w odległym kącie mieszkała na tej samej co on ulicy, a dwaj mężczyźni pochodzili z pobliskich Winnik. Gdy mijali przedmieścia Wiednia, zaczął padać śnieg. Ostry wiatr bił w pokryte już szronem szyby. Lebovitz wyciągnął nogi i położył głowę na oparciu ławki. Po raz pierwszy od wielu dni poczuł się spokojny i wolny od lęku. Sam się dziwił, skąd mu przyszedł do głowy taki szalony pomysł, żeby jechać aż do Ameryki.
Kapitan Kunze powrócił z Gródka do Wiednia dwudziestego ósmego listopada po długiej bezsennej nocy spędzonej w pociągu. Prosto z dworca poszedł do swej kancelarii i zatelefonował do generała Wencla, który nadal jeszcze przebywał w Linzu.
- Jestem przekonany, panie generale - rzekł - iż porucznik von Hedry nie ma nic wspólnego ze zbrodniczym spiskiem Charlesa Francisa. Owe, dokładnie cztery, listy nadał pewien Żyd, totumfacki porucznika. Po przesłuchaniu von Hedry’ego poleciłem memu asystentowi, by złożył wizytę adresatom tych listów, mianowicie trzem damom, które potwierdziły zeznanie porucznika. Czwarty Ust adresowany był do Madera. Nie mam powodu wątpić, że zawierał to, co mi powiedział von Hedry: gratulacje z powodu awansu.
Generał Wencel wysłuchał relacji w milczeniu.
- Inspektor Weinberger uważa - rzekł w końcu - iż powinien pan tu przyjechać jak najprędzej. Wyszły na jaw pewne interesujące fakty, ale nie chciałbym niczego robić na własną rękę. Pan rozpętał całe to zamieszanie, więc niech je pan doprowadzi do końca.
Kunze wydał dostatecznie głośne westchnienie, które zapewne generał dosłyszał w słuchawce. Kręciło mu się w głowie ze zmęczenia. Tak się łudził, że wróci wreszcie do domu, położy się do łóżka i zaśnie. Wiedział jednak, że nie sposób było kwestionować rozkazu.
- Dobrze, panie generale. Przyjadę niezwłocznie - odpowiedział nie pytając nawet, czego owe interesujące fakty dotyczą.
Tego właśnie ranka aptekarz z Linzu, Ritzberger, zbudził się wcześniej niż zwykle. Czuł się wypoczęty i mimo swych pięćdziesięciu trzech lat nadal pełen wigoru. Miał pół godziny do wstania i zapragnął pofiglować sobie z młodą żoną, która jeszcze spała. Już wyciągnął rękę, by zbudzić małżonkę, gdy nagle przypomniał sobie pewne zdarzenie sprzed dwóch tygodni. Zrezygnował z małżeńskich rozkoszy, wyskoczył z łóżka, ubrał się szybko i ruszył do mieszkania szefa policji w Linzu wyrywając go skutecznie z bezczynności.
Otóż Ritzbergerowi przypomniało się nagle, że pewnego późnego wieczora zjawił się u niego w aptece pewien szeregowiec z 40 pułku piechoty i poprosił o sporą nawet, o ile go pamięć nie myli, dozę cyjanku potasu, który rzekomo potrzebny był jego oficerowi do wywołania fotografii. Aptekarz odpowiedział, że nie ma cyjanku na składzie, a gdyby nawet miał, to nie mógłby go sprzedać bez pozwolenia. Poradził żołnierzowi wystarać się o nie w Miejskim Wydziale Zdrowia i nabyć go w garnizonowej aptece, jedynej w Linzu, w której trzymali na składzie cyjanek. Żołnierz podziękował za radę i wyszedł. Ritzberger już go nigdy więcej nie widział.
Kapitan Kunze wsiadł do pociągu odjeżdżającego o jedenastej. Dał konduktorowi dwie korony napiwku, za co otrzymał osobny przedział, gdzie mógł się zdrzemnąć, i przybył do Linzu nieco wypoczęty. Ze stacji pojechał fiakrem do dowództwa pułku, gdzie czekali już na niego generał Wencel oraz inspektor Weinberger.
Posiedzenie zaczęło się niepomyślnie. Oświadczenie Ritzbergera, które jeszcze z samego rana wydawało się mocnym dowodem obciążającym porucznika Dorfrichtera, okazało się niewypałem, gdy Ritzberger skonfrontowany po południu z ordynansem Dorfrichtera oświadczył, że szeregowiec ten w niczym nie przypomina człowieka, który prosił go o cyjanek potasu. Ordynansowi pozwolono odejść, ale Ritzberger nadal się wahał.