townie
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- - Szczęście osiąga w procesie nieustannie realizowanej pełni życia i niezależne jest od celu, jaki pozwoli zrealizować los; a tam gdzie życie pełne, na miarę...
- punktach było ono skodyfikowaniem stosowanej ju uprzednio praktyki, jednak praktyce tej dopiero teraz nadało charakter w pełni instytucjonalny...
- Rozwiązanie zadania z fizyki 1...
- Opowiedział to wszystko Madze, która obudziła się przytulona do niego, mrucząca i senna...
- sali
- — To niemożliwe, panie — przestraszył się Rizzett...
- węszył śmierć...
- Rozwój fizyczny, jako proces irnian somatycznycH (anatomicznych) i funkcjonalnych (fizjologicznych) w organizmie, stwarza podstawy dla rozwoju motoryki...
- Było to urzekające, romantyczne widowisko...
- Ciemność
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
─ To nie moja wina, że w łóżku są okruchy ─ rzekła oschle. Rzeczywiście było pełno okru-
chów. Czuła je aż pod udami, dokuczały jej wszędzie. Jedna kruszyna ją paliła, musiała się
drapać do krwi. Zresztą, czy nie wytrząsa się okruchów, jedząc w łóżku ciastko? Fontan
wściekły zapalił świecę. Oboje wstali i boso, w koszulach, odchyliwszy kołdrę, zmiatali rę-
kami okruchy z prześcieradła. On, drżąc z zimna, położył się znowu, posyłając ją do diabla,
ponieważ kazała mu dobrze wytrzeć nogi. Wreszcie i ona wróciła do łóżka. Ale zaledwie się
wyciągnęła, znowu skoczyła, bo jeszcze były okruchy.
─ Do licha ciężkiego! Wiedziałam, że tak będzie ─ powtarzała. ─ Zgarnąłeś je znowu z
podłogi nogami... Nie wytrzymam! Mówię ci, że nie wytrzymam!
Chciała przez niego przeleźć, żeby skoczyć na podłogę. Lecz Fontan, doprowadzony do
ostateczności, chcąc spać, wymierzył jej policzek z całych sił. Policzek był tak mocny, że
Nana nagle opadła na poduszkę. Była ogłuszona.
─ Och! ─ jęknęła, głęboko wzdychając, jak dziecko.
Przez chwilę groził jej, że znowu oberwie, pytając, czy jeszcze ma zamiar się wiercić. Po-
tem, zdmuchnąwszy świecę, wygodnie rozwalił się na plecach i natychmiast zaczął chrapać.
Ona płakała cichutko, wetknąwszy nos w poduszkę. Jakie to nikczemne nadużywać swej siły.
Naprawdę się bała, tak straszliwie zmieniła się pocieszna maska Fontana. Ale powoli udobru-
chała się, jakby policzek ją uspokoił. Czuła przed nim respekt, przyciskała się do ściany, żeby
zostawić mu jak najwięcej miejsca. W końcu nawet usnęła z rozpaloną twarzą, z oczyma peł-
nymi łez, w rozkosznym znużeniu i takiej obezwładniającej uległości, że nie czuła już okru-
szyn. Gdy obudziła się rano, trzymała Fontana w nagich ramionach, przyciśniętego bardzo
mocno do jej piersi. I mówiła czule: prawda, że nigdy już tego nie powtórzy? Zresztą ona go
tak kocha, że nawet policzek z jego ręki sprawia jej rozkosz.
Od owego dnia rozpoczęło się nowe życie. Fontan bił ją o byle co. Ona przyzwyczaiła się do
tych cięgów, choć niekiedy krzyczała i wygrażała mu. Wtedy przypierał ją do ściany i mówił,
że ją udusi, co od razu skutkowało. Najczęściej padała na krzesło i łkała przez pięć minut.
Potem o wszystkim zapominała i była wesoła, śpiewała, śmiała się i biegała po mieszkaniu
furkocząc spódnicami. Gorzej było, że Fontan znikał teraz na całe dni i nigdy nie wracał
przed północą. Odwiedzał kawiarnie, gdzie spotykał kolegów. Nana wszystko znosiła drżąca i
czuła, nie robiąc mu żadnej wymówki, w obawie, że mógłby nie wrócić. Ale w niektóre dni.
gdy nie było ani pani Maloir, ani ciotki z Ludwisiem, nudziła się śmiertelnie. Dlatego też w
którąś niedzielę, kupując na targu La Rochefoucauld gołębie, ku swej radości spotkała Satin,
która kupowała pęczek rzodkiewek. Od owego wieczoru, gdy książę pił szampana zafundo-
wanego przez Fontana, obie straciły się z oczu.
─ Jak to! Ty mieszkasz w tej dzielnicy? ─ rzekła Satin zdziwiona, że widzi ją o tej godzinie,
w pantoflach, na ulicy. ─ Ach! Biedaczko, znalazłaś się więc w nędzy!
Nana zmarszczyła brwi dając jej znak, żeby umilkła, gdyż były tam jeszcze inne kobiety w
szlafrokach włożonych na gołe ciało, z włosami rozpuszczonymi i białymi od pierza. Od rana
wszystkie loretki z tej dzielnicy, skoro tylko odprawiły klientów, przychodziły załatwiać
sprawunki. Oczy miały nabrzmiałe od snu, były w złym humorze i, zmęczone po odrażającej
nocy, powłóczyły rannymi pantoflami. Schodziły ku targowi wszystkimi ulicami, które krzy-
113
żowały się w tym punkcie; były wśród nich kobiety blade, jeszcze młode i pełne uroku po-
mimo swego zaniedbania, tudzież straszne, otyłe, rozmamłane staruchy, które gwizdały sobie
na to, że poza godzinami pracy ludzie widzą je w takim stanie. Gdy na trotuarze przechodnie
oglądali się za nimi, żadna nie raczyła się nawet uśmiechnąć, tak wszystkie były zaaferowane
i miały obojętne miny gospodyń, dla których mężczyźni już nie istnieją. W chwili gdy Satin
płaciła za pęczek rzodkiewek, jakiś młody człowiek wyglądający na urzędnika, który spóźnił
się do biura, rzucił jej w przejściu: „Dobry wieczór, kochanie.” Natychmiast wyprostowała się
i z pełną godności miną obrażonej królowej rzekła:
─ Co tej świni strzeliło do głowy?
Ale potem miała wrażenie, że go poznaje. Trzy dni temu, gdy około północy szła w górę
bulwaru, prawie przez pół godziny przemawiała do niego na rogu ulicy Labruyere, chcąc go
skaptować. Ale to przypomnienie jeszcze bardziej ją wzburzyło.
─ Cóż to za durnie! W biały dzień wykrzykują do człowieka takie rzeczy ─ zaczęła znowu.
─ Skoro jestem zajęta załatwianiem własnych spraw, mogę chyba żądać respektu.
Nana kupiła wreszcie gołębie, choć były wątpliwej świeżości. Satin chciała jej pokazać
swoją bramę. Mieszkała obok, przy ulicy La Rochefoucauld. Skoro zostały same, Nana za-
częła opowiadać o swej miłości do Fontana. A ta mała jak wryta stała z rzodkiewkami w ręku,