W oddali zasnute chmurami niebo jarzy się czerwoną poświatą; to płoną ruiny Bostonu...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- -od po³udnia: Morze Andamañskie, Morze Arabskie, Ocean Indyjski-Kontynent azjatycki graniczy tak¿e z morzami wewnêtrznymi (Morze Czerwone, Morze Czarne, Morze...
- Niemcy miały kluczowe znaczenie: stanowiły deklarowany cel Armii Czerwonej i dostarczały bolszewikom mocnych podstaw do optymizmu...
- go zupełnie sieć czerwonych żyłek na przywiędłych policzkach, którym smutki i jakieś dolegliwości dały ton ceglasty...
- Słońce, czerwone i rozedrgane po całym dniu żaru, wisiało nad zachodnią częścią mia- sta...
- Oczy cioci zamknęły się, jej ręce spoczęły nieruchomo na czerwonym kłębku...
- czerwonych diabłów, którzy ze wszystkich stron spadli nam na karki...
- - Dobrze spałaś?Niebo miało kolor różowej muszli, rozjaśnionej błękitem...
- – PowinniÅ›my siÄ™ stÄ…d wynosić, nim orki zacznÄ… przetrzÄ…sać te ruiny – powiedziaÅ‚a Isaan...
- Zwierzyńska-Matzke Tamara, Czasami wołam w niebo a pr a w dę n i e w i e m , c o...
- Przekonała Kane'a, by ją zabrał z Arellarti, nie mając jeszcze żadnego jasnego planu czy zamiaru - prócz czmychnięcia, ucieczki od złowrogiej poświaty...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Biuletyn operacyjny przewiduje godzinę spokoju. Tak długie okresy ciszy zdarzają się niezmiernie rzadko; widocznie któraś ze stron wytropiła ważny ośrodek dowodzenia wojsk nieprzyjaciela i teraz obaj przeciwnicy koncentrują tam siły, szykując się do starcia. Bez względu na przyczynę, z okolicy znikły wszystkie rosyjskie oczy. Po to, by utrzymać maksymalną efektywność działania, operatorzy robotów bojowych muszą mieć zapewnione co najmniej trzy godziny odpoczynku, Rorvik wie więc, że wcześniej nie zostanie wezwany na stanowisko, chyba że nastąpiłoby coś całkiem nieprzewidzianego.
Zaledwie przecznicę od bunkra jest skwer z kilkoma cudem ocalałymi drzewami; najbliższy teren przypominający park w promieniu wielu kilometrów. Postanawia tam pójść, ale kiedy dociera na miejsce, przekonuje się, że wcześniej ktoś wpadł na taki sam pomysł.
Kobieta ma szybkostrzelny pistolet maszynowy zainstalowany w obrotowym stelażu na prawym ramieniu; lufa kieruje się w jego stronę w tej samej chwili, kiedy kobieta podnosi głowę. Rorvik odruchowo cofa się o krok; widok tej broni działa mu na nerwy. Wie, że pistoletem steruje się za pomocą impulsów myślowych. Wystarczy wydane bezgłośnie polecenie i będzie martwy. Kobieta musiała zgłosić się na ochotnika, ponieważ przepisy zabraniają dokonywania modyfikacji w systemie nerwowym żołnierzy bez ich zgody. Oznacza to, że należy do oddziału liniowego złożonego z ludzi, co czyni sprawę jeszcze bardziej niezwykłą, ponieważ tam również przyjmują wyłącznie ochotników.
On także służył kiedyś w takim oddziale, dawno temu, na początku wojny, podczas pierwszej bitwy o Boston. Pamięta doskonale, że... Ale to naprawdę było dawno. Nie ma sensu odgrzebywać tych wspomnień.
Insygnia na jej mundurze świadczą o tym, że jest specjalistą IV klasy. Do Rorvika dotarły plotki, że gdzieś w pobliżu stacjonuje bojowy oddział złożony z samych kobiet, nie przypuszczał jednak, że ich obszary działania niemal się pokrywają. Pistolet na ramieniu dziewczyny przypomina żywą istotę, śledzącą każdy jego ruch pozbawionym wyrazu spojrzeniem czarnego oka lufy.
- Tutaj wcale nie jest bezpieczniej niż na pierwszej linii, żołnierzu - odpowiada kobieta na pytanie, którego jeszcze nie zdążył zadać. - Szczerze mówiąc, wolę być tam, gdzie w każdej chwili mogę odpowiedzieć ogniem na ogień, niż kryć się w jakimś bunkrze, tak jak wy, i nawet nie wiedzieć, co mnie zabiło.
- Ta broń czyni cię celem dla nieprzyjaciela.
- Ta broń czyni mnie niebezpieczną - uśmiecha się. - Lubię być niebezpieczna.
Jest za wysoka, nadmiernie umięśniona i za bardzo kanciasta, ma na sobie polowy mundur uszyty z grubego ogniotrwałego materiału. Cholernie go podnieca. Kobieta chyba zdaje sobie z tego sprawę, ponieważ śmieje się głośno.
- Żołnierze uważają, że każda baba, która służy w wojsku, ma hyzia na punkcie seksu. To nieprawda. Mam męża i dwoje dzieci. To dla nich walczę.
- Wiem.
- A ty jesteś żonaty, żołnierzu?
Kiwa głową.
- Dobrze wam się układa? Macie dzieci?
- DziewczynkÄ™.
Tym razem to ona kiwa głową.
- Więc sam wiesz, jak to jest - mówi i rozpina kurtkę. - Oni są tam, my jesteśmy tutaj - w zamyśleniu przesuwa palcem po lufie pistoletu, drugą ręką dotyka jakiegoś przycisku i lufa przestaje się poruszać. - To się nie zdarzyło, rozumiesz? Żadnych zobowiązań, żadnych obietnic, żadnych planów na przyszłość.
- Oczywiście.
Rorvik nie wierzy, żeby była jakakolwiek przyszłość. Już nie. Widział kratery powstałe w miejscach, gdzie niedawno stały domy, widział wielokilometrowe kolumny uchodźców zmierzających w kierunku obszarów, które uważają za bezpieczne, widział morze ruin rozciągające się tam, gdzie kiedyś był jego dom, gdzie mieszkał z żoną i córką.
Wciąż jednak wierzy w teraźniejszość.
Kobieta nazywa się Westermarker. Klęka przed nim, rozpina mu spodnie, dotyka czubkiem języka spodniej strony penisa, a on przesuwa palcami po jej krótko ostrzyżonych, czarnych, lekko kręconych włosach. Jednocześnie przez głowę przemyka mu tabun wzburzonych myśli. Jest gotów wybuchnąć, zastanawia się, czy zdoła się powstrzymać, czy eksploduje natychmiast, jak tylko weźmie go w usta. Zastanawia się, czy kiedykolwiek zdoła opowiedzieć Angeli o tym zdarzeniu, czy ona go zrozumie. Zastanawia się, czy kobiety służące w armii dostają hormonalne środki antykoncepcyjne. Zastanawia się, czy zdąży wziąć ją dwa razy.
Kobieta ściąga mu slipy, chwyta go obiema rękami za pośladki, delikatnie muska językiem czubek penisa i seria z broni maszynowej trafiają w brzuch i pierś. Otwiera usta, by krzyknąć, ale nie krzyczy. Z poszarpanego munduru sterczą białe, potrzaskane fragmenty żeber, wydobywa się czerwona miazga. Chwilę potem, nie wydawszy głosu, kobieta umiera.
Częściowo ogłuszony hukiem Rorvik cofa się, potyka o spodnie, przewraca na plecy, błyskawicznie odwraca się na brzuch, podnosi głowę i spogląda prosto w obiektyw rosyjskiego robota bojowego. Rozlega się cichy szum hydraulicznych siłowników. W polu widzenia Rorvika pojawia się lufa pistoletu maszynowego.
Zaciska powieki. Otacza go intensywna woń krwi.
Nic siÄ™ nie dzieje.
Po długim czasie otwiera oczy. Maszyna wciąż stoi przed nim, broń wciąż jest wycelowana w jego czoło. Robot sprawia wrażenie znacznie bardziej prymitywnego i zarazem znacznie groźniejszego od jednostek bojowych, z którymi Rorvik ma na co dzień do czynienia. Ostrożnie, powoli, sięga do tyłu i zaczyna przesuwać ręką po ziemi. Maszyna wciąż nie reaguje. Wreszcie, spocony jak mysz, Rorvik znajduje kamień, waha się przez chwilę, po czym ciska nim w robota.
Maszyna bez najmniejszego wysiłku robi unik, wciąż mierzy go nieruchomym spojrzeniem obiektywu, wciąż celuje w niego z pistoletu. Widocznie zaciął się zamek, myśli Rorvik, a zaraz potem: Boże, na pewno podał już współrzędne artylerii!
Ale przecież zaledwie kilkanaście sekund temu broń działała bez zarzutu, robot zaś nie czyni żadnego wysiłku, by oddalić się poza obszar rażenia pocisków.
Popełnił niewybaczalny błąd, wychodząc z bunkra bez broni, ale przecież jest operatorem zdalnie sterowanych jednostek bojowych, a nie żołnierzem walczącym z przeciwnikiem twarzą w twarz. Niezdarnie podciąga spodnie jedną ręką, podpierając się drugą i gramoląc się na nogi. Odwraca się, gotów do ucieczki, lecz natychmiast staje jak wryty, słyszy bowiem za sobą chrzęst żwiru i nagle rozumie, co jest grane.
Dokąd mógłby uciec?