- Z kim? Z Johnem?- Tak...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Serce Dawida znalazło się w rozdwojeniu, pod działaniem dwóch sił, mimo iż były one nierówne, ubóstwiał bowiem żonę, tkliwość zaś dla Lucjana ostygła...
- Brajlowska biblioteka w szkole dla niewidomych w Laskach ocalała z wojennej pożogi...
- Wiemy już, że komponenty posiadają właściwości i metody...
- âźKrólewską Eksploatacją Połowów Pereł z Ellebubuâ, stanowią jego wyłączną własność prywatną i że wstęp do nich jest surowo wzbroniony...
- wanej na skutek przykurczu przywodzicieli uda po stronie zdrowej, lub też zsuwanie się protezy z kikuta (zbyt obszerny lej, niedostateczne zawieszenie, wadliwe...
- Dwaj Ulgosi czekali na nich przy wejściu do jednego z tuneli...
- - Płaczesz, bo tak ci smutno na mój widok, Cul? Pociągając nosem, uśmiechnęłam się przytulona do jegopiersi...
- posypane cukrem, które mi ta poczciwa staruszka dała...
- Pociągnął z pokrytego rosą kieliszka...
- Lecz Gardel ponad wszystko lubił bawić się na swój sposób, między swymi, w swoim kółku...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Porozmawiaj z nim. Dowiedz się, czego chce.
Zastanowiłem się nad tym i pokiwałem głową. Miała rację. Jak zwykle miała rację.
7
Dwa dni później, osiemnastego, Bill Dodge, Hank Bitterman i ktoś jeszcze - nie pamiętam nazwiska, jakiś nowicjusz - zabrali Johna Coffeya na blok D, żeby wziął prysznic, a my zrobiliśmy próbę generalną jego egzekucji. Nie pozwoliliśmy Tu-Tutowi odgrywać roli Johna; w ogóle o tym nie mówiąc, zdawaliśmy sobie sprawę, że byłoby to nieprzyzwoite.
Rolę Johna grałem ja.
- Johnie Coffey - oznajmił niezbyt pewnym głosem Brutal, kiedy unieruchomili mnie na Starej Iskrówie - zostałeś skazany na śmierć na krześle elektrycznym na mocy werdyktu wydanego przez równych sobie...
Równych Johnowi Coffeyowi? Co za kpina. Z tego, co wiedziałem, na całej planecie nie było nikogo, kto mógł się z nim równać. A potem pomyślałem o tym, co powiedział John, kiedy przyglądał się Iskrówie, stojąc na schodach prowadzących do mojego gabinetu: “Wciąż tutaj są. Słyszę, jak krzyczą”.
- Wypuśćcie mnie stąd - wymamrotałem chrapliwym głosem. - Odepnijcie te klamry i dajcie mi wstać.
Zrobili to, ale przez moment nie byłem w stanie się ruszyć, tak jakby Stara Iskrówa nie chciała wypuścić mnie ze swoich objęć.
Kiedy wracaliśmy na blok, Brutal odezwał się do mnie półgłosem, tak żeby nie usłyszeli go Dean i Harry, którzy ustawiali ostatnie krzesła.
- Zrobiłem w swoim życiu parę rzeczy, z których nie jestem dumny - stwierdził - ale po raz pierwszy czuję, że naprawdę grozi mi piekło.
Przyjrzałem mu się uważnie, żeby sprawdzić, czy nie żartuje. Nie sprawiał takiego wrażenia.
- Co masz na myśli?
- Mam na myśli to, że szykujemy się do zabójstwa daru niebios - odparł. - Kogoś, kto nigdy nie zrobił krzywdy ani nam, ani nikomu innemu. Co mam powiedzieć, kiedy stanę przed obliczem Boga wszechmogącego, a On zapyta, dlaczego to zrobiłem. Bo taka była moja praca? Moja praca?
8
Kiedy John wrócił z łaźni i blok opuścili nowi strażnicy, otworzyłem drzwi jego celi, wszedłem do środka i usiadłem przy nim na pryczy. Brutal siedział przy biurku. Podniósł wzrok, zobaczył, że tam siedzę, ale nic nie powiedział. Pochylił się z powrotem nad papierami, które musiał wypełnić, i pisał dalej, liżąc bez przerwy czubek ołówka.
John spojrzał na mnie swoimi dziwnymi oczyma - podbiegłymi krwią, odległymi i lekko załzawionymi... a mimo to spokojnymi, jakby płacz nie był takim złym sposobem na życie, kiedy się do niego przyzwyczaić. Nawet się trochę uśmiechnął. Pachniał mydłem Ivory, pamiętam, czysty i świeży niczym dziecko po wieczornej kąpieli.
- Cześć, szefie - odezwał się, po czym wziął moje obie ręce w obie swoje. Zrobił to z zupełnie spontaniczną naturalnością.
- Cześć, John. - Coś utkwiło mi w gardle i próbowałem to przełknąć. - Wiesz chyba, że niewiele już zostało czasu. Kilka dni.
Nic nie odpowiedział, trzymał tylko dalej moje ręce w swoich. Kiedy spoglądam wstecz, wydaje mi się, że już wtedy zaczęło się ze mną coś dziać, ale byłem zbyt skoncentrowany - umysłowo i emocjonalnie - na tym, co zamierzałem uczynić, by to zauważyć.
- Czy jest coś specjalnego, co chciałbyś dostać tego dnia na kolację, John? Możemy ci sprowadzić prawie wszystko. Nawet piwo, jeśli masz ochotę. Wlejemy je po prostu do filiżanki od kawy.
- Nigdy nie próbowałem piwa - odparł.
- Więc może coś specjalnego do jedzenia?
Jego brew zmarszczyła się pod gładkim brązowym czołem. A potem zmarszczki się wygładziły i na jego wargach pojawił się uśmiech.
- Może być mielony.
- Masz go jak w banku. Z sosem i kartoflami. - Poczułem mrowienie, podobne do tego, jakie czuje się w ręce, na której się spało, tyle że teraz mrowiło mnie w całym ciele. - Co jeszcze do tego chcesz?
- Nie wiem, szefie. Wszystko, co pan przyniesie. Może kapustę, ale nie zależy mi aż tak bardzo.
- W porządku - oświadczyłem i pomyślałem sobie, że na deser dostanie również ciasto brzoskwiniowe pani Janice Edgecombe. - A teraz, co myślisz o księdzu? O kimś, z kim mógłbyś pojutrze zmówić krótką modlitwę? To dodaje człowiekowi otuchy, widziałem już nieraz. Mógłbym skontaktować się z wielebnym Schusterem. To ten duchowny, który przyjechał do Dela...
- Nie chcę żadnego księdza - stwierdził. - Pan był dla mnie dobry, szefie. Jeśli pan chce, może pan ze mną odmówić modlitwę. To będzie w porządku. Mogę z panem chyba chwilę poklęczeć.
- Ze mną? Ja nie mogę, John...
Ścisnął mnie trochę mocniej za ręce i to uczucie stało się silniejsze.
- Może pan - powiedział. - Prawda, szefie?
- Chyba mogę - usłyszałem sam siebie. Mój głos odbijał się dziwnym echem. - Skoro to konieczne, chyba mogę.
Uczucie, którego doznawałem, potęgowało się. Przypominało moment, kiedy wyleczył moje drogi moczowe, ale było trochę inne. Nie tylko dlatego, że tym razem nic mi nie dolegało. Było inne, ponieważ tym razem John nie zdawał sobie sprawy, że coś mi robi. Nagle poczułem strach, nieodparte pragnienie, żeby się stamtąd wydostać. Zapalały się we mnie światła tam, gdzie ich nigdy przedtem nie było. Nie tylko w moim mózgu; w całym ciele.
- Pan, a także pan Howell i inni szefowie byliście dla mnie dobrzy - oświadczył John. - Wiem, że się martwicie, ale niepotrzebnie. Bo ja chcę odejść, szefie.
Próbowałem się odezwać, ale nie potrafiłem. On za to potrafił. To, co wtedy powiedział, było najdłuższą wypowiedzią, jaką od niego usłyszałem.